Mistrzyni kropki. Notatki na marginesie „Nocy i dnia” i „Między aktami”

Wca­le nie uwa­ża­ła się za dobrą pisar­kę. Brak prze­świad­cze­nia o wła­snej wyjąt­ko­wo­ści towa­rzy­szył jej zresz­tą przez całe życie aż do samo­bój­czej śmier­ci w 1941 roku. Ze współ­cze­snych naj­bar­dziej ceni­ła Katie Beau­champ (Mans­field), z poko­le­nia „ojców” – Lwa Toł­sto­ja i Tho­ma­sa Hardy’ego, z daw­niej­szych – przede wszyst­kim roman­ty­ka Percy’ego Bys­she­go Shel­leya. W porów­na­niu do twór­czo­ści Jame­sa Joyce’a jej stru­mień świa­do­mo­ści wyda­je się nie­mal wyde­sty­lo­wa­ny i asce­tycz­ny, w eks­pe­ry­men­tal­nych Falach (The Waves, 1931) na zale­d­wie dwu­stu stro­ni­cach mie­ści „cało­ży­cio­we” psy­chicz­ne bio­gra­my sze­ścior­ga (a z tajem­ni­czym Per­ci­va­lem – sied­mior­ga) boha­te­rów. W dzie­łach wspo­mnia­nej Mans­field ceni­ła wyjąt­ko­wą pre­cy­zję języ­ka, brak efek­tow­no­ści i umie­jęt­ność zawar­cia w sto­sun­ko­wo nie­wiel­kich for­mach donio­słych, isto­to­wych i odar­tych z jakich­kol­wiek dydak­tycz­nych zaku­sów tre­ści.

W swo­jej roz­le­głej twór­czo­ści, obej­mu­ją­cej powie­ści, pro­zę, dra­mat, ese­je i repor­ta­że, Vir­gi­nia Woolf jawi się jako mistrzy­ni… krop­ki. Pisar­ka zacho­wa­ła w tym wzglę­dzie żela­zną kon­se­kwen­cję od pierw­szych publi­ka­cji po „fina­ło­we” Betwe­en the Acts (Mię­dzy akta­mi, 1941). Jed­na­ko krót­kie, pro­ste, dobit­ne, jed­no- albo dwu­wy­ra­zo­we tytu­ły dzieł tak­że miesz­czą się w tej swo­istej meto­dzie, w któ­rej na pierw­szy plan wysu­wa­ją się oszczęd­ność, pre­cy­zja i geniusz kom­po­zy­cyj­ny, jak­by mistrzo­stwo pole­gać mia­ło nie tyl­ko na bły­sko­tli­wych opi­sach, ale rów­nież na rzad­kiej umie­jęt­no­ści ich przy­ci­na­nia, prze­ry­wa­nia i na tym, cze­go w isto­cie się nie napi­sze. W niniej­szym szki­cu wystar­czy miej­sca na przy­wo­ła­nie zale­d­wie kil­ku przy­kła­dów z dwóch wybra­nych dzieł (wcze­sne­go i ostat­nie­go), opi­su­ją one jed­nak mecha­nizm sta­no­wią­cy znak roz­po­znaw­czy tak­że innych pro­za­tor­skich oraz ese­istycz­nych prac tej wybit­nej pisar­ki.

