Austen, siostry Brontë, Woolf. Czy ich życie mogło wyglądać tak, jak chcą filmowcy?

Ame­lia Sar­now­ska: Jane Austen, Char­lot­te, Emi­ly i Anne Bron­të, Vir­gi­nia Woolf – jako naj­bar­dziej zna­ne twór­czy­nie angiel­skiej lite­ra­tu­ry, sta­ły się w pew­nym stop­niu kon­struk­ta­mi. Pani książ­ka oscy­lu­je mię­dzy dwo­ma świa­ta­mi: tym, w któ­rym boha­ter­ki są ema­na­cja­mi kul­tu­ry, a tym pozwa­la­ją­cym pod­słu­chać oraz podej­rzeć życie praw­dzi­wych kobiet. Jaki jest głów­ny cel tej publi­ka­cji?

Anna Śli­wiń­ska: Rzad­ko jest jeden. Przede wszyst­kim: wyra­że­nie nara­sta­ją­ce­go przez lata zachwy­tu nad ich pro­zą. Ta twór­czość w dużej mie­rze ukształ­to­wa­ła mnie jako oso­bę, któ­ra pisze. Ponad­to, gdy oglą­da­łam adap­ta­cje dzieł lite­rac­kich, zawsze inte­re­so­wa­ło mnie zaglą­da­nie pod pod­szew­kę. Czy aby na pew­no było tak, jak widzą to sce­na­rzy­ści i reży­se­rzy? Pyta­nie, któ­re do dziś mi towa­rzy­szy, rów­nież gdy oglą­dam fil­mo­we bio­gra­fie: co z tego wszyst­kie­go mogło­by być praw­dą, a co nią nie jest? Gdy­bym mia­ła wska­zać głów­ny cel powsta­nia książ­ki, było­by nim docie­ka­nie: czy fak­tycz­nie życie naj­więk­szych angiel­skich pisa­rek – Austen, Bron­të, Woolf – mogło wyglą­dać tak, jak wyobra­ża­li je sobie fil­mow­cy? Czy lite­ra­tu­ra, jak chcą nie­któ­rzy, łączy się z tym, cze­go same doświad­czy­ły? Książ­ka powsta­ła z potrze­by spraw­dze­nia, czy te kwe­stie da się dziś zwe­ry­fi­ko­wać. Przy oka­zji też sta­wia­łam sobie i każ­dej oso­bie po dru­giej stro­nie ekra­nu pyta­nie: dla­cze­go przyj­mu­je­my pew­ne zało­że­nia? Po lek­tu­rze Pani wie, że w tej książ­ce wie­lo­krot­nie przy roz­wa­ża­niu róż­nych pytań kapi­tu­lu­ję. Ale nie trak­tu­ję tego jako poraż­ki. Te momen­ty pozwa­la­ją mi przy­znać się do bycia bez­rad­ną wobec rze­czy­wi­sto­ści. Bo nawet kie­dy bie­rze­my do ręki taki mate­riał źró­dło­wy jak listy, mamy do czy­nie­nia z postrze­ga­niem moc­no subiek­tyw­nym. Bada­ne bio­gra­fie, kore­spon­den­cja nigdy nie będą źró­dłem w peł­ni wia­ry­god­nym. Owszem, będą bar­dziej wia­ry­god­ne niż film czy serial bio­gra­ficz­ny, prze­fil­tro­wa­ny przez wyobra­że­nia reży­se­ra – ale to wciąż nie będzie „praw­da”, choć uży­wam tu tego sło­wa wyłącz­nie w cudzy­sło­wie. Bo czym jest praw­da?

I czym była­by praw­da w kinie?

W kinie naj­waż­niej­sze są prze­cież emo­cje.

Czy­ta­łam w ostat­nich dniach ese­je Wer­ne­ra Herzo­ga, w któ­rych sta­wia on to jed­no z naj­trud­niej­szych pytań naszych cza­sów: „czym jest praw­da?”. Jak zauwa­ża, nawet naj­więk­sza misty­fi­ka­cja może wywo­łać praw­dzi­we emo­cje. „Wszyst­ko w fil­mie jest kłam­stwem, uda­wa­niem i pro­fe­sjo­nal­nym wystę­pem, ale dziw­ne jest to, że w tej sytu­acji ist­nie­je jed­na sta­ła – uczu­cia. W całym tym kłam­stwie one zawsze są praw­dzi­we”1. Czy mimo to twór­cy fil­mo­wych bio­gra­fii nie pozwa­la­ją sobie na zbyt dużo? Moż­na ze spo­rą dozą praw­do­po­do­bień­stwa zało­żyć, że więk­szość widzów nie robi po sean­sie fact-chec­kin­gu. W jakimś stop­niu wie­rzy w to, co widzi na ekra­nie. A przy­naj­mniej ufa, że fil­mo­wa bio­gra­fia Austen czy Woolf odpo­wia­da fak­tom.

