Mówi się, że nie szata zdobi człowieka i że nie należy oceniać książki po okładce. W myśl tych zasad nie powinniśmy sądzić zawartości po tym, co zewnętrzne i powierzchowne. To jedna z tych zasad, które brzmią szlachetnie, ale słabo przystają do rzeczywistości. Cała branża reklamowa (i nie tylko ona) opiera się na założeniu, że – czy tego chcemy czy nie – jesteśmy istotami patrzącymi, a tym samym oceniającymi wzrokowo to, co nas otacza. Za pomocą oczu rozpoznajemy, przyswajamy i interpretujemy świat, by następnie podejmować decyzje. Okładka działa więc, zanim jeszcze zaczniemy czytać opis, sprawdzać recenzje czy wertować pierwsze strony książki. Jest naszym pierwszym kontaktem z publikacją i pierwszym filtrem sensu.
Jako projektant graficzny zajmuję się różnymi tematami, ale okładka książkowa pozostaje dla mnie przypadkiem szczególnym, bo krzyżują się tu dwa porządki: artystyczny i marketingowy. W projektowaniu produktu komercyjnego zazwyczaj chodzi o to, by go sprzedać. Sprzedaż polega zaś na trafieniu do właściwych odbiorców, a to wymaga nadania produktowi odpowiedniej tożsamości oraz jej zakomunikowania. Książka nie różni się pod tym względem od innych sprzedawanych przedmiotów aż tak bardzo, jak czasem chcielibyśmy wierzyć. Ona również musi trafić do swoich czytelników, a jednym z podstawowych narzędzi komunikowania jej charakteru jest okładka.
Tożsamość książki
Każdy tekst ma jakąś aurę, własny sposób bycia. Nieważne, czy mówimy o powieści, tomie wierszy czy eseju – każde z nich mówi innym tonem i w innym tempie, nosi w sobie inny rodzaj napięcia. Jedne książki są hałaśliwe, inne wycofane; jedne chłodne i zdystansowane, inne natarczywe, ciepłe albo nieprzeniknione. Książka jest zarazem tekstem i artefaktem. Projektant ma do dyspozycji cały zestaw środków, za pomocą których może tę tożsamość wydobyć i wyrazić: format (inaczej działa książka kwadratowa, inaczej prostokątna), typografię, skład (układ tekstu, marginesy, łamy, interlinię), papier (o konkretnej wadze, fakturze, zapachu, kolorze), uszlachetnienia czy obwolutę. Wszystkie te elementy współgrają ze sobą – a przynajmniej powinny – pracując na wspólne wrażenie i komunikując, czym dana książka jest i jaki ma charakter.
W tym sensie okładka nie jest dodatkiem, lecz jednym z pierwszych miejsc, w których książka zaczyna mówić. To ona najczęściej spotyka nas jako pierwsza – na półce, w witrynie, na ekranie. W obiegu internetowym bywa wręcz jedynym materialnym śladem książki, z jakim mamy do czynienia. Okładka działa wtedy jak twarz albo głos nowo poznanej osoby: uruchamia pierwsze wrażenie, nie zawsze trafne, ale niemal nieuniknione. Nie jest więc jedynie narzędziem marketingowym ani dekoracyjnym dodatkiem do treści, lecz integralną częścią książki – czymś, co ją współtworzy i wpływa na sposób jej odbioru. Projektowanie okładki jest zatem częścią zadania o szerszym zakresie: projektowania tożsamości książki, a więc nie tyle powierzchni publikacji, ile sposobu, w jaki książka wchodzi w relację z czytelnikiem – projektowania doświadczenia czytelniczego.
Funkcja okładki
Projektowanie okładki książkowej staje się szczególnie ciekawe wtedy, gdy próbujemy odpowiedzieć sobie na pytanie, czym właściwie okładka jest i jaką pełni funkcję. Nie ma tu jednej dobrej odpowiedzi. Dla wydawcy może być przede wszystkim narzędziem sprzedaży, dla marketingowca – wizytówką, dla autora – interpretacją jego tekstu, dla czytelnika – zaproszeniem albo sygnałem ostrzegawczym. Jest też projektant, który nie tylko musi poruszać się między tymi oczekiwaniami, ale również sam zajmuje jakieś stanowisko. Jeden powie, że okładka ma wspierać treść, drugi, że ma tej treści nie przeszkadzać. Ile perspektyw, tyle głosów. I może właśnie ta niejednoznaczność sprawia, że projektowanie okładki okazuje się tak interesujące: bo wymaga ciągłego godzenia perspektyw, które nie zawsze dają się łatwo pogodzić.
Okładka jest trochę jak plakat, bo musi przyciągnąć wzrok odbiorcy w rzeczywistości pełnej rywalizujących ze sobą bodźców, poinformować go o istnieniu książki. Ale przypomina też znak albo element identyfikacji wizualnej, bo dąży do skrótu, syntezy i rozpoznawalności. Jej zadaniem nie jest wyłącznie zwrócenie uwagi. Ma także reprezentować książkę, być znakiem jej tożsamości.
Dlatego jedną z podstawowych funkcji okładki jest komunikowanie rodzaju lektury. Rozmaitym gatunkom odpowiadają różne języki wizualne, a świadomy projektant powinien znać te kody, nawet jeśli zamierza je łamać (a może zwłaszcza wtedy). Kłopot zaczyna się zarówno wtedy, gdy konwencjom ufa się zbyt mocno i powiela rozwiązania bezpieczne i przewidywalne, jak i wtedy, gdy się ich nie zna albo nie rozumie.
W przypadku niektórych gatunków te kody dosyć łatwo wyłapać. Fantastyka i science fiction często łączą się z mocnym kolorem, sugestywną ilustracją – zazwyczaj utrzymaną w konwencji realistycznej – oraz stylizowanym liternictwem, które wchodząc w relacje z innymi elementami okładki, samo staje się częścią świata przedstawionego. W literaturze faktu zwykle mamy do czynienia z fotografią i prostą, komunikatywną typografią. Oba te elementy mają poświadczać względną obiektywność przekazu – przynajmniej w porównaniu z beletrystyką, która rzadziej rości sobie prawo do pokazywania świata takim, jaki jest. Wiele współczesnych książek popularnonaukowych zawiera z kolei uproszczone, wektorowe ilustracje, często w symboliczny sposób odnoszące się do tematu. Widać w tym dążenie do wizualnej syntezy i lekkość formalną, która ma sugerować przystępność oraz porządek. W wielu gatunkach zasady te nie są jednak aż tak oczywiste i łatwe do uchwycenia jak w przytoczonych przykładach.
Książka artystyczna
Szczególnie ciekawie robi się w przypadku literatury pięknej i poezji. Mamy tu do czynienia z literaturą artystyczną, dlatego twórcy okładek tych książek częściej pozwalają sobie na bardziej ryzykowne i kreatywne rozwiązania. Operują skrótem, metaforą, niedosłownością, symbolem; czasem mrugają porozumiewawczo do odbiorcy, wchodząc z nim w intelektualną grę.
Tym bardziej szkoda, że większym wydawcom tak często brakuje odwagi do wdrażania podobnych rozwiązań. Jakby obawiali się, że czytelnik nie odczyta złamanego tytułu, nie uchwyci aluzji, nie zaufa formie, która nie tłumaczy wszystkiego od razu. W efekcie zbyt często dostajemy okładki dosłowne, realistyczne, nadmiernie objaśniające – takie, które nie zostawiają miejsca na domysł i niepewność.
Nie wszystko trzeba pokazywać wprost. Czasem lepiej zakomunikować klimat niż fabułę, energię zamiast tematu. Im dłużej projektuję, tym bardziej pociąga mnie właśnie taka droga: mniej dosłowności, więcej syntezy. Fascynujące poznawczo jest dla mnie to, jak wiele można wyrazić za pomocą typografii, koloru, kształtu czy napięcia między elementami, bez ilustracyjnego „opowiadania” całej książki na froncie.
Linia i płaszczyzna
Jednym z najciekawszych projektów ostatnich lat jest według mnie okładka Moby Dicka Hermana Melville’a w opracowaniu graficznym Łukasza Piskorka dla Państwowego Instytutu Wydawniczego. Projektant ten wypracował rozpoznawalny język wizualny, oparty na syntezie, znaku i kontrolowanym niedopowiedzeniu. Jego okładki często sprawiają wrażenie zagadki: sugerują sensy, uruchamiają emocje i prowadzą ku określonym skojarzeniom, ale nie odsłaniają wszystkiego od razu. Relacja między obrazem a tekstem pozostaje tu napięta i nieoczywista – i właśnie to czyni ją tak ciekawą.
Okładka Moby Dicka wyraźnie odróżnia się od wielu innych graficznych interpretacji tej powieści, zarówno polskich, jak i zagranicznych. W większości z nich powracają te same dosłowne motywy: wieloryb, łódź, wzburzone morze. Piskorek wychodzi poza ten schemat. Udaje mu się uchwycić najważniejsze napięcia obecne w powieści bez popadania przy tym w ilustracyjne przegadanie. Zamiast opowiadać książkę wprost, buduje nastrój gęsty, niepokojący i wieloznaczny. Szczególnie interesujący wydaje mi się osiągnięty tu balans między figuratywnością a abstrakcją: obraz pozostaje rozpoznawalny, a zarazem długo opiera się jednoznacznemu odczytaniu.
Nie wszystko jest tu widoczne na pierwszy rzut oka. Przy pierwszym kontakcie z okładką można zgubić się w gęstwinie linii i nie dostrzec od razu tego, co z nich wyrasta: wykrzywionej w grymasie twarzy, w której oku osadzony został kaszalot. Nawet jednak bez pełnego „zdekodowania” przedstawienia sama energia tych linii – ich napięcie, skręt, nieregularność – mówi wiele o świecie powieści: o zmaganiu człowieka z żywiołem, o obsesji, o granicach ludzkiej woli. Co więcej, linie budujące twarz i kaszalota są równocześnie falami, a więc morzem. Człowiek, zwierzę i żywioł zostają tu spleceni w jeden układ. Jedno wyłania się z drugiego i nie może istnieć w pełni osobno.
Równie istotną rolę odgrywa kolor. W kolejnych tomach tłem stają się pastelowe, przygaszone płaszczyzny: w pierwszym piaskowa, przywodząca na myśl skórę lub ziemię, w drugim – rozbielony błękit, morski i niebiański zarazem. To także opowieść o zderzeniu dwóch porządków, dwóch energii. Dobrze działa tu również typografia: szeryfowy krój pisma odsyła do epoki, z której pochodzi powieść, a harpun umieszczony w górnej części okładki pełni nie tylko funkcję znaczeniową, ale też kompozycyjną – porządkuje kadr i oddziela nazwisko autora od tytułu.
Podobnym językiem Piskorek posługuje się w innych przygotowanych dla PIW projektach okładek książek Melville’a. Linia staje się tu podstawowym narzędziem wypowiedzi, a cała seria zyskuje dzięki temu spójność, nie tracąc jednak indywidualnego charakteru poszczególnych tomów. Okładki Piskorka są dobrym przykładem tego, jak za pomocą samej linii i jednolitej płaszczyzny można zbudować napięcie między figurą a abstrakcją, między ilustracją a znakiem.
Kropka, kreska i kolor
Z biegiem lat coraz większą satysfakcję czerpię z redukcji i kondensacji. Imponuje mi dobrze użyty skrót – maksimum znaczenia osiągnięte przy zastosowaniu minimum środków. Doceniam gest autorów okładek, którzy nie mówią wszystkiego i zostawiają przestrzeń dla wyobraźni czytelnika. Okładki nie muszą streszczać książki ani interpretować jej w sposób dosłowny, ale mogą kondensować kluczową dla niej ideę, napięcie albo sposób odczuwania.
Dobrym przykładem skrajnej redukcji jest seria dzieł Milana Kundery wydana przez W.A.B. Autorami ultraminimalistycznych okładek książek czeskiego pisarza są PANY, czyli Wojtek Janikowski i Przemek Dębowski. Co ciekawe, do tak daleko posuniętej oszczędności doprowadził ich sam Kundera. Jak wspominają projektanci:
W proces włączył się autor, żądając coraz większej graficznej powściągliwości (odrzucił parę wersji), w końcu postanowiliśmy go przechytrzyć i dobić do granicy: zbudowaliśmy blisko dwadzieścia okładek tylko za pomocą kropki, kreski i koloru. Nie miał nic do dodania. Ani nic do ujęcia1.
Seria działa znakomicie jako całość: wyróżnia się na półce, a każda z okładek natychmiast daje się rozpoznać jako część większego cyklu. Większość z nich oparta jest na odważnych, jaskrawych zestawieniach jedynie dwóch kolorów. Typografia pozostaje niezmienna: imię i nazwisko autora oraz tytuł każdej książki umieszczone są zawsze w lewym dolnym rogu, zapisane tym samym krojem i stopniem pisma, bez dodatkowego hierarchizowania, bez różnicy – czyta się to jednym ciągiem. Daje to efekt spójności, ale także pewnej bezpośredniości i dyscypliny formalnej. Każdą okładkę otacza cienka ramka w kontrastowym kolorze, co może przywodzić na myśl okno lub oprawiony obraz, muzealny eksponat.
Na froncie każdej książki pojawia się pojedynczy znak: minimalistyczny układ zbudowany z kropki i kreski. To zaskakujące, jak wiele ruchu i napięcia udało się wydobyć z tak ograniczonego zestawu środków. Kropka jest tu często elementem wiodącym, a kreska – śladem jej ruchu, zapisem energii, trajektorii, ogonem, czasem czymś w rodzaju graficznego echa.
Na okładce Nieznośnej lekkości bytu kropka unosi się wysoko ponad nazwiskiem autora i tytułem, biegnąc blisko prawej krawędzi ku górze. Kreska wyznacza jej tor. W zestawieniu z tytułem i treścią powieści znak ten można odczytać jako obraz lewitacji, pokonania ciężaru, chwilowego zawieszenia praw grawitacji. Wrażenie to wzmacniają błękitne, niemal niebiańskie tło oraz lekko rozpływająca się typografia (w innym przypadku można by powiedzieć, że kontrast negatywnie wpływa na czytelność, ale w przypadku tej pozycji taki zabieg wydaje się świadomy i uzasadniony). Można dostrzec tu również subtelny erotyczny podtekst, co dobrze współgra z cielesnym i zmysłowym wymiarem tej książki.
Podobnie działają inne okładki z serii. Dwie kropki ustawione hierarchicznie na okładce Kubusia i jego Pana łatwo odczytać jako aluzję do relacji pana i sługi. Jedna z nich spoczywa na linii, druga – umieszczona w obrębie trójkąta – wydaje się bardziej uprzywilejowana, ale zarazem w pewien sposób zamknięta czy uwięziona w kształcie. Z kolei okładka Nieśmiertelności, oparta na układzie dwunastu punktów rozmieszczonych na okręgu i jednej kropki w centrum, dobrze współgra z refleksją nad pamięcią, trwaniem i pragnieniem pozostawienia siebie po śmierci w cudzej świadomości. Wpisuje się to medytacyjno-autoteliczny charakter książki.
PANOM udało się więc osiągnąć coś więcej niż tylko formalną spójność serii. Każda z tych okładek zachowuje indywidualny charakter, a zarazem pokazuje, że nawet przy skrajnie ograniczonej palecie środków można precyzyjnie uchwycić ducha książki. Kropka, kreska i kolor okazują się tu nie tylko uproszczeniem wymuszonym przez rygor, lecz także pełnoprawnym językiem interpretacji.
Typografia, która znaczy
Innym rodzajem szczególnie działających na mnie okładek jest ten, w którym typografia staje się głównym, a czasem jedynym narzędziem wyrazu. Każdy krój pisma ma swój charakter, własny ciężar emocjonalny i bagaż kulturowy. Jedne litery kojarzą się z rygorem i klasyczną literackością, inne z nowoczesnością, technicznością albo pismem odręcznym. Poza kontekstem historycznym i kulturowym typografia oddziałuje też samą formą: inaczej odbieramy ciężkie, masywne odmiany kroju, inaczej lekkie i subtelne; co innego komunikuje pismo oparte na geometrii, a co innego takie, które przypomina ruch ręki. Projektant może tę energię litery jeszcze wzmocnić – zaburzyć ją, przekreślić, rozciągnąć, nałożyć na siebie. Czasem to w zupełności wystarcza.
Litery – i znaczące przekreślenia – wystarczyły Annie Pol, by trafnie oddać klimat Korekty Thomasa Bernharda (Czytelnik). To książka o obsesji, perfekcjonizmie i autodestrukcji: opowiada o genialnym naukowcu, który sporą część swojego życia poświęcił próbie stworzenia idealnej budowli w formie stożka dla swojej siostry; próbując doprowadzić formę do doskonałości, sam ulega wyniszczeniu. Również język książki działa w sposób obsesyjny – wraca, powtarza, poprawia, wykonuje tytułową korektę. Ta logika znajduje odbicie na okładce. Widzimy na niej wielokrotnie powtórzone imię i nazwisko autora, jakby tekst nieustannie podlegał poprawkom albo kolejnym próbom zapisu. Niektóre powtórzenia wychodzą poza format, co sprawia wrażenie podglądania fragmentu notatnika czy roboczej strony. Grube czerwone skreślenia dobrze wyrażają przemoc wobec własnego zapisu, walkę o formę, brak zgody na to, co niedoskonałe. Również wybór klasycznej antykwy nie wydaje się przypadkowy: odsyła ona do tradycji literackiej i intelektualnego rygoru, który w prozie Bernharda zostaje doprowadzony do granicy rozpadu.
W kierunku jeszcze większego zaburzenia tekstu i czytelności idzie okładka Justyny Czerniakowskiej do Przezroczystości Marka Bieńczyka (Wielka Litera). To książka eseistyczna, obracająca się wokół przezroczystości rozumianej jako kategoria kulturowa i filozoficzna. Temat sam w sobie daje wiele bardziej ilustracyjnych możliwości, ale projektantka postanowiła wypowiedzieć się wyłącznie za pomocą liter. Nakładając je na siebie i wykorzystując efekt przenikania, osiągnęła rozwiązanie bardzo proste, a zarazem zaskakujące. Transparentność nie zostaje tu „narysowana”, lecz wydarza się w samym tekście. Litery tracą stabilność, zaczynają się wzajemnie przesłaniać i przeświecać przez siebie. Powstaje napięcie między czytelnością a zanikiem, obecnością a rozproszeniem – i już to wystarcza, by uruchomić skojarzenia z tytułowym pojęciem.
Podobnie mocno pracuje okładka Gniewu Tomasza S. Markiewki (Wydawnictwo Czarne) z okładką autorstwa przywołanego wcześniej Łukasza Piskorka. Książka ukazuje gniew jako emocję polityczną, zawiera pytania o jego działanie we współczesnej Polsce. Na poziomie projektu uwagę zwraca przede wszystkim typografia wpisana w agresywny układ cięć i napięć. Dzięki wykorzystaniu przestrzeni negatywnej powstają dwie wysokie, ostre formy przypominające klingi, pęknięcie albo wtargnięcie. Sam tytuł nie tylko nazywa emocję, lecz zostaje w nią formalnie wciągnięty: jest rozcięty, rozepchnięty, poddany naciskowi. Ważną rolę odgrywa też nasz narodowy duet kolorystyczny: krwisty czerwony, który działa niemal alarmowo, oraz zabarwiona żółcią, dobrze kontrastująca z czerwienią biel. Interesujące jest także przycięcie tytułu przez krawędź formatu – jakby słowo nie mieściło się w wyznaczonych mu granicach. I właśnie to wydaje się tu szczególnie trafne: gniew zostaje pokazany nie jako temat, ale jako siła naruszająca porządek.
Nie oszukać
Funkcja okładki wykracza poza proste „sprzedać” albo „zinterpretować”. Gdyby sprowadzić ją wyłącznie do interpretacji, trzeba by uznać ją za coś zewnętrznego wobec książki, tymczasem okładka nie stoi obok tekstu, lecz do niego należy – współtworzy jego sens i wpływa na sposób lektury. Tekst patrzy na okładkę, okładka patrzy na tekst, a czytelnik w trakcie lektury staje się częścią tej relacji.
Rolą projektanta jest stworzenie takiej okładki, która z jednej strony będzie korespondowała z treścią książki – niekoniecznie w sposób dosłowny – z drugiej zaś swoją formą odpowie na charakter publikacji. Oczywiście okładka uwodzi: chce się spodobać odbiorcy, zainteresować go, przyciągnąć jego uwagę. Może robić to nawet ostentacyjnie, pod warunkiem że pozostaje wierna naturze tego, co reprezentuje. Kiedy jednak zaczyna obiecywać coś, czego tekst nie jest w stanie zapewnić, pojawia się fałsz. Dlatego myślę, że podstawowym zadaniem okładki jest nie oszukiwać – powinna być uczciwa wobec tekstu i wobec czytelnika.
1 P. Mogilnicki, Książka po okładce. O współczesnym polskim projektowaniu okładek książkowych, Kraków: Karakter, 2021, s. 52.
