Amelia Sarnowska: Jane Austen, Charlotte, Emily i Anne Brontë, Virginia Woolf – jako najbardziej znane twórczynie angielskiej literatury, stały się w pewnym stopniu konstruktami. Pani książka oscyluje między dwoma światami: tym, w którym bohaterki są emanacjami kultury, a tym pozwalającym podsłuchać oraz podejrzeć życie prawdziwych kobiet. Jaki jest główny cel tej publikacji?
Anna Śliwińska: Rzadko jest jeden. Przede wszystkim: wyrażenie narastającego przez lata zachwytu nad ich prozą. Ta twórczość w dużej mierze ukształtowała mnie jako osobę, która pisze. Ponadto, gdy oglądałam adaptacje dzieł literackich, zawsze interesowało mnie zaglądanie pod podszewkę. Czy aby na pewno było tak, jak widzą to scenarzyści i reżyserzy? Pytanie, które do dziś mi towarzyszy, również gdy oglądam filmowe biografie: co z tego wszystkiego mogłoby być prawdą, a co nią nie jest? Gdybym miała wskazać główny cel powstania książki, byłoby nim dociekanie: czy faktycznie życie największych angielskich pisarek – Austen, Brontë, Woolf – mogło wyglądać tak, jak wyobrażali je sobie filmowcy? Czy literatura, jak chcą niektórzy, łączy się z tym, czego same doświadczyły? Książka powstała z potrzeby sprawdzenia, czy te kwestie da się dziś zweryfikować. Przy okazji też stawiałam sobie i każdej osobie po drugiej stronie ekranu pytanie: dlaczego przyjmujemy pewne założenia? Po lekturze Pani wie, że w tej książce wielokrotnie przy rozważaniu różnych pytań kapituluję. Ale nie traktuję tego jako porażki. Te momenty pozwalają mi przyznać się do bycia bezradną wobec rzeczywistości. Bo nawet kiedy bierzemy do ręki taki materiał źródłowy jak listy, mamy do czynienia z postrzeganiem mocno subiektywnym. Badane biografie, korespondencja nigdy nie będą źródłem w pełni wiarygodnym. Owszem, będą bardziej wiarygodne niż film czy serial biograficzny, przefiltrowany przez wyobrażenia reżysera – ale to wciąż nie będzie „prawda”, choć używam tu tego słowa wyłącznie w cudzysłowie. Bo czym jest prawda?
I czym byłaby prawda w kinie?
W kinie najważniejsze są przecież emocje.
Czytałam w ostatnich dniach eseje Wernera Herzoga, w których stawia on to jedno z najtrudniejszych pytań naszych czasów: „czym jest prawda?”. Jak zauważa, nawet największa mistyfikacja może wywołać prawdziwe emocje. „Wszystko w filmie jest kłamstwem, udawaniem i profesjonalnym występem, ale dziwne jest to, że w tej sytuacji istnieje jedna stała – uczucia. W całym tym kłamstwie one zawsze są prawdziwe”1. Czy mimo to twórcy filmowych biografii nie pozwalają sobie na zbyt dużo? Można ze sporą dozą prawdopodobieństwa założyć, że większość widzów nie robi po seansie fact-checkingu. W jakimś stopniu wierzy w to, co widzi na ekranie. A przynajmniej ufa, że filmowa biografia Austen czy Woolf odpowiada faktom.
Na takie pytanie również nie mam jednoznacznej odpowiedzi. Jestem jednak w stanie sobie wyobrazić, że pewien rodzaj dopowiadania prowadzi do przekłamania faktów. Jeśli weźmiemy pod uwagę dziesięć tytułów, które analizuję w książce, stwierdzimy, że więcej tu ukłonów w stronę odbiorcy. Skoro widz oczekuje, że bohaterki spotkają się z ostracyzmem, będą miały problemy finansowe, uwikłają się w krąg pytań o sens i cel śmierci czy choroby – twórca filmu, co poniekąd oczywiste, będzie eksponował właśnie te wątki. Nawet kosztem innych ważnych kwestii. Bywają też takie przykłady dopowiadania, które budzą znacznie poważniejsze wątpliwości pod względem etycznym. Są to sytuacje, w których scenariusz staje w jawnej kontrze do tego, co jesteśmy w stanie zweryfikować.