Na takie pyta­nie rów­nież nie mam jed­no­znacz­nej odpo­wie­dzi. Jestem jed­nak w sta­nie sobie wyobra­zić, że pewien rodzaj dopo­wia­da­nia pro­wa­dzi do prze­kła­ma­nia fak­tów. Jeśli weź­mie­my pod uwa­gę dzie­sięć tytu­łów, któ­re ana­li­zu­ję w książ­ce, stwier­dzi­my, że wię­cej tu ukło­nów w stro­nę odbior­cy. Sko­ro widz ocze­ku­je, że boha­ter­ki spo­tka­ją się z ostra­cy­zmem, będą mia­ły pro­ble­my finan­so­we, uwi­kła­ją się w krąg pytań o sens i cel śmier­ci czy cho­ro­by – twór­ca fil­mu, co ponie­kąd oczy­wi­ste, będzie eks­po­no­wał wła­śnie te wąt­ki. Nawet kosz­tem innych waż­nych kwe­stii. Bywa­ją też takie przy­kła­dy dopo­wia­da­nia, któ­re budzą znacz­nie poważ­niej­sze wąt­pli­wo­ści pod wzglę­dem etycz­nym. Są to sytu­acje, w któ­rych sce­na­riusz sta­je w jaw­nej kontrze do tego, co jeste­śmy w sta­nie zwe­ry­fi­ko­wać.

Dobrym przykładem jest dyskusja, która toczy się w tych dniach wokół biografii filmowej Michaela Jacksona. Dyskusja nie dotyczy raczej oceny wartości artystycznej filmu – lecz tego, na co twórcy takiego obrazu mogą sobie pozwolić. Czy można powiedzieć „stop” i nie przedstawić dalszej części tej historii?

Fil­my i seria­le, któ­re ana­li­zo­wa­łam, choć nie są wol­ne od mitów i prze­kła­mań, nie odbie­ga­ją zna­czą­co od praw­dy (naj­więk­szym odstęp­stwem pozo­sta­je pew­nie roz­wi­nię­cie wąt­ku domnie­ma­ne­go roman­su Jane Austen). Nie­któ­re kwe­stie są w nich moc­niej eks­po­no­wa­ne, to praw­da, a całość bywa zanu­rzo­na we współ­cze­snych wyobra­że­niach widzów – ale na pew­no nie sta­no­wią jaw­ne­go kłam­stwa i nie wią­żą się ze świa­do­mym prze­mil­cze­niem cze­goś istot­ne­go, jak w przy­pad­ku bio­gra­fii Jack­so­na. Jeśli roz­ma­wia­my o pro­duk­cjach poświę­co­nych Austen, sio­strom Bron­të czy Woolf – na tym przy­kła­dzie widocz­ne jest, jak bar­dzo fil­mo­we bio­gra­fie są kształ­to­wa­ne przez naszą współ­cze­sną wraż­li­wość. To, jak wyglą­da, myśli i czu­je współ­cze­sny świat, wpły­wa bez­po­śred­nio na wybór eks­po­no­wa­nych momen­tów z życia tych pisa­rek.

Cze­go naj­czę­ściej ocze­ku­je współ­cze­sna widow­nia?

Chce­my zoba­czyć histo­rię o tym, jak kobie­cie-pisar­ce trud­no było w poprzed­nich epo­kach wygo­spo­da­ro­wać czas na two­rze­nie. Przyj­rzeć się życiu boha­ter­ki, dla któ­rej pro­ble­ma­tycz­ne było funk­cjo­no­wa­nie w męskim świe­cie. W przy­pad­ku Vir­gi­nii Woolf – prze­ko­nać się, że jej życie od począt­ku do koń­ca było nazna­czo­ne cho­ro­bą i śmier­cią samo­bój­czą.