W Nocy i dniu (Night and Day, 1919), powie­ści, w któ­rej widać jesz­cze śla­dy fascy­na­cji zarów­no Hen­rym Jame­sem, jak i Jane Austen, Woolf por­tre­tu­je elo­kwent­ną Katha­ri­ne Hil­be­ry, wnucz­kę pew­ne­go wiel­kie­go poety, zde­cy­do­wa­nie „nie­uda­ną modlisz­kę”, sza­mo­czą­cą się mię­dzy dwo­ma zako­cha­ny­mi męż­czy­zna­mi – mło­dym praw­ni­kiem Ral­phem Den­ha­mem i roku­ją­cym poli­ty­kiem Wil­lia­mem Rod­ney­em. Osta­tecz­nie Katha­ri­ne wybie­ra tego pierw­sze­go, jej dyle­mat jedy­nie czę­ścio­wo zresz­tą może­my nazwać ser­co­wym, jest w tym bowiem spo­ro kal­ku­la­cji inte­lek­tu­al­nej, obra­zo­wa­nej – co cie­ka­we – nawią­za­nia­mi lite­rac­ki­mi: Wil­lia­mem Shakespeare’em, Jona­tha­nem Swi­ftem, Wal­te­rem Scot­tem, jak­by zwy­cię­żyć miał ten z kon­ku­ren­tów, któ­ry bar­dziej pasu­je do nie­mal książ­ko­we­go mode­lu wyobraź­ni boha­ter­ki. Cha­rak­ter krop­ki, któ­rą posłu­gu­je się Woolf, naj­le­piej odda­je koń­ców­ka roz­dzia­łu XXII – sztam­po­we wyzna­nie Wil­lia­ma („Katha­ri­ne, prze­cież wiesz, że cię kocham”) spo­ty­ka się z zaska­ku­ją­cą reak­cją boha­ter­ki: „Wiem – odpar­ła, wzdry­gnąw­szy się nie­co – ale musisz otwo­rzyć drzwi” (s. 330), za któ­ry­mi cze­kał już Den­ham. Ów dra­ma­tur­gicz­ny zabieg, opar­ty na koniecz­no­ści otwar­cia i zamknię­cia drzwi, sta­je się w tym miej­scu zastęp­stwem jakie­go­kol­wiek, naj­mniej­sze­go choć­by (szcząt­ko­we­go) zapi­su emo­cjo­nal­nej kon­dy­cji zgnę­bio­ne­go Wil­lia­ma i wzdry­ga­ją­cej się Katha­ri­ne. Czy­tel­nik poprze­stać musi wyłącz­nie na brzmią­cym okrut­nie „Wiem”. I nic wię­cej. Wil­liam pozo­sta­je bez gestu empa­tii ze stro­ny boha­ter­ki, ale i samej pisar­ki. Kon­dy­cję Rod­neya odzwier­cie­dlać może bły­sko­tli­wie uję­ty mikro­stan inne­go boha­te­ra, sta­re­go pana Oli­ve­ra z Mię­dzy akta­mi: „pani Man­re­sa, odcho­dząc z Gile­sem u boku – zachwy­ca­ją­ca kobie­ta, same zmy­sły – roze­rwa­ła szma­cia­ną lal­kę jego ser­ca, aż posy­pa­ły się tro­ci­ny” (s. 234). Żaden zwrot nie zdo­łał­by chy­ba lepiej opi­sać kon­se­kwen­cji miło­sne­go zawo­du, choć, jak to czę­sto bywa w twór­czo­ści Woolf, pisar­ka posłu­ży­ła się ryzy­kow­nym moty­wem, w tym przy­pad­ku banal­ne­go dzie­cię­ce­go arte­fak­tu. W Nocy i dniu opi­sa­ne powy­żej otwar­cie drzwi przez Wil­lia­ma koń­czy w isto­cie rela­cję z Hil­be­ry, ale za pośred­nic­twem opi­su spo­tka­nia z Ral­phem, nastę­pu­ją­ce­go tuż potem, pisar­ka pozwa­la czy­tel­ni­ko­wi wej­rzeć w roz­wój sytu­acji, sam Wil­liam zaś zosta­je dodat­ko­wo pogrą­żo­ny z powo­du infor­ma­cji, że Den­ham prze­pro­wa­dza się na sta­łe do Lon­dy­nu. Zbli­żo­ny poin­tu­ją­cy zabieg zasto­so­wa­ny w Mię­dzy akta­mi opar­ty jest już na cał­ko­wi­tym nie­do­po­wie­dze­niu i grze wyobraź­ni odbior­cy: „Noc była tu, zanim zbu­do­wa­no dro­gi czy domy. Ta noc, w któ­rą wpa­try­wa­li się miesz­kań­cy jaskiń. Wte­dy pod­nio­sła się kur­ty­na. Prze­mó­wi­li” (s. 253). To ostat­nie sło­wa powie­ści. I znów: nic wię­cej. W Nocy i dniu pisar­ka nie­mal powstrzy­mu­je Wil­lia­ma od reak­cji na sło­wa Katha­ri­ne, odbie­ra mu głos, ukry­wa kłę­bią­ce się z pew­no­ścią myśli i uczu­cia (rzu­ca jedy­nie mimo­cho­dem, że był wzbu­rzo­ny), w Mię­dzy akta­mi zachę­ca Isę i Gile­sa (a może nawet poko­le­nia wspo­mnia­nych „pier­wot­nych”) do prze­mó­wie­nia, nie­mniej nie ma tu pew­no­ści, czy fak­tycz­nie mogło cho­dzić o fizycz­ną, dosłow­ną mowę czy może o inne for­my komu­ni­ka­cji i poro­zu­mie­nia, zwłasz­cza że reali­zo­wać się mia­ły one w kon­tek­ście wyraź­nie ero­tycz­ne­go zbli­że­nia. W obu przy­pad­kach zosta­je­my odcię­ci od mikro­świa­tów boha­te­rów, drzwi i kur­ty­na dzia­ła­ją zatem podob­nie, koń­czą sytu­acje w ich zewnętrz­nych prze­ja­wach, roz­po­czy­na­ją ukry­ty żywot boha­te­rów i otwie­ra­ją na inte­rior ima­gi­na­cji (przede wszyst­kim czy­tel­ni­ków).