Dobrym przykładem jest dyskusja, która toczy się w tych dniach wokół biografii filmowej Michaela Jacksona. Dyskusja nie dotyczy raczej oceny wartości artystycznej filmu – lecz tego, na co twórcy takiego obrazu mogą sobie pozwolić. Czy można powiedzieć „stop” i nie przedstawić dalszej części tej historii?
Filmy i seriale, które analizowałam, choć nie są wolne od mitów i przekłamań, nie odbiegają znacząco od prawdy (największym odstępstwem pozostaje pewnie rozwinięcie wątku domniemanego romansu Jane Austen). Niektóre kwestie są w nich mocniej eksponowane, to prawda, a całość bywa zanurzona we współczesnych wyobrażeniach widzów – ale na pewno nie stanowią jawnego kłamstwa i nie wiążą się ze świadomym przemilczeniem czegoś istotnego, jak w przypadku biografii Jacksona. Jeśli rozmawiamy o produkcjach poświęconych Austen, siostrom Brontë czy Woolf – na tym przykładzie widoczne jest, jak bardzo filmowe biografie są kształtowane przez naszą współczesną wrażliwość. To, jak wygląda, myśli i czuje współczesny świat, wpływa bezpośrednio na wybór eksponowanych momentów z życia tych pisarek.
Czego najczęściej oczekuje współczesna widownia?
Chcemy zobaczyć historię o tym, jak kobiecie-pisarce trudno było w poprzednich epokach wygospodarować czas na tworzenie. Przyjrzeć się życiu bohaterki, dla której problematyczne było funkcjonowanie w męskim świecie. W przypadku Virginii Woolf – przekonać się, że jej życie od początku do końca było naznaczone chorobą i śmiercią samobójczą.
Przypomina Pani w książce, że nie powinniśmy romantyzować tej śmierci. Z chorobą Woolf jest trochę tak jak z samotnością w malarstwie Edwarda Hoppera – z czasem zapominamy, że w ich życiu i twórczości było coś jeszcze. We wstępie zwraca Pani uwagę na znaki zapytania, wykrzykniki i wielokropki w analizowanych biografiach – to ich tropami najczęściej podążają twórcy. Wiąże się to jednak, jak Pani podkreśla, z wieloma pułapkami.
Na początku zadałam sobie pytanie o moją pamięć osób i relacji. W głowie często przecież pozostają głównie wyraźne akcenty. A w próbie uchwycenia czyjejś biografii nie chodzi jedynie o te odseparowane aspekty.
Ważne jest, żeby spróbować pochwycić także czyjąś codzienność. A nie tylko to, co w życiorysie mocne i krzykliwe.
Kino cały czas oscyluje między tymi sferami. Co naturalne, skupia się przede wszystkim na najmocniejszych akcentach, faktach i wydarzeniach, które mają wywołać w nas silne poruszenie. Ale filmowcy wiedzą, że widz potrzebuje zobaczyć na ekranie nie tylko porywy namiętności czy śmierć, ale też to, jaką robótkę bohaterka mogła trzymać w ręce czy jakie kwiaty na wrzosowiskach zbierały siostry Brontë. Kino ma możliwość dotknięcia codzienności. A to coś, co często umyka nawet autorom i autorkom biografii literackich. Na zajęciach z historii filmu światowego przypominam studentom o pierwszych seansach filmowych – kiedy ówczesną widownię interesowało, jak pokazane zostały dym czy morska fala obmywająca stopy przechodzących wybrzeżem ludzi. Dlaczego? Bo to obrazy i momenty najbardziej ulotne. A cała sztuka zawsze dążyła do pochwycenia tego, co nieuchwytne. Zakochana Jane zaczyna się między innymi od kadru, w którym obserwujemy, jak światło poranka pada na rękę siedzącej przy biurku pisarki. Światło i detal! Ledwo uchwytne… W tych ujęciach odsłaniają się przed nami również krajobraz pagórków wokół domu oraz zwierzęta, które były częścią codziennego życia Austen. Taki wstęp od razu sugeruje, że jako kobieta-pisarka najprawdopodobniej musiała ona tworzyć o poranku, przed pełnieniem innych obowiązków. Ale wspomniana scena pozwala nam też po prostu zachwycić się wszystkim tym, co w codzienności Austen kryło się pomiędzy znakami zapytania a wykrzyknikami. Odwołam się w tym miejscu do tekstu kanonicznego: wszystko to pozwala dotknąć „szczelin istnienia”. To ten rodzaj prawdy, która pozwala nam usiąść obok bohaterki. Spojrzeć jej przez ramię.