Virginia Woolf (1902), fot. George Charles Beresford / Hulton Archive / Getty Images, Domena publiczna / Public domain
Virginia Woolf (1902), fot. George Charles Beresford / Hulton Archive / Getty Images, Domena publiczna / Public domain.

Przy­po­mi­na Pani w książ­ce, że nie powin­ni­śmy roman­ty­zo­wać tej śmier­ci. Z cho­ro­bą Woolf jest tro­chę tak jak z samot­no­ścią w malar­stwie Edwar­da Hop­pe­ra – z cza­sem zapo­mi­na­my, że w ich życiu i twór­czo­ści było coś jesz­cze. We wstę­pie zwra­ca Pani uwa­gę na zna­ki zapy­ta­nia, wykrzyk­ni­ki i wie­lo­krop­ki w ana­li­zo­wa­nych bio­gra­fiach – to ich tro­pa­mi naj­czę­ściej podą­ża­ją twór­cy. Wią­że się to jed­nak, jak Pani pod­kre­śla, z wie­lo­ma pułap­ka­mi.

Na począt­ku zada­łam sobie pyta­nie o moją pamięć osób i rela­cji. W gło­wie czę­sto prze­cież pozo­sta­ją głów­nie wyraź­ne akcen­ty. A w pró­bie uchwy­ce­nia czy­jejś bio­gra­fii nie cho­dzi jedy­nie o te odse­pa­ro­wa­ne aspek­ty.

Ważne jest, żeby spróbować pochwycić także czyjąś codzienność. A nie tylko to, co w życiorysie mocne i krzykliwe.

Kino cały czas oscy­lu­je mię­dzy tymi sfe­ra­mi. Co natu­ral­ne, sku­pia się przede wszyst­kim na naj­moc­niej­szych akcen­tach, fak­tach i wyda­rze­niach, któ­re mają wywo­łać w nas sil­ne poru­sze­nie. Ale fil­mow­cy wie­dzą, że widz potrze­bu­je zoba­czyć na ekra­nie nie tyl­ko pory­wy namięt­no­ści czy śmierć, ale też to, jaką robót­kę boha­ter­ka mogła trzy­mać w ręce czy jakie kwia­ty na wrzo­so­wi­skach zbie­ra­ły sio­stry Bron­të. Kino ma moż­li­wość dotknię­cia codzien­no­ści. A to coś, co czę­sto umy­ka nawet auto­rom i autor­kom bio­gra­fii lite­rac­kich. Na zaję­ciach z histo­rii fil­mu świa­to­we­go przy­po­mi­nam stu­den­tom o pierw­szych sean­sach fil­mo­wych – kie­dy ówcze­sną widow­nię inte­re­so­wa­ło, jak poka­za­ne zosta­ły dym czy mor­ska fala obmy­wa­ją­ca sto­py prze­cho­dzą­cych wybrze­żem ludzi. Dla­cze­go? Bo to obra­zy i momen­ty naj­bar­dziej ulot­ne. A cała sztu­ka zawsze dąży­ła do pochwy­ce­nia tego, co nie­uchwyt­ne. Zako­cha­na Jane zaczy­na się mię­dzy inny­mi od kadru, w któ­rym obser­wu­je­my, jak świa­tło poran­ka pada na rękę sie­dzą­cej przy biur­ku pisar­ki. Świa­tło i detal! Led­wo uchwyt­ne… W tych uję­ciach odsła­nia­ją się przed nami rów­nież kra­jo­braz pagór­ków wokół domu oraz zwie­rzę­ta, któ­re były czę­ścią codzien­ne­go życia Austen. Taki wstęp od razu suge­ru­je, że jako kobie­ta-pisar­ka naj­praw­do­po­dob­niej musia­ła ona two­rzyć o poran­ku, przed peł­nie­niem innych obo­wiąz­ków. Ale wspo­mnia­na sce­na pozwa­la nam też po pro­stu zachwy­cić się wszyst­kim tym, co w codzien­no­ści Austen kry­ło się pomię­dzy zna­ka­mi zapy­ta­nia a wykrzyk­ni­ka­mi. Odwo­łam się w tym miej­scu do tek­stu kano­nicz­ne­go: wszyst­ko to pozwa­la dotknąć „szcze­lin ist­nie­nia”. To ten rodzaj praw­dy, któ­ra pozwa­la nam usiąść obok boha­ter­ki. Spoj­rzeć jej przez ramię.