Okładka powieści Virginii Woolf pod tytułem „Noc i dzień”.
Virginia Woolf, „Noc i dzień”, tłum. Magdalena Heydel, Anna Kołyszko, Kraków: Wydawnictwo Literackie, 2010.

Zra­zu meto­dę taką moż­na by uznać za wyjąt­ko­wo okrut­ną, czy­ta­ją­cy doma­ga się prze­cież dopeł­nień, roz­wi­nięć, odda­lo­nych point, co w naj­do­słow­niej­szym i naj­ba­nal­niej­szym warian­cie spro­wa­dza się do wymu­sza­nia nie­ja­ko odpo­wie­dzi na pyta­nie: „co wła­ści­wie prze­ży­wa boha­ter?”. Pochło­nię­ty lek­tu­rą czy­tel­nik z pew­no­ścią czu­je już na sobie chłód i twar­dość owe­go „Wiem”, z pew­no­ścią sły­szy tak­że dźwięk otwie­ra­nych i zamy­ka­nych drzwi, może jed­nak potrze­bo­wać swo­iste­go pod­pro­wa­dze­nia. Jest to pra­gnie­nie tym bar­dziej wzmo­żo­ne, że w Nocy i dniu pisar­ka wpro­wa­dza prze­cież, i to w kil­ku miej­scach, licz­ne pier­wiosn­ki „stru­mie­nio­wych” wiwi­sek­cji. Co wię­cej, podob­na oszczęd­ność doty­czy w isto­cie samej kon­struk­cji boha­te­rów Woolf, a pre­cy­zyj­nie – ich pre­zen­ta­cji. Pan­nie La Tro­be, jed­nej z naj­waż­niej­szych boha­te­rek Mię­dzy akta­mi, a być może jed­nej z naj­cie­kaw­szych w całej swo­jej twór­czo­ści, pisar­ka poświę­ca zale­d­wie kil­ka zdań. Owszem, Woolf na kil­ku­dzie­się­ciu stro­nach opi­su­je prze­bieg prób do pew­ne­go spek­ta­klu w wiej­skiej sto­do­le, przy­wo­łu­je dida­ska­lia, sce­no­gra­fię, nawet gro­te­sko­we dia­lo­gi, lecz o „reży­ser­ce” wyda­rze­nia mówi wła­ści­wie tyl­ko tyle, że: „Pan­na La Tro­be była wyrzut­kiem” oraz że: „Natu­ra oddzie­li­ła ją od podob­nych jej istot” (s. 245). Autor­ka rezy­gnu­je z jakie­go­kol­wiek por­tre­tu psy­cho­lo­gicz­ne­go, prze­my­ca­jąc jed­nak alu­zję do cokol­wiek masku­li­ni­stycz­nych atry­bu­tów przed­sta­wia­nej posta­ci („zatrza­snę­ła wie­ko i dźwi­gnę­ła na ramię cięż­ką skrzyn­kę peł­ną płyt gra­mo­fo­no­wych”, s. 243) i wtrą­ca­jąc jedy­nie, że dzie­li­ła ona łoże i kie­sę z pew­ną kobie­tą. Doda­je przy tym kąśli­wą uwa­gę o wyglą­dzie boha­ter­ki w spód­ni­cy („za dłu­giej jak na jej gru­be nogi”, s. 235) oraz wpro­wa­dza opis poetyc­kich wizji La Tro­be znad kufla z piwem. I nic wię­cej.