Zarazem uczula też Pani w książce, by w przypadku filmowych biografii być świadomym tego trzeciego oka. Zacytuję Barbarę Skargę: „oto twarz innego, tego, który jest przede mną. To przede mną jest jednak szczególne, obecne i nieobecne, dostępne tylko z drugiej ręki, zapośredniczone”. W kinie nasze spojrzenie zostaje wymuszone przez spojrzenie twórców. Narzuca określoną perspektywę. Tych zapośredniczeń może być więcej – uwagę zwraca chociażby polskie tłumaczenie tytułu wspominanego przez Panią filmu, które z angielskiego Becoming Jane zrobiło Jane zakochaną. Nawet jeśli zaglądamy w życie tych pisarek przez ramię, jest to spojrzenie zapośredniczone – nierzadko z kilkoma barykadami po drodze.
Można pomyśleć o kilku pułapkach, szczególnie w przypadku filmów, które mają trafić do szerokiej publiczności, a przy tym zostały dość mocno osadzone w określonej konwencji: melodramatu czy komedii romantycznej. Są to filmy o wyraźnym kodzie, który odbiorca ma łatwo rozpoznać i odczytać. Występuje przy tym ryzyko, że odbiorca takiego filmu nigdy nie sięgnie po książkowe biografie i opracowania życiorysu Jane Austen czy Virginii Woolf. Czyli może uznać to, co zobaczy, za rzetelne i wiarygodne. Każda filmowa czy serialowa opowieść może nas jednak przecież prowadzić z powrotem do samego pisarza czy pisarki. Do ich twórczości. Było to wyczuwalne przy premierze ostatniej adaptacji Wichrowych Wzgórz, wyreżyserowanych przez Emerald Fennell. Sporo osób po seansie, także w związku z zaistniałą wokół filmu dyskusją, po tę książkę jednak sięgnęło. Czy po lekturze widzowie byli zadowoleni z tego, co zobaczyli na ekranie, to już inna sprawa. Kino może nas popychać do dalszego szukania. Budzić potrzebę weryfikacji, sprawdzenia, ale też sięgania dalej. Choć zarazem, w tym samym czasie, może też bałamucić.
By domknąć blok pytań o pułapki: co z ryzykiem „szufladyzacji”? Cały czas się zastanawiam, czy powielane schematy i wyobrażenia na temat tych pisarek nie okazują się krzywdzące dla relacji, jakie możemy nawiązać dziś z ich twórczością. Czy po skończonej pracy nad biografiami pisarek wskazałaby Pani jakieś obszary, które wymagałyby świeżego spojrzenia? Bo może być tak, że przez zbiorowe wyobrażenia tracimy z oczu coś ciekawego.
Pewnie nie będę oryginalna, bo każdy, kto zajmuje się biografiami, wie, że kluczem jest tu wielopunktowość. Świadome unikanie zamknięcia się w jednej, dopiętej narracji. Spojrzenie poza ramy pojedynczych wątków szerszej historii. Jeśli wziąć za przykład życie Virginii Woolf – po seansie Godzin czy serialu można odnieść wrażenie, że patrzy się na kobietę bardzo introwertyczną, mocno skupioną na sobie, nad którą zawsze unosi się widmo choroby. Przystępując do pracy nad książką, zaczęłam szukać kontrapunktów dla takiej optyki – drugiej strony opowieści o Woolf. Historii o Virginii, która się śmiała, lubiła wychodzić z domu, spotykać się z ludźmi. Znalezienie jej okazało się łatwe. Źródeł, które to potwierdzają, zachowało się przecież sporo. Nietrudno zresztą sobie wyobrazić, że taka sytuacja dotyczy każdej z tych pisarek – każda z nich miewała lepsze i trudniejsze chwile. Konstruując swoją książkę na zasadzie takich kontrapunktów, starałam się zbliżyć do centrum opowieści o życiu każdej z tych pisarek. Usiłowałam te pojedyncze, niepełne historie zbalansować. Zaglądać pod podszewkę wszystkich wyobrażeń, szczególnie jeśli któreś z nich było silniej wdrukowane w powszechną świadomość. Każdą z części książki rozpoczynam od takiego właśnie utartego schematu, rozpisywanego dalej na kilka najpopularniejszych skojarzeń z daną postacią. Potem, punkt po punkcie, konfrontuję je z dostępnymi faktami. Analizując wyobrażenia o efemerycznych siostrach Brontë, nietrudno w biografiach natrafić na kwestie, które musiały trzymać pisarki blisko ziemi (jak choćby sprawy finansowe).