Jane Austen (ok. 1810), portret autorstwa Cassandry Austen, źródło: The National Portrait Gallery (London), Domena publiczna / Public domain
Jane Austen (ok. 1810), portret autorstwa Cassandry Austen, źródło: The National Portrait Gallery (London), Domena publiczna / Public domain.

Zara­zem uczu­la też Pani w książ­ce, by w przy­pad­ku fil­mo­wych bio­gra­fii być świa­do­mym tego trze­cie­go oka. Zacy­tu­ję Bar­ba­rę Skar­gę: „oto twarz inne­go, tego, któ­ry jest przede mną. To przede mną jest jed­nak szcze­gól­ne, obec­ne i nie­obec­ne, dostęp­ne tyl­ko z dru­giej ręki, zapo­śred­ni­czo­ne”. W kinie nasze spoj­rze­nie zosta­je wymu­szo­ne przez spoj­rze­nie twór­ców. Narzu­ca okre­ślo­ną per­spek­ty­wę. Tych zapo­śred­ni­czeń może być wię­cej – uwa­gę zwra­ca cho­ciaż­by pol­skie tłu­ma­cze­nie tytu­łu wspo­mi­na­ne­go przez Panią fil­mu, któ­re z angiel­skie­go Beco­ming Jane zro­bi­ło Jane zako­cha­ną. Nawet jeśli zaglą­da­my w życie tych pisa­rek przez ramię, jest to spoj­rze­nie zapo­śred­ni­czo­ne – nie­rzad­ko z kil­ko­ma bary­ka­da­mi po dro­dze.

Moż­na pomy­śleć o kil­ku pułap­kach, szcze­gól­nie w przy­pad­ku fil­mów, któ­re mają tra­fić do sze­ro­kiej publicz­no­ści, a przy tym zosta­ły dość moc­no osa­dzo­ne w okre­ślo­nej kon­wen­cji: melo­dra­ma­tu czy kome­dii roman­tycz­nej. Są to fil­my o wyraź­nym kodzie, któ­ry odbior­ca ma łatwo roz­po­znać i odczy­tać. Wystę­pu­je przy tym ryzy­ko, że odbior­ca takie­go fil­mu nigdy nie się­gnie po książ­ko­we bio­gra­fie i opra­co­wa­nia życio­ry­su Jane Austen czy Vir­gi­nii Woolf. Czy­li może uznać to, co zoba­czy, za rze­tel­ne i wia­ry­god­ne. Każ­da fil­mo­wa czy seria­lo­wa opo­wieść może nas jed­nak prze­cież pro­wa­dzić z powro­tem do same­go pisa­rza czy pisar­ki. Do ich twór­czo­ści. Było to wyczu­wal­ne przy pre­mie­rze ostat­niej adap­ta­cji Wichro­wych Wzgórz, wyre­ży­se­ro­wa­nych przez Eme­rald Fen­nell. Spo­ro osób po sean­sie, tak­że w związ­ku z zaist­nia­łą wokół fil­mu dys­ku­sją, po tę książ­kę jed­nak się­gnę­ło. Czy po lek­tu­rze widzo­wie byli zado­wo­le­ni z tego, co zoba­czy­li na ekra­nie, to już inna spra­wa. Kino może nas popy­chać do dal­sze­go szu­ka­nia. Budzić potrze­bę wery­fi­ka­cji, spraw­dze­nia, ale też się­ga­nia dalej. Choć zara­zem, w tym samym cza­sie, może też bała­mu­cić.

Okładka książki Anny Śliwińskiej pod tytułem „Austen, Brontë, Woolf. Filmowe biografie”.
Anna Śliwińska, „Austen, Brontë, Woolf. Filmowe biografie”, Gdańsk: słowo/obraz terytoria, 2026.