Pew­nym wyja­śnie­niem tej lite­rac­kiej meto­dy zda­je się żywioł teatral­ny, w Mię­dzy akta­mi pano­szą­cy się na każ­dym kro­ku. Sce­nicz­ny zmysł Woolf, autor­ki jed­nej, zabaw­nej, choć bez wąt­pie­nia nie­wy­bit­nej kome­dii (Fre­sh­wa­ter, 1923–1935), bywa zde­cy­do­wa­nie nie­do­ce­nia­ny. W ostat­niej powie­ści dosłow­na kur­ty­na poja­wia się po raz pierw­szy w opi­sach wspo­mnia­ne­go powy­żej wiej­skie­go spek­ta­klu, prze­zna­czo­ne­go dla lokal­nej gawie­dzi i znu­dzo­nych zie­miań­skich elit, dru­gi raz otwie­ra nas na nie­opi­sa­ny, ale zapo­wie­dzia­ny praw­dzi­wy spek­takl – zbli­że­nie Isy i Gile­sa, wpro­wa­dzo­ny wymow­nie zaraz po zaska­ku­ją­cych obra­zach wszel­kich oko­licz­nych (i nie tyl­ko) pier­wot­no­ści. Teatral­na kota­ra wień­czy zatem powieść, ale tak­że życie Woolf, zarów­no jako pisar­ki, jak i kobie­ty. Zbli­żo­nym moty­wem posłu­ży­ła się Aga­tha Chri­stie w ostat­niej powie­ści o Her­ku­le­sie Poiro­cie – Cur­ta­in. Poirot’s Last Case (Kur­ty­na. Ostat­nia spra­wa Poiro­ta), wyda­nej w 1975 roku, parę mie­się­cy przed śmier­cią pisar­ki w stycz­niu następ­ne­go roku. Autor­ka Fal jawi się jako nie­odrod­ne dziec­ko moder­ny: ero­tycz­ną, mogą­cą wydać z sie­bie dziec­ko bli­skość dwoj­ga boha­te­rów Mię­dzy akta­mi w przej­rzy­sty spo­sób zmie­nia w fune­ral­ną maskę (Eros/Tanatos). W przy­pad­ku Woolf nie cho­dzi jed­nak wyłącz­nie o efek­tow­ną teatral­ną meta­fo­ry­kę, ponie­waż pisar­ka sto­su­je coś na kształt teatral­ne­go mon­ta­żu: uka­zu­je odbior­cy obra­zy, ope­ru­jąc pau­za­mi i prze­rwa­mi w trans­mi­sji swo­je­go „stru­mie­nia” (niczym kur­ty­ną i reflek­to­ra­mi naraz), umie­jęt­nie je przy tym dozu­je. W mon­ta­żu tym wszyst­ko, ku cze­mu Woolf dopro­wa­dza czy­tel­ni­ka-widza, a cze­go mu nie poka­zu­je (postę­pu­jąc z nim w isto­cie po reży­ser­sku), sta­je się nie tyle naj­istot­niej­sze, ile naj­bar­dziej „napię­te” i „napi­na­ją­ce” per­cep­cję odbior­cy i dla­te­go sta­no­wi dla nie­go naj­więk­sze wyzwa­nie. W tym sen­sie jej stru­mień świa­do­mo­ści jest zde­cy­do­wa­nie mniej „leją­cy” i mniej nie­po­skro­mio­ny niż choć­by wspo­mnia­ne­go wcze­śniej Joyce’a, za to bar­dziej frag­men­ta­rycz­ny, sce­no­pi­so­wy, któ­re to wła­ści­wo­ści wychwy­ci­ła bez­błęd­nie Katie Mit­chell, two­rzą­ca przede wszyst­kim w Niem­czech. Sztan­da­ro­wy­mi insce­ni­za­cja­mi jej „vide­ote­atru” sta­ły się wysta­wio­ne kil­ku­krot­nie FaleOrlan­do. Zain­spi­ro­wa­na swo­isty­mi par­ty­tu­ra­mi zako­do­wa­ny­mi w tek­stach Woolf, angiel­ska reży­ser­ka w Pan­nie Julii Augu­sta Strind­ber­ga eks­plo­ro­wa­ła wszyst­kie szcze­li­ny tek­stu, zaj­mu­jąc się w pierw­szej kolej­no­ści tym, co w dra­ma­cie nie­wi­docz­ne. Uka­zy­wa­ła to, co się dzie­je, gdy opis posta­ci dobie­ga koń­ca, albo też sytu­acje, gdy sam aktor wcho­dzi w kuli­sy, a więc nie­pi­sa­ne sce­ny rów­no­le­głe. Moż­na by puścić wodze fan­ta­zji i rzec, że gdy­by Mit­chell przy­szło zająć się Nocą i dniem, poka­za­ła­by ona wła­śnie to, co rze­czy­wi­ście dzia­ło się z Wil­lia­mem po poże­gna­niu z Hil­be­ry, z kolei w koń­ców­ce insce­ni­za­cji Mię­dzy akta­mi uka­zać by mogła zmy­sło­wą mowę Isy i Gile­sa, nie tyle zastę­pu­jąc jed­nak, ile dopeł­nia­jąc wyobraź­nię widzów-czy­tel­ni­ków.