Jeśli pierwszym skojarzeniem w przypadku Jane Austen była lekkość czy romansowość – pytałam o to, kim tak naprawdę była kobieta, która opisała te wszystkie historie? Czy koniecznie inspirowała się własnymi doświadczeniami, jak lubimy zakładać?
W podsumowaniu rozdziału jej poświęconego cytuje Pani Virginię Woolf, która odnosząc się do twórczości zarówno Austen, jak i Brontë, zauważyła: „pisały nie jak piszą mężczyźni, ale tak jak piszą kobiety”. I pisząc właśnie tak, weszły do kanonu literatury. O płci w literaturze powiedziano od tamtej pory już oczywiście sporo, trudno oprzeć się wrażeniu, że dziś taka strategia niekoniecznie by się sprawdziła.
Trzeba pamiętać, że kobiet piszących było w ich czasach wciąż niewiele. Mowa o pisarkach, które w naszej kulturze jako jedne z pierwszych napierały na pewne bariery. A jak wiadomo, ograniczenia bywają inspirujące. Dziś wciąż możemy mówić o nierównościach, jednak realia są już zupełnie inne – co do tego nie ma wątpliwości. Pamiętajmy, że nazwiska Austen, Brontë czy Woolf zostały z nami do dziś nie bez powodu. Przetrwała twórczość najwybitniejsza. Efekt rozproszenia, który obserwujemy współcześnie, i to w całej kulturze, sprawia, że dziś naprawdę trudno wszystko czytać, oglądać i przeżywać. W takiej rzeczywistości dużo trudniej też wskazać kierunek czy wytypować jakiekolwiek centrum.
Jak już zostało powiedziane, każda epoka dostaje swoją Austen, Brontë czy Woolf – która z tych bohaterek dzisiaj wydaje się najbardziej współczesna?
W każdej z nich było coś, co wyróżniałoby ją na tle pozostałych. Każda też żyła w innych czasach – i każda w jakimś sensie była prekursorką. Jane Austen miała bardzo spójną i konkretną wizję tego, co robi. Konsekwentnie dążyła do celu. Nawet gdy nie mogła jeszcze przewidzieć, jak potoczy się jej droga pisarska i z jakim zainteresowaniem spotkają się jej powieści. Postawa, która do dziś może budzić podziw. Mimo to Austen pisała przede wszystkim dlatego, że pisać lubiła. Jak każda z bohaterek mojej książki. Twórczość była tu wynikiem potrzeby i owocem całkowitego zawierzenia się tej potrzebie. To pisanie nadawało rytm dniom, dodawało energii autorkom i porządkowało ich codzienność. Jeśli spojrzymy na siostry Brontë, odkryjemy, że każda z nich realizowała w życiu własny scenariusz. Emily nie pisała z myślą o innych, lecz dla siebie.
Jest w tej decyzji rodzaj wolności – w tym wolności od oczekiwań – który musi być pociągający także dzisiaj.
Może szczególnie dzisiaj.