By domknąć blok pytań o pułap­ki: co z ryzy­kiem „szu­fla­dy­za­cji”? Cały czas się zasta­na­wiam, czy powie­la­ne sche­ma­ty i wyobra­że­nia na temat tych pisa­rek nie oka­zu­ją się krzyw­dzą­ce dla rela­cji, jakie może­my nawią­zać dziś z ich twór­czo­ścią. Czy po skoń­czo­nej pra­cy nad bio­gra­fia­mi pisa­rek wska­za­ła­by Pani jakieś obsza­ry, któ­re wyma­ga­ły­by świe­że­go spoj­rze­nia? Bo może być tak, że przez zbio­ro­we wyobra­że­nia tra­ci­my z oczu coś cie­ka­we­go.

Pew­nie nie będę ory­gi­nal­na, bo każ­dy, kto zaj­mu­je się bio­gra­fia­mi, wie, że klu­czem jest tu wie­lo­punk­to­wość. Świa­do­me uni­ka­nie zamknię­cia się w jed­nej, dopię­tej nar­ra­cji. Spoj­rze­nie poza ramy poje­dyn­czych wąt­ków szer­szej histo­rii. Jeśli wziąć za przy­kład życie Vir­gi­nii Woolf – po sean­sie Godzin czy seria­lu moż­na odnieść wra­że­nie, że patrzy się na kobie­tę bar­dzo intro­wer­tycz­ną, moc­no sku­pio­ną na sobie, nad któ­rą zawsze uno­si się wid­mo cho­ro­by. Przy­stę­pu­jąc do pra­cy nad książ­ką, zaczę­łam szu­kać kon­tra­punk­tów dla takiej opty­ki – dru­giej stro­ny opo­wie­ści o Woolf. Histo­rii o Vir­gi­nii, któ­ra się śmia­ła, lubi­ła wycho­dzić z domu, spo­ty­kać się z ludź­mi. Zna­le­zie­nie jej oka­za­ło się łatwe. Źró­deł, któ­re to potwier­dza­ją, zacho­wa­ło się prze­cież spo­ro. Nie­trud­no zresz­tą sobie wyobra­zić, że taka sytu­acja doty­czy każ­dej z tych pisa­rek – każ­da z nich mie­wa­ła lep­sze i trud­niej­sze chwi­le. Kon­stru­ując swo­ją książ­kę na zasa­dzie takich kon­tra­punk­tów, sta­ra­łam się zbli­żyć do cen­trum opo­wie­ści o życiu każ­dej z tych pisa­rek. Usi­ło­wa­łam te poje­dyn­cze, nie­peł­ne histo­rie zba­lan­so­wać. Zaglą­dać pod pod­szew­kę wszyst­kich wyobra­żeń, szcze­gól­nie jeśli któ­reś z nich było sil­niej wdru­ko­wa­ne w powszech­ną świa­do­mość. Każ­dą z czę­ści książ­ki roz­po­czy­nam od takie­go wła­śnie utar­te­go sche­ma­tu, roz­pi­sy­wa­ne­go dalej na kil­ka naj­po­pu­lar­niej­szych sko­ja­rzeń z daną posta­cią. Potem, punkt po punk­cie, kon­fron­tu­ję je z dostęp­ny­mi fak­ta­mi. Ana­li­zu­jąc wyobra­że­nia o efe­me­rycz­nych sio­strach Bron­të, nie­trud­no w bio­gra­fiach natra­fić na kwe­stie, któ­re musia­ły trzy­mać pisar­ki bli­sko zie­mi (jak choć­by spra­wy finan­so­we).

Jeśli pierwszym skojarzeniem w przypadku Jane Austen była lekkość czy romansowość – pytałam o to, kim tak naprawdę była kobieta, która opisała te wszystkie historie? Czy koniecznie inspirowała się własnymi doświadczeniami, jak lubimy zakładać?

W pod­su­mo­wa­niu roz­dzia­łu jej poświę­co­ne­go cytu­je Pani Vir­gi­nię Woolf, któ­ra odno­sząc się do twór­czo­ści zarów­no Austen, jak i Bron­të, zauwa­ży­ła: „pisa­ły nie jak piszą męż­czyź­ni, ale tak jak piszą kobie­ty”. I pisząc wła­śnie tak, weszły do kano­nu lite­ra­tu­ry. O płci w lite­ra­tu­rze powie­dzia­no od tam­tej pory już oczy­wi­ście spo­ro, trud­no oprzeć się wra­że­niu, że dziś taka stra­te­gia nie­ko­niecz­nie by się spraw­dzi­ła.