Na koniec wypa­da przy­znać, że Woolf była cał­ko­wi­cie świa­do­ma ryzy­kow­no­ści wła­snej meto­dy, opar­tej na kumu­lo­wa­niu „okrut­nych” kro­pek tam, gdzie mógł­by poja­wić się opis, i łącze­niu ich z oszczęd­no­ścią, nie­mal lako­nicz­no­ścią w por­tre­to­wa­niu swo­ich boha­te­rów, powstrzy­my­wa­nych przed emo­cjo­nal­ny­mi wybu­cha­mi, skut­ku­ją­cy­mi szcze­gól­ne­go rodza­ju dra­ma­ty­zmem. Rezo­no­wał on zarów­no w samych boha­te­rach, jak i w czy­tel­ni­kach, cze­go dowo­dem jest frag­ment poru­sza­ją­ce­go zbio­ro­we­go wyzna­nia samot­no­ści (tak!) z Mię­dzy akta­mi:

Powie­dział (bez słów):
Jestem potwor­nie nie­szczę­śli­wy.
Ja też – odpo­wie­dział mu jak echo Dodge.
I ja tak­że – pomy­śla­ła Isa.
Wszy­scy znie­wo­le­ni, w klat­ce, więź­nio­wie,
oglą­da­ją­cy przed­sta­wie­nie. Nadal nic się nie
dzia­ło. Tyka­nie maszy­ny dopro­wa­dza­ło do sza­leń­stwa (s. 203).

Okładka powieści Virginii Woolf pod tytułem „Między aktami”.
Virginia Woolf, „Między aktami”, tłum. Magdalena Heydel, Kraków: Wydawnictwo Literackie, 2008.

Owo „też”/„także” (pro­sto­ta kon­cep­tu Woolf zadzi­wia) nara­sta i potę­gu­je wspól­ne dozna­nie poszcze­gól­nych boha­te­rów, pozwa­la im na odczu­cie nie­mal zjed­no­cze­nia w nie­szczę­ściu. Obser­wu­je­my tu więc stan osią­ga­ny w lite­ra­tu­rze nie­by­wa­le rzad­ko.

 

Wszyst­kie cyta­ty pocho­dzą z pol­skich wydań dzieł Vir­gi­nii Woolf, czy­li z powie­ści „Mię­dzy akta­mi”, tłum. M. Hey­del, Kra­ków: Wydaw­nic­two Lite­rac­kie, 2008 oraz „Noc i dzień”, tłum. M. Hey­del, A. Kołysz­ko, Kra­ków: Wydaw­nic­two Lite­rac­kie, 2010.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Czytaj także

22.06.2026 Rozmowy

Austen, siostry Brontë, Woolf. Czy ich życie mogło wyglądać tak, jak chcą filmowcy?

Gdybym miała wskazać główny cel powstania książki, byłoby nim dociekanie, czy faktycznie życie największych angielskich pisarek – Austen, Brontë, Woolf – mogło wyglądać tak, jak wyobrażali je sobie filmowcy – mówi Anna Śliwińska w rozmowie z Amelią Sarnowską o swojej publikacji Austen, Brontë, Woolf. Filmowe biografie.

04.11.2025 Szkice

„Samotna kobieta, gdy tworzy, nie wygląda pięknie” – o czterech aktach cierpienia pisarki

Pisze się w samotności. Samotność jest niezbędna do sprawnej pracy. Ale z samotnością miało nie być kobiecie do twarzy. Już sam zbitek słów „samotna kobieta” brzmi jak obraźliwy epitet, a wyobrażenie, że kobieta może coś samotnie zdziałać, jest trudne do przyjęcia nawet dla niej samej – o zjawisku samotności w utworach artystek pisze Aleksandra Ewa Furtak.

07.10.2025 Przez gender

Przemiany Orlanda nad Wisłą

Jestem przekonana, że dzisiaj nie ma już podstaw do powielania popularnej dziesięć–dwadzieścia lat temu narracji o literaturze lesbijskiej jako „tej gorszej”, niemal nieistniejącej lub słabej literacko, za mało lub zbyt cielesnej – o krajobrazie polskiej literatury po Orlandzie, czyli o wpływie słynnej powieści Virginii Woolf na polską literaturę, pisze Zofia Ulańska.

13.08.2026 Laba

Pocztówka znaleziona w trzcinie

Laba i lato: najlepsza para pod słońcem. Szykujemy się na letnie przygody z książkami – ruszajcie z nami! W cyklu wakacyjnych tekstów prezentujemy pocztówki literackie, reportaże z wydarzeń kulturalnych (uwaga na wypowiedzi publiczności!), rozmowy o letnich lekturach. Dzisiaj publikujemy reportaż Krzysztofa Żwirskiego z festiwalu Stolica Języka Polskiego w Szczebrzeszynie.