Pisała swoją książkę w zupełnym odcięciu od tego, jak może zostać ona oceniona czy przyjęta. Charlotte z kolei była już dużo bardziej świadoma i konsekwentna w swoich wyborach. Virginia Woolf żyła natomiast życiem o wiele bardziej współczesnym w sferze prywatnej. Żyła dokładnie tak, jak chciała. A to postawa, na którą jej poprzedniczki nie mogły sobie pozwolić. Może nawet więcej: stopień wolności Woolf mógłby przekraczać ich wyobrażenia. Z literackiego punktu widzenia autorka Pani Dalloway miała też największą świadomość tego, że jej pisarstwo już jest i będzie czytane. Świadomość ta niewątpliwie była dla niej źródłem stresu, pisarka głęboko przeżywała każdą ze swoich publikacji.
Jest też kwestia, która w jakiś sposób spaja te wszystkie biografie, a która ma sporą moc oddziaływania i dzisiaj: siostrzeństwo. Odwołuje się Pani w książce również do tej kategorii.
Gdy tylko pojawił się pomysł, by napisać o tych biografiach, od początku świtała mi w głowie ta kategoria. Mowa tu już o siostrzeństwie dużo szerzej rozumianym niż tylko biologicznie, choć z takim także mamy w tym gronie do czynienia. Siostrzeństwo było tym, o czym starałam się myśleć jak o leitmotivie, który prowadził mnie przez całą książkę i pozwalał mi na zaakcentowanie współistnienia wszystkich historii. Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że same pisarki między sobą, międzypokoleniowo, także się jedna do drugiej odwoływały. Mniej bądź bardziej krytycznie, ale świadomie. Charlotte Brontë nie była wielką miłośniczką prozy Jane Austen, o czym też w książce wspominam. Woolf już jednak dostrzegała, że każda z nich w pewnym sensie wyrastała z poprzedniej – co zarówno na poziomie intelektualnym, jak i emocjonalnym szczególnie zachęciło mnie do pracy nad książką. Jako grupa pisarek współtworzą coś bardzo konkretnego. Są między sobą powiązane, w czym możemy się przeglądać do dziś. Bo jeśli którakolwiek z nas zasiada dziś do swojego biurka, by pisać, to trochę dzięki nim. Dzięki temu, że pokonały znaczną część przeszkód, z jakimi musiała mierzyć się kobieta myśląca o pisarstwie.
Mam na myśli nie tylko bariery ekonomiczne czy społeczne, ale także te na poziomie samej historii literatury. Bo to one nadały kierunek i bieg kluczowym zmianom.
Podsumowuje Pani całą pracę za pomocą metafory – podróży do określonego, bo angielskiego ogrodu.
Wzięło się to z rozważań nad żywotnością tych twórczości. Dlaczego wciąż wracamy akurat do przedstawianych przeze mnie biografii? Co stoi za tym, że pojawiają się wciąż nowe adaptacje dzieł tych pisarek? Dlaczego taką popularnością cieszą się dziś takie produkcje jak Downton Abbey? Jedną z odpowiedzi – bo nie jedyną – był kryjący się w omawianych życiorysach urok, który da się wprost powiązać ze wszystkim, co reprezentują ogród angielski i angielska prowincja. Uroczy cottage, przydomowy dziki ogród, wiatry hulające po wrzosowiskach – to wszystko emblematy odrębnego mitu, który wytworzył się w tej kulturze. Kto odwiedza Wielką Brytanię, wie, że w wielu miejscach wspomnianego mitu próżno dziś szukać. Wciąż są jednak takie, w których można go dotknąć.
Jane Austen, siostry Brontë, Virginia Woolf – one też są właśnie takie. Z jednej strony metafora ta pozwala rozróżnić, że ogród jednej z nich będzie bardziej uroczy, a drugiej bardziej tajemniczy czy dziki. Z drugiej – one same stały się ogrodem. Trochę je dziś kształtujemy po swojemu, naświetlając w ich biografiach elementy odpowiadające naszym współczesnym wyobrażeniom i wrażliwości – mimo to pozostają dzikie. Nie da się ich do końca ujarzmić. Wciąż wymykają się naszym próbom diagnozowania. Wymykają się filmowcom. Wymykają się też badaczom. Ale chyba właśnie to sprawia, że stają się największą inspiracją – zarówno jako kobiety, jak i pisarki. Dodam, że moja książka też powstawała w ogrodzie. Pod czereśnią.
1 W. Herzog, Przyszłość prawdy, tłum. E. Mikulska-Frindo, Warszawa: Obroty, 2026, s. 45.