Trze­ba pamię­tać, że kobiet piszą­cych było w ich cza­sach wciąż nie­wie­le. Mowa o pisar­kach, któ­re w naszej kul­tu­rze jako jed­ne z pierw­szych napie­ra­ły na pew­ne barie­ry. A jak wia­do­mo, ogra­ni­cze­nia bywa­ją inspi­ru­ją­ce. Dziś wciąż może­my mówić o nie­rów­no­ściach, jed­nak realia są już zupeł­nie inne – co do tego nie ma wąt­pli­wo­ści. Pamię­taj­my, że nazwi­ska Austen, Bron­të czy Woolf zosta­ły z nami do dziś nie bez powo­du. Prze­trwa­ła twór­czość naj­wy­bit­niej­sza. Efekt roz­pro­sze­nia, któ­ry obser­wu­je­my współ­cze­śnie, i to w całej kul­tu­rze, spra­wia, że dziś napraw­dę trud­no wszyst­ko czy­tać, oglą­dać i prze­ży­wać. W takiej rze­czy­wi­sto­ści dużo trud­niej też wska­zać kie­ru­nek czy wyty­po­wać jakie­kol­wiek cen­trum.

Jak już zosta­ło powie­dzia­ne, każ­da epo­ka dosta­je swo­ją Austen, Bron­të czy Woolf – któ­ra z tych boha­te­rek dzi­siaj wyda­je się naj­bar­dziej współ­cze­sna?

W każ­dej z nich było coś, co wyróż­nia­ło­by ją na tle pozo­sta­łych. Każ­da też żyła w innych cza­sach – i każ­da w jakimś sen­sie była pre­kur­sor­ką. Jane Austen mia­ła bar­dzo spój­ną i kon­kret­ną wizję tego, co robi. Kon­se­kwent­nie dąży­ła do celu. Nawet gdy nie mogła jesz­cze prze­wi­dzieć, jak poto­czy się jej dro­ga pisar­ska i z jakim zain­te­re­so­wa­niem spo­tka­ją się jej powie­ści. Posta­wa, któ­ra do dziś może budzić podziw. Mimo to Austen pisa­ła przede wszyst­kim dla­te­go, że pisać lubi­ła. Jak każ­da z boha­te­rek mojej książ­ki. Twór­czość była tu wyni­kiem potrze­by i owo­cem cał­ko­wi­te­go zawie­rze­nia się tej potrze­bie. To pisa­nie nada­wa­ło rytm dniom, doda­wa­ło ener­gii autor­kom i porząd­ko­wa­ło ich codzien­ność. Jeśli spoj­rzy­my na sio­stry Bron­të, odkry­je­my, że każ­da z nich reali­zo­wa­ła w życiu wła­sny sce­na­riusz. Emi­ly nie pisa­ła z myślą o innych, lecz dla sie­bie.

Jest w tej decyzji rodzaj wolności – w tym wolności od oczekiwań – który musi być pociągający także dzisiaj.

Może szcze­gól­nie dzi­siaj.

Pisa­ła swo­ją książ­kę w zupeł­nym odcię­ciu od tego, jak może zostać ona oce­nio­na czy przy­ję­ta. Char­lot­te z kolei była już dużo bar­dziej świa­do­ma i kon­se­kwent­na w swo­ich wybo­rach. Vir­gi­nia Woolf żyła nato­miast życiem o wie­le bar­dziej współ­cze­snym w sfe­rze pry­wat­nej. Żyła dokład­nie tak, jak chcia­ła. A to posta­wa, na któ­rą jej poprzed­nicz­ki nie mogły sobie pozwo­lić. Może nawet wię­cej: sto­pień wol­no­ści Woolf mógł­by prze­kra­czać ich wyobra­że­nia. Z lite­rac­kie­go punk­tu widze­nia autor­ka Pani Dal­lo­way mia­ła też naj­więk­szą świa­do­mość tego, że jej pisar­stwo już jest i będzie czy­ta­ne. Świa­do­mość ta nie­wąt­pli­wie była dla niej źró­dłem stre­su, pisar­ka głę­bo­ko prze­ży­wa­ła każ­dą ze swo­ich publi­ka­cji.

Jest też kwe­stia, któ­ra w jakiś spo­sób spa­ja te wszyst­kie bio­gra­fie, a któ­ra ma spo­rą moc oddzia­ły­wa­nia i dzi­siaj: sio­strzeń­stwo. Odwo­łu­je się Pani w książ­ce rów­nież do tej kate­go­rii.

Gdy tyl­ko poja­wił się pomysł, by napi­sać o tych bio­gra­fiach, od począt­ku świ­ta­ła mi w gło­wie ta kate­go­ria. Mowa tu już o sio­strzeń­stwie dużo sze­rzej rozu­mia­nym niż tyl­ko bio­lo­gicz­nie, choć z takim tak­że mamy w tym gro­nie do czy­nie­nia. Sio­strzeń­stwo było tym, o czym sta­ra­łam się myśleć jak o leit­mo­ti­vie, któ­ry pro­wa­dził mnie przez całą książ­kę i pozwa­lał mi na zaak­cen­to­wa­nie współ­ist­nie­nia wszyst­kich histo­rii. Nie bez zna­cze­nia pozo­sta­je fakt, że same pisar­ki mię­dzy sobą, mię­dzy­po­ko­le­nio­wo, tak­że się jed­na do dru­giej odwo­ły­wa­ły. Mniej bądź bar­dziej kry­tycz­nie, ale świa­do­mie. Char­lot­te Bron­të nie była wiel­ką miło­śnicz­ką pro­zy Jane Austen, o czym też w książ­ce wspo­mi­nam. Woolf już jed­nak dostrze­ga­ła, że każ­da z nich w pew­nym sen­sie wyra­sta­ła z poprzed­niej – co zarów­no na pozio­mie inte­lek­tu­al­nym, jak i emo­cjo­nal­nym szcze­gól­nie zachę­ci­ło mnie do pra­cy nad książ­ką. Jako gru­pa pisa­rek współ­two­rzą coś bar­dzo kon­kret­ne­go. Są mię­dzy sobą powią­za­ne, w czym może­my się prze­glą­dać do dziś. Bo jeśli któ­ra­kol­wiek z nas zasia­da dziś do swo­je­go biur­ka, by pisać, to tro­chę dzię­ki nim. Dzię­ki temu, że poko­na­ły znacz­ną część prze­szkód, z jaki­mi musia­ła mie­rzyć się kobie­ta myślą­ca o pisar­stwie.

Mam na myśli nie tylko bariery ekonomiczne czy społeczne, ale także te na poziomie samej historii literatury. Bo to one nadały kierunek i bieg kluczowym zmianom.

Pod­su­mo­wu­je Pani całą pra­cę za pomo­cą meta­fo­ry – podró­ży do okre­ślo­ne­go, bo angiel­skie­go ogro­du.

Wzię­ło się to z roz­wa­żań nad żywot­no­ścią tych twór­czo­ści. Dla­cze­go wciąż wra­ca­my aku­rat do przed­sta­wia­nych prze­ze mnie bio­gra­fii? Co stoi za tym, że poja­wia­ją się wciąż nowe adap­ta­cje dzieł tych pisa­rek? Dla­cze­go taką popu­lar­no­ścią cie­szą się dziś takie pro­duk­cje jak Down­ton Abbey? Jed­ną z odpo­wie­dzi – bo nie jedy­ną – był kry­ją­cy się w oma­wia­nych życio­ry­sach urok, któ­ry da się wprost powią­zać ze wszyst­kim, co repre­zen­tu­ją ogród angiel­ski i angiel­ska pro­win­cja. Uro­czy cot­ta­ge, przy­do­mo­wy dzi­ki ogród, wia­try hula­ją­ce po wrzo­so­wi­skach – to wszyst­ko emble­ma­ty odręb­ne­go mitu, któ­ry wytwo­rzył się w tej kul­tu­rze. Kto odwie­dza Wiel­ką Bry­ta­nię, wie, że w wie­lu miej­scach wspo­mnia­ne­go mitu próż­no dziś szu­kać. Wciąż są jed­nak takie, w któ­rych moż­na go dotknąć.

Emily Brontë (ok. 1833), portret autorstwa Patricka Branwella Brontë, źródło: The National Portrait Gallery (London), Domena publiczna / Public domain
Emily Brontë (ok. 1833), portret autorstwa Patricka Branwella Brontë, źródło: The National Portrait Gallery (London), Domena publiczna / Public domain.

Jane Austen, sio­stry Bron­të, Vir­gi­nia Woolf – one też są wła­śnie takie. Z jed­nej stro­ny meta­fo­ra ta pozwa­la roz­róż­nić, że ogród jed­nej z nich będzie bar­dziej uro­czy, a dru­giej bar­dziej tajem­ni­czy czy dzi­ki. Z dru­giej – one same sta­ły się ogro­dem. Tro­chę je dziś kształ­tu­je­my po swo­je­mu, naświe­tla­jąc w ich bio­gra­fiach ele­men­ty odpo­wia­da­ją­ce naszym współ­cze­snym wyobra­że­niom i wraż­li­wo­ści – mimo to pozo­sta­ją dzi­kie. Nie da się ich do koń­ca ujarz­mić. Wciąż wymy­ka­ją się naszym pró­bom dia­gno­zo­wa­nia. Wymy­ka­ją się fil­mow­com. Wymy­ka­ją się też bada­czom. Ale chy­ba wła­śnie to spra­wia, że sta­ją się naj­więk­szą inspi­ra­cją – zarów­no jako kobie­ty, jak i pisar­ki. Dodam, że moja książ­ka też powsta­wa­ła w ogro­dzie. Pod cze­re­śnią.

 

1 W. Herzog, Przy­szłość praw­dy, tłum. E. Mikul­ska-Frin­do, War­sza­wa: Obro­ty, 2026, s. 45.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Anne Brontë (1845), portret autorstwa Charlotte Brontë, źródło: „The Poet’s Corner”, Domena publiczna / Public domain Emily Brontë (ok. 1833), portret autorstwa Patricka Branwella Brontë, źródło: The National Portrait Gallery (London), Domena publiczna / Public domain Charlotte Brontë (1873), portret autorstwa Everta A. Duyckincka na podstawie rysunku George’a Richmonda, źródło: University of Texas, Domena publiczna / Public domain Jane Austen (ok. 1810), portret autorstwa Cassandry Austen, źródło: The National Portrait Gallery (London), Domena publiczna / Public domain Virginia Woolf (1902), fot. George Charles Beresford / Hulton Archive / Getty Images, Domena publiczna / Public domain

Czytaj także

15.07.2026 Interferencje

Wiralowe Wzgórza

„Emily Brontë zmarła na gruźlicę sto siedemdziesiąt siedem lat temu, a ta adaptacja i tak jest najgorszym, co ją spotkało” – gdy tylko zobaczyłam ten komentarz, jeden z wielu krążących w sieci w momencie premiery najnowszej ekranizacji Wichrowych Wzgórz, wiedziałam, że rozpocznę od niego swój tekst – o filmowych adaptacjach powieści Emily Brontë pisze Aleksandra Kumala.

16.11.2025 Szkice

Mistrzyni kropki. Notatki na marginesie „Nocy i dnia” i „Między aktami”

Krótkie, proste, dobitne, jedno- albo dwuwyrazowe tytuły dzieł mieszczą się w swoistej metodzie, w której na pierwszy plan wysuwają się oszczędność, precyzja i geniusz kompozycyjny, jakby mistrzostwo polegać miało nie tylko na błyskotliwych opisach, ale także na rzadkiej umiejętności ich przycinania – o powieściach Virginii Woolf pisze Jakub Michał Pawłowski.

04.11.2025 Szkice

„Samotna kobieta, gdy tworzy, nie wygląda pięknie” – o czterech aktach cierpienia pisarki

Pisze się w samotności. Samotność jest niezbędna do sprawnej pracy. Ale z samotnością miało nie być kobiecie do twarzy. Już sam zbitek słów „samotna kobieta” brzmi jak obraźliwy epitet, a wyobrażenie, że kobieta może coś samotnie zdziałać, jest trudne do przyjęcia nawet dla niej samej – o zjawisku samotności w utworach artystek pisze Aleksandra Ewa Furtak.

07.10.2025 Przez gender

Przemiany Orlanda nad Wisłą

Jestem przekonana, że dzisiaj nie ma już podstaw do powielania popularnej dziesięć–dwadzieścia lat temu narracji o literaturze lesbijskiej jako „tej gorszej”, niemal nieistniejącej lub słabej literacko, za mało lub zbyt cielesnej – o krajobrazie polskiej literatury po Orlandzie, czyli o wpływie słynnej powieści Virginii Woolf na polską literaturę, pisze Zofia Ulańska.