„Czapski miał mistyczne, bezpośrednie nastawienie do życia. Pollakówna używała szczypiec słów do wyławiania duchowych wrażeń” – o korespondencji Józefa Czapskiego i Joanny Pollakówny pisze Manuela Gretkowska.
1.
Anna Marchewka w imieniu „Dziennika Literackiego” zaproponowała mi skomentowanie trwającej dekadę korespondencji Józefa Czapskiego z Joanną Pollakówną: czy takie listy wpływają na literaturę, na jej rozumienie? U Czapskiego byłam „roczną”, ostatnią sekretarką. Anny Marchewki nie znam. Ale obserwuję jej dokonania krytyczne. Wnikliwe analizy, tak różne od pozycjonującej się w mediach, samozadowolonej głupoty wielu uznanych krytyków literackich.
2.
Przypadkowa propozycja przyszła w nieprzypadkowym momencie, co podkreślił jeszcze tytuł zebranych listów „Mistykę trzeba ROBIĆ”… Akurat „robię” trudną praktykę buddyjską, do której zbierałam się od lat. Nazywa się szine i polega na tym, co Józef Czapski praktykował swoim malarstwem: zjednoczeniu świadomości, czyli serca z umysłem podążającym za oczami. W szine siedzi się godzinami nieruchomo, nasłuchując wewnętrznej ciszy, nie przełykając i nie mrugając. Leją się łzy, katar, cieknie ślina i pieką oczy, skupione na jednym punkcie. Aż po iluś godzinach osiąga się jasność. Jakby na celowniku strzelby muszka zgrała się ze szczerbinką, by wystrzelić umysł w „metafizykę”. Malarstwo jest podobnym stanem absolutnego skupienia, zgrywającym rękę, oko i świadomość.
3.
Pod koniec życia Czapski tracił wzrok, ślady tego doświadczenia można znaleźć w listach do Pollakówny. Gdy zaczęłam dla niego pracować, a było to w 1992 roku, był prawie całkiem ociemniały. Jego umysł przestał podążać za oczami. Już nie musiał, po latach malowania, niby w szine, zjednoczył się ze świadomością serca. Dlatego ich listy są pisane w stylu buddyjskiego przekazu – chociaż nie ze świadomości do świadomości, jak u tybetańskich mistyków, a z serca Czapskiego do umysłu Pollakówny, by budzić w ten sposób jej świadomość metafizyki. Wymiana przeżyć malarza z teoretyczką sztuki. Mistrza z uczniem, gdy przez delikatność nauczyciel zachowuje pokorę.
4.
Czapski miał mistyczne, bezpośrednie nastawienie do życia. Pollakówna używała szczypiec słów do wyławiania duchowych wrażeń. W swoim wierszu pytała: „Chyba jednak istniejesz […] / W świetle promieniującym z farby oleistej / kładzionej z uniesieniem ręką umiejętną”. Czapski to robi, ROBI metafizykę, ręką umiejętną połączoną z sercem. Widać to już w wymianie pierwszych listów. Jakby rozbuchany zmysłami Dionizos pisał do ściskającego lejce rozumu Apolla. „Niech pani pamięta, że zmysłowy stosunek malarza do sztuki jest obecny w każdym prawdziwym malarstwie”.
5.
Czytając ich korespondencję, wiedziałam, że nie napiszę tego, co zamówiono. Archiwistycznego tekstu powołującego się na Adorna, poprzetykanego kąskami z Barthes’a po francusku, żeby było bardziej intelektualnie, ewentualnie coś z Janion. Musiałabym wbrew sobie wybrać apolliński team Pollakówny, będąc za dionizyjskim „Józiem”, jak nazywano Józefa Emeryka Ignacego Antoniego Franciszka de Paula Marię hrabiego Hutten-Czapskiego w paryskiej „Kulturze”.
Dionizyjskość Czapskiego jest jego malarską odwagą zatracenia się w nieznanym i zmysłach. Z dezynwolturą, a może arystokratyczną nonszalancją, ten potomek hrabiowskiej rodziny van Huttenów przekraczał akademickie i obyczajowe bariery przyzwoitości. Nie tylko wbrew konwenansom zamieszkując krótko ze swoim kochankiem Siergiejem Nabokovem – bratem Vladimira. Swoją żarliwością mistyczną nawrócił go z prawosławia na katolicyzm.
Józef Czapski, bohater drugiej wojny światowej, internowany w Starobielsku (obozie jenieckim, gdzie polskich wojskowych spotkał ten sam los co ofiary Katynia), otarł się o śmierć. I jak Dostojewski po odwołanej egzekucji wrócił do świata odmieniony, ciągnąc za sobą mrok. Odwagę śmierci, niewyrażalnej słowami, łamiącej tabu i apollińskie normy akuratności w szufladkach rozsądku. Czapski świętował życie: zmysłowym malarstwem, upojeniem zmysłów. Pewnego razu, gdy słuchałam nabożnie jego komentarzy do czytanych mu książek, zapytał, czy widać już jesień. Opisać niewidomemu malarzowi kolory? Zamilkłam.
– Potrzebuje pani wody? – zapytał. Troszczył się od niemal wieku o ludzi i świat bardziej niż o siebie. – Szklanka jest tam. – Pokazał na kąt pokoju i szafkę zastawioną alkoholami dla szacownych gości.
Słysząc brzęk szkła, zaproponował:
– A może napijmy się razem? Koniaku?
Było to ostatnie bachusowe przyjęcie Czapskiego. Moje spotkanie z nim również. Gdy wyszłam, on o własnych siłach wstał z fotela, zerwał krępujące go podkłady, czując przypływ sił i młodości. Jego gospodyni wyrzuciła mnie za „przekroczenie obowiązków”.
– Józio jest już w takim stanie, że nie potrzebuje sekretarzy – stwierdziła.
Coraz częściej tracił kontakt z rzeczywistością. Odchodził często w dzieciństwo, mówiąc wtedy po niemiecku – ojczystym języku matki. Zakorzeniony dzięki jej polskiemu patriotyzmowi w najpiękniejszej polszczyźnie swoich książek.
6.
Joanna Pollakówna była dzieckiem wojny, dzieckiem holocaustu. Oboje z Czapskim przeszli przez sirât – most nad piekłem. Ona, ukształtowana w PRL i przez rodzinną traumę, szukała podpory światła. Apollińskiego promienia wprowadzającego rozumny ład w niepojętą otchłań życia i śmierci. Książki Pollakówny o malarstwie są do bólu akademickie. Jej percepcja zatrzymywała się na błyszczącej tafli werniksu. Stukała w niego pytaniami o głębszy sens. Wracało do niej echo akademickiej wiedzy. Wiersze, słowa były siłą jej wyrazu i jednocześnie przeszkodą oddzielającą od bezpośredniości, niedającego się opowiedzieć intelektem przeżycia.
Dlatego napisała do Czapskiego, że kapizm, pozbawiony głębszej refleksji, został na poziomie kolorów, nie ocierając o mistykę. Według niej „malarstwo łączyło się utajonymi kanałami ze sprawą bytu”, a kapiści trwonili ten potencjał, bawiąc się farbami. Dla Czapskiego kapistyczne oderwanie się od gadania o polskości, babrania się w pozamalarskich wartościach, słowotoku filozoficznych traktatów było zwycięstwem autentycznego przeżywania sztuki. Sam nazywał się ekspresjonistą. Docierającym przez zmysły, nie pojęcia, do sedna, tak jak robią to mistycy. „Ale niech Pani pamięta, że zmysłowy stosunek malarza do sztuki jest obecny w każdym prawdziwym malarstwie” – pisał.
7.
I jeszcze jedno nieporozumienie, które starał się jej wytłumaczyć na samym początku ich przyjaźni. Kapiści, wbrew temu, co uważała, nie ponieśli klęski. W akademickich kategoriach Pollakówny, specjalizującej się w renesansowej Wenecji