Praktyka, czyli o listach Józefa Czapskiego i Joanny Pollakówny

„Czap­ski miał mistycz­ne, bez­po­śred­nie nasta­wie­nie do życia. Pol­la­ków­na uży­wa­ła szczy­piec słów do wyła­wia­nia ducho­wych wra­żeń” – o kore­spon­den­cji Józe­fa Czap­skie­go i Joan­ny Pol­la­ków­ny pisze Manu­ela Gret­kow­ska.

1.

Anna Mar­chew­ka w imie­niu „Dzien­ni­ka Lite­rac­kie­go” zapro­po­no­wa­ła mi sko­men­to­wa­nie trwa­ją­cej deka­dę kore­spon­den­cji Józe­fa Czap­skie­go z Joan­ną Pol­la­ków­ną: czy takie listy wpły­wa­ją na lite­ra­tu­rę, na jej rozu­mie­nie? U Czap­skie­go byłam „rocz­ną”, ostat­nią sekre­tar­ką. Anny Mar­chew­ki nie znam. Ale obser­wu­ję jej doko­na­nia kry­tycz­ne. Wni­kli­we ana­li­zy, tak róż­ne od pozy­cjo­nu­ją­cej się w mediach, samo­za­do­wo­lo­nej głu­po­ty wie­lu uzna­nych kry­ty­ków lite­rac­kich.

2.

Przy­pad­ko­wa pro­po­zy­cja przy­szła w nie­przy­pad­ko­wym momen­cie, co pod­kre­ślił jesz­cze tytuł zebra­nych listów „Misty­kę trze­ba ROBIĆ”… Aku­rat „robię” trud­ną prak­ty­kę bud­dyj­ską, do któ­rej zbie­ra­łam się od lat. Nazy­wa się szi­ne i pole­ga na tym, co Józef Czap­ski prak­ty­ko­wał swo­im malar­stwem: zjed­no­cze­niu świa­do­mo­ści, czy­li ser­ca z umy­słem podą­ża­ją­cym za ocza­mi. W szi­ne sie­dzi się godzi­na­mi nie­ru­cho­mo, nasłu­chu­jąc wewnętrz­nej ciszy, nie prze­ły­ka­jąc i nie mru­ga­jąc. Leją się łzy, katar, ciek­nie śli­na i pie­ką oczy, sku­pio­ne na jed­nym punk­cie. Aż po iluś godzi­nach osią­ga się jasność. Jak­by na celow­ni­ku strzel­by musz­ka zgra­ła się ze szczer­bin­ką, by wystrze­lić umysł w „meta­fi­zy­kę”. Malar­stwo jest podob­nym sta­nem abso­lut­ne­go sku­pie­nia, zgry­wa­ją­cym rękę, oko i świa­do­mość.

3.

Pod koniec życia Czap­ski tra­cił wzrok, śla­dy tego doświad­cze­nia moż­na zna­leźć w listach do Pol­la­ków­ny. Gdy zaczę­łam dla nie­go pra­co­wać, a było to w 1992 roku, był pra­wie cał­kiem ociem­nia­ły. Jego umysł prze­stał podą­żać za ocza­mi. Już nie musiał, po latach malo­wa­nia, niby w szi­ne, zjed­no­czył się ze świa­do­mo­ścią ser­ca. Dla­te­go ich listy są pisa­ne w sty­lu bud­dyj­skie­go prze­ka­zu – cho­ciaż nie ze świa­do­mo­ści do świa­do­mo­ści, jak u tybe­tań­skich misty­ków, a z ser­ca Czap­skie­go do umy­słu Pol­la­ków­ny, by budzić w ten spo­sób jej świa­do­mość meta­fi­zy­ki. Wymia­na prze­żyć mala­rza z teo­re­tycz­ką sztu­ki. Mistrza z uczniem, gdy przez deli­kat­ność nauczy­ciel zacho­wu­je poko­rę.

4.

Czap­ski miał mistycz­ne, bez­po­śred­nie nasta­wie­nie do życia. Pol­la­ków­na uży­wa­ła szczy­piec słów do wyła­wia­nia ducho­wych wra­żeń. W swo­im wier­szu pyta­ła: „Chy­ba jed­nak ist­nie­jesz […] / W świe­tle pro­mie­niu­ją­cym z far­by ole­istej / kła­dzio­nej z unie­sie­niem ręką umie­jęt­ną”. Czap­ski to robi, ROBI meta­fi­zy­kę, ręką umie­jęt­ną połą­czo­ną z ser­cem. Widać to już w wymia­nie pierw­szych listów. Jak­by roz­bu­cha­ny zmy­sła­mi Dio­ni­zos pisał do ści­ska­ją­ce­go lej­ce rozu­mu Apol­la. „Niech pani pamię­ta, że zmy­sło­wy sto­su­nek mala­rza do sztu­ki jest obec­ny w każ­dym praw­dzi­wym malar­stwie”.

Okładka książki „«Mistykę trzeba ROBIĆ»: listy Józefa Czapskiego i Joanny Pollakówny”.
„Mistykę trzeba ROBIĆ”. Listy Józefa Czapskiego i Joanny Pollakówny”, red. i oprac. Agnieszka Bielak, Jan Zieliński, Kraków: Wydawnictwo Znak, 2024.

5.

Czy­ta­jąc ich kore­spon­den­cję, wie­dzia­łam, że nie napi­szę tego, co zamó­wio­no. Archi­wi­stycz­ne­go tek­stu powo­łu­ją­ce­go się na Ador­na, poprze­ty­ka­ne­go kąska­mi z Barthes’a po fran­cu­sku, żeby było bar­dziej inte­lek­tu­al­nie, ewen­tu­al­nie coś z Janion. Musia­ła­bym wbrew sobie wybrać apol­liń­ski team Pol­la­ków­ny, będąc za dio­ni­zyj­skim „Józiem”, jak nazy­wa­no Józe­fa Eme­ry­ka Igna­ce­go Anto­nie­go Fran­cisz­ka de Pau­la Marię hra­bie­go Hut­ten-Czap­skie­go w pary­skiej „Kul­tu­rze”.

Dio­ni­zyj­skość Czap­skie­go jest jego malar­ską odwa­gą zatra­ce­nia się w nie­zna­nym i zmy­słach. Z dezyn­wol­tu­rą, a może ary­sto­kra­tycz­ną non­sza­lan­cją, ten poto­mek hra­biow­skiej rodzi­ny van Hut­te­nów prze­kra­czał aka­de­mic­kie i oby­cza­jo­we barie­ry przy­zwo­ito­ści. Nie tyl­ko wbrew kon­we­nan­som zamiesz­ku­jąc krót­ko ze swo­im kochan­kiem Sier­gie­jem Nabo­ko­vem – bra­tem Vla­di­mi­ra. Swo­ją żar­li­wo­ścią mistycz­ną nawró­cił go z pra­wo­sła­wia na kato­li­cyzm.

Józef Czap­ski, boha­ter dru­giej woj­ny świa­to­wej, inter­no­wa­ny w Sta­ro­biel­sku (obo­zie jeniec­kim, gdzie pol­skich woj­sko­wych spo­tkał ten sam los co ofia­ry Katy­nia), otarł się o śmierć. I jak Dosto­jew­ski po odwo­ła­nej egze­ku­cji wró­cił do świa­ta odmie­nio­ny, cią­gnąc za sobą mrok. Odwa­gę śmier­ci, nie­wy­ra­żal­nej sło­wa­mi, łamią­cej tabu i apol­liń­skie nor­my aku­rat­no­ści w szu­flad­kach roz­sąd­ku. Czap­ski świę­to­wał życie: zmy­sło­wym malar­stwem, upo­je­niem zmy­słów. Pew­ne­go razu, gdy słu­cha­łam naboż­nie jego komen­ta­rzy do czy­ta­nych mu ksią­żek, zapy­tał, czy widać już jesień. Opi­sać nie­wi­do­me­mu mala­rzo­wi kolo­ry? Zamil­kłam.

– Potrze­bu­je pani wody? – zapy­tał. Trosz­czył się od nie­mal wie­ku o ludzi i świat bar­dziej niż o sie­bie. – Szklan­ka jest tam. – Poka­zał na kąt poko­ju i szaf­kę zasta­wio­ną alko­ho­la­mi dla sza­cow­nych gości.
Sły­sząc brzęk szkła, zapro­po­no­wał:
– A może napij­my się razem? Konia­ku?

Było to ostat­nie bachu­so­we przy­ję­cie Czap­skie­go. Moje spo­tka­nie z nim rów­nież. Gdy wyszłam, on o wła­snych siłach wstał z fote­la, zerwał krę­pu­ją­ce go pod­kła­dy, czu­jąc przy­pływ sił i mło­do­ści. Jego gospo­dy­ni wyrzu­ci­ła mnie za „prze­kro­cze­nie obo­wiąz­ków”.
– Józio jest już w takim sta­nie, że nie potrze­bu­je sekre­ta­rzy – stwier­dzi­ła.

Coraz czę­ściej tra­cił kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią. Odcho­dził czę­sto w dzie­ciń­stwo, mówiąc wte­dy po nie­miec­ku – ojczy­stym języ­ku mat­ki. Zako­rze­nio­ny dzię­ki jej pol­skie­mu patrio­ty­zmo­wi w naj­pięk­niej­szej pol­sz­czyź­nie swo­ich ksią­żek.

6.

Joan­na Pol­la­ków­na była dziec­kiem woj­ny, dziec­kiem holo­cau­stu. Obo­je z Czap­skim prze­szli przez sirât – most nad pie­kłem. Ona, ukształ­to­wa­na w PRL i przez rodzin­ną trau­mę, szu­ka­ła pod­po­ry świa­tła. Apol­liń­skie­go pro­mie­nia wpro­wa­dza­ją­ce­go rozum­ny ład w nie­po­ję­tą otchłań życia i śmier­ci. Książ­ki Pol­la­ków­ny o malar­stwie są do bólu aka­de­mic­kie. Jej per­cep­cja zatrzy­my­wa­ła się na błysz­czą­cej tafli wer­nik­su. Stu­ka­ła w nie­go pyta­nia­mi o głęb­szy sens. Wra­ca­ło do niej echo aka­de­mic­kiej wie­dzy. Wier­sze, sło­wa były siłą jej wyra­zu i jed­no­cze­śnie prze­szko­dą oddzie­la­ją­cą od bez­po­śred­nio­ści, nie­da­ją­ce­go się opo­wie­dzieć inte­lek­tem prze­ży­cia.

Dla­te­go napi­sa­ła do Czap­skie­go, że kapizm, pozba­wio­ny głęb­szej reflek­sji, został na pozio­mie kolo­rów, nie ocie­ra­jąc o misty­kę. Według niej „malar­stwo łączy­ło się uta­jo­ny­mi kana­ła­mi ze spra­wą bytu”, a kapi­ści trwo­ni­li ten poten­cjał, bawiąc się far­ba­mi. Dla Czap­skie­go kapi­stycz­ne ode­rwa­nie się od gada­nia o pol­sko­ści, babra­nia się w poza­ma­lar­skich war­to­ściach, sło­wo­to­ku filo­zo­ficz­nych trak­ta­tów było zwy­cię­stwem auten­tycz­ne­go prze­ży­wa­nia sztu­ki. Sam nazy­wał się eks­pre­sjo­ni­stą. Docie­ra­ją­cym przez zmy­sły, nie poję­cia, do sed­na, tak jak robią to misty­cy. „Ale niech Pani pamię­ta, że zmy­sło­wy sto­su­nek mala­rza do sztu­ki jest obec­ny w każ­dym praw­dzi­wym malar­stwie” – pisał.

7.

I jesz­cze jed­no nie­po­ro­zu­mie­nie, któ­re sta­rał się jej wytłu­ma­czyć na samym począt­ku ich przy­jaź­ni. Kapi­ści, wbrew temu, co uwa­ża­ła, nie ponie­śli klę­ski. W aka­de­mic­kich kate­go­riach Pol­la­ków­ny, spe­cja­li­zu­ją­cej się w rene­san­so­wej Wene­cji, szko­ły malar­skie mają swo­ich pre­kur­so­rów, następ­ców. Takie podej­ście pod­su­mo­wał Leszek Dłu­gosz w jed­nym ze szla­gie­rów Piw­ni­cy pod Bara­na­mi: „oglą­da­my malar­stwo wło­skie, nud­no, że rany boskie…”. Epi­go­ni kapi­stów nie byli dowo­dem na klę­skę nur­tu. Impre­sjo­nizm rów­nież roz­mie­nio­no pacy­kar­sko na drob­ne – wyja­śnia cier­pli­wie Czap­ski. Zwy­cię­stwem kapi­zmu była eks­pre­sja malar­ska. Pol­la­ków­na dała się w koń­cu prze­ko­nać, tak jak­by Apol­lo zatrzy­mał swój rydwan przed nama­lo­wa­nym Słoń­cem, a Dio­ni­zos mówił do nie­go zza płót­na, z pło­mie­nia gore­ją­ce­go.

8.

Czap­ski w swo­ich listach zabie­gał o Pol­la­ków­nę, nie tyl­ko dla­te­go że była jego, cytu­ję, „tra­ga­rzem”. Sher­pą poma­ga­ją­cym prze­nieść obra­zy na wysta­wę i do albu­mu. On auten­tycz­nie się o nią trosz­czył. A w jego tłu­ma­cze­niu kry­tycz­ce sztu­ki, czym jest współ­cze­sna sztu­ka, wykra­cza­ją­ca poza aka­de­mic­ki opis, brak poczu­cia wyż­szo­ści. Na swo­im pię­ter­ku w „Kul­tu­rze” pary­skiej, Józio był ponad mizo­gi­nię Jerze­go Gie­droy­cia, Kota Jeleń­skie­go czy Wojt­ka Kar­piń­skie­go. Lumi­na­rzy kul­tu­ry, dla któ­rych kobie­ta była sekre­tar­ką lub kuchar­ką dba­ją­cą o popier­sie wybit­ne­go męż­czy­zny. Tym, co poni­żej, zaj­mo­wać się mogły wybit­ne artyst­ki, na przy­kład Agniesz­ka Osiec­ka (miłość Gie­droy­cia) czy Leonor Fini (part­ner­ka Kota)*. Ritę Gom­bro­wicz trak­to­wa­li jak wykształ­co­ną słu­żą­cą Gom­bro­wi­cza, nie przy­pusz­cza­jąc, że zosta­nie jego żoną. W ich mnie­ma­niu była kana­dyj­skim mokrym bobrem. Dys­kwa­li­fi­ko­wa­ły ją akcent i płeć. Po śmier­ci Gom­bro­wi­cza uwa­ża­li się za jego spad­ko­bier­ców. Kot nie­mal za wdo­wę po nim – bo co taka pro­win­cjo­nal­na dok­to­rant­ka lite­ra­tu­ry po Sor­bo­nie rozu­mia­ła z pol­skie­go geniu­sza i Pol­ski? Naśmie­wa­no się z Rity, kol­por­tu­jąc aneg­do­ty o jej „naiw­no­ści”. Dzię­ki inte­li­gen­cji i pra­co­wi­to­ści szyb­ko nad­ro­bi­ła swo­je pol­skie bra­ki, ale nie zyska­ła należ­ne­go sza­cun­ku. Tole­ro­wa­no ją jako żywą kaplicz­kę po wiel­kim Gom­bro.

Czap­ski nie prze­ja­wiał takich zacho­wań. Nigdy nie oka­zał mi swo­jej wyż­szo­ści czy pogar­dy, mimo że byłam dwu­dzie­sto­pa­ro­let­nią „gęsią”, jak powie­dzie­li­by dżen­tel­me­ni z „Kul­tu­ry” pary­skiej – i co dali mi odczuć.

* Dopi­su­ję, kto jest kim, na wypa­dek gdy­by tek­stem zain­te­re­so­wa­ło się poko­le­nie Z, w wie­ku mojej cór­ki. Ostat­nio na wyciecz­ce do Kazi­mie­rza zapy­ta­ła ona rówie­śni­ka, czy wie, że w Domu Archi­tek­ta miesz­ka­ła Agniesz­ka Osiec­ka. Nie wie­dział, ponie­waż „influ­en­ser­ki go nie inte­re­su­ją”. To wtręt poka­zu­ją­cy róż­ni­cę cza­sów, nie tyl­ko geo­gra­ficz­ną.

9.

Podob­nie mło­dość Czap­skie­go, udział w misty­cy­zu­ją­cej, peters­bur­skiej komu­nie po wybu­chu rewo­lu­cji paź­dzier­ni­ko­wej mogą się nam z per­spek­ty­wy cza­su wyda­wać frag­men­tem lite­ra­tu­ry rosyj­skiej. A mia­ło to wpływ na póź­niej­sze, ide­ali­stycz­ne podej­ście Czap­skie­go do bliź­nich i jego nie­zwy­kłą dobroć. W listach do Pol­la­ków­ny jest kochan­kiem ludz­ko­ści. Wbrew apol­liń­skim nor­mom dobre­go wycho­wa­nia wypy­tu­je ją upo­rczy­wie o dia­gno­zę drę­czą­cej ją cho­ro­by. Robił to nie z natręt­nej cie­ka­wo­ści. Chciał jej pomóc, zor­ga­ni­zo­wać trud­no dostęp­ne w PRL leki. Jak w podzię­ko­wa­niu pisa­ła sama Pol­la­ków­na, wysła­na w sta­nie wojen­nym her­ba­ta przy­wró­ci­ła jej poczu­cie god­no­ści, cywi­li­za­cji. Czy­ta się ten frag­ment ich listów z doj­mu­ją­cym poczu­ciem zaklesz­cze­nia Euro­py Środ­ko­wej w upo­ko­rze­niu bie­dą i sowiec­kim odcię­ciu od nor­mal­no­ści. Czap­ski dosko­na­le to znał, odwie­dzał w sta­li­now­skiej Rosji inną poet­kę – Annę Ach­ma­to­wą. Histo­ry­cy lite­ra­tu­ry podej­rze­wa­ją ich o romans. Rze­czy­wi­ście, gdy czy­ta­łam Czap­skie­mu jego wspo­mnie­nia z tam­te­go spo­tka­nia, prze­ry­wał je wzru­szo­nym gło­sem. Ale była w tym, o ile go zna­łam, bar­dziej pamięć o współ­od­czu­wa­nej tra­ge­dii Ach­ma­to­wej niż roman­so­wa nostal­gia.

10.

Emi­gran­ci poli­tycz­ni, wszy­scy, mają ten sam sen: są w ojczyź­nie i nie dosta­ją pasz­por­tu, nie mogą wró­cić do kra­ju azy­lu. Czap­ski, na począt­ku pisząc do Pol­la­ków­ny, bar­dzo sub­tel­nie odmie­nia warian­ty swo­ich, raczej nie­moż­li­wych, odwie­dzin Pol­ski. Wyjazd za gra­ni­cę był dla nie­go i poli­tycz­nych emi­gran­tów czymś innym niż fizycz­ne prze­kro­cze­nie pasa gra­nicz­nej zie­mi. Decy­zja o pozo­sta­niu w kra­ju lub wyjeź­dzie przy­po­mi­na wybór mię­dzy czer­wo­ną a nie­bie­ską piguł­ką ofe­ro­wa­ną Neo przez Mor­fe­usza w Matri­xie. Mam wra­że­nie, że sio­stry Wachow­skie, pol­skie­go pocho­dze­nia, wycho­wa­ne w Chi­ca­go, zaczerp­nę­ły ten motyw z pol­sko-kato­lic­kiej iko­no­gra­fii szkół­ki nie­dziel­nej. Mat­ka Boska daje ojcu Mak­sy­mi­lia­no­wi Kol­be­mu do wybo­ru bia­łą koro­nę świę­to­ści i czer­wo­ną męczeń­stwa. Zresz­tą „zakon­ny” strój Neo przy­po­mi­na fran­cisz­kań­ski habit Kol­be­go skro­jo­ny przez Arma­nie­go.

Neo wziął czer­wo­ną piguł­kę, odkry­wa­ją­cą real­ność, Kol­be wybrał czer­wo­ną i bia­łą koro­nę, Czap­ski nie musiał wybie­rać. Został we Fran­cji i żył Pol­ską, jej histo­rią i kul­tu­rą, sam ją two­rząc. Jego eks­pre­sjo­ni­stycz­ne malar­stwo było prze­ży­ciem poza­zmy­sło­wym wyra­ża­nym przez zmy­sły. Nato­miast pisa­nie – dome­ną rozu­mu, więc kar­te­zjań­skiej jasno­ści myśle­nia. Czap­ski wie­lo­krot­nie zasta­na­wiał się, dla­cze­go aku­rat on oca­lał ze Sta­ro­biel­ska, zwol­nio­ny tuż przed egze­ku­cją dzię­ki rodzin­nym konek­sjom. Czuł się w obo­wiąz­ku rela­cjo­no­wać histo­rię, tak jak Pol­la­ków­na histo­rię malar­stwa. Ona pró­bo­wa­ła zna­leźć miej­sce dla sie­bie w pięk­nie i har­mo­nii, róż­nej od hor­ro­ru histo­rii. On – opi­su­jąc to, cze­go był wyjąt­ko­wym świad­kiem, nie rezy­gnu­jąc z pisa­nia o malar­stwie, jego isto­cie, nie teo­rii.

11.

Kore­spon­den­cja Pol­la­ków­ny i Czap­skie­go zamie­ni­ła się w przy­jaźń. Była moż­li­wa dzię­ki kar­te­zjań­skie­mu podej­ściu Czap­skie­go do pisa­nia, jasno­ści i logicz­no­ści sty­lu, a nie tyl­ko malar­skiej eks­pre­sji, nie­prze­kła­dal­nej na sło­wa. Łączył jed­no z dru­gim, dla­te­go mógł zna­leźć poro­zu­mie­nie z Pol­la­ków­ną, być jej prze­wod­ni­kiem w trud­nym pusz­cze­niu się para­pe­tu logi­ki i zawie­rze­niu szy­bu­ją­ce­mu ponad sło­wa­mi prze­ży­ciu. Trze­ba pamię­tać, że kar­te­zjań­ski wykład o geo­me­trii ana­li­tycz­nej, opi­su­ją­cej logicz­ność świa­ta, zaczy­na się od punk­tu. Jak obraz od pierw­sze­go dotknię­cia pędz­lem. Resz­ta – twier­dził Czap­ski – jest tego kon­se­kwen­cją. Jesz­cze jed­na nie­zwy­kła umie­jęt­ność tego mala­rza: godze­nie sztu­ki z logi­ką.

Kar­te­zjusz oddzie­lił w zachod­niej filo­zo­fii myślą­cą duszę od cia­ła. Iro­nia losu spra­wi­ła, że szwedz­ki gra­barz, nie mogąc zmie­ścić zmar­łe­go Fran­cu­za w trum­nie, odciął mu szpa­dlem gło­wę. Trum­na Czap­skie­go nie mie­ści­ła się we fran­cu­skim gro­bie. Gra­ba­rze godzi­nę kuli szpa­dla­mi zmar­z­nię­tą zie­mię dla nie­wy­mia­ro­we­go, dwu­me­tro­we­go Pola­ka.

Napi­sa­łam na począt­ku, że „Misty­kę trze­ba ROBIĆ”… dosta­łam w trak­cie bud­dyj­skiej prak­ty­ki szi­ne. Łączą­cej oko z ser­cem, świa­do­mość z umy­słem i cia­łem. Meta­fo­rycz­nie mówi się o tym w filo­zo­fii Dale­kie­go Wscho­du – jed­ność konia z jeźdź­cem albo jed­ność łucz­ni­ka z łukiem i strza­łą, czy­li cia­ła z umy­słem. Do tej jed­no­ści malar­stwo i każ­da sztu­ka dosko­na­lą się lata­mi. Szi­ne jest wstę­pem do sztu­ki umie­ra­nia. Prak­ty­ką nie­zbęd­ną do kolej­nej, poka­zu­ją­cej za życia, czym jest wędrów­ka po zaświa­tach, czy­li bud­dyj­skim bar­do.

Malar­stwo było dla Czap­skie­go peł­nią życia, dla nie­go żył. Czę­sto cyto­wał zda­nie z Leonar­da da Vin­ci, nazy­wa­jąc je jed­nym ze zło­tych gwoź­dzi geniu­sza: „Myśla­łem, że uczę się, jak żyć, a uczy­łem się, jak umie­rać”. Nie ma chy­ba lep­sze­go, rów­nież bud­dyj­skie­go pod­su­mo­wa­nia meta­fi­zycz­no­ści tego pro­ce­su. Któ­ry trze­ba ROBIĆ, nie opi­sy­wać.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Czytaj także

22.07.2026 Recenzje

Kobiety i ich rzeczy

Mimo że Historia kobiet w 101 przedmiotach to książka wpisująca się w antropologię rzeczy, warto ją czytać także jako zbiór ciekawostek o tym, co nas otacza – o publikacji Annabelle Hirsch pisze Urszula Pieczek.

21.07.2026 Laba

Latem wracam do Prousta

Laba i lato: najlepsza para pod słońcem. Szykujemy się na letnie przygody z książkami – ruszajcie z nami! W cyklu wakacyjnych tekstów prezentujemy pocztówki literackie, reportaże z wydarzeń kulturalnych (uwaga na wypowiedzi publiczności!), rozmowy o letnich lekturach. Dzisiaj z artystką wizualną i malarką Katarzyną Wyszkowską rozmawia Małgorzata Bugaj.

20.07.2026 Recenzje

Tam, gdzie Karawanki, czyli w Austrii

Główną bohaterką powieści jest jedenastoletnia dziewczynka, nie znamy jej imienia. Wraz z rodziną wyprowadza się właśnie z karynckiej wioski. To próba ucieczki z archaicznego świata i od duchów przeszłości, ale także awans społeczny – o Tam, gdzie najostrzejszy kieł Karawanków szczerzy się ku niebu Julii Jost pisze Natalia Prüfer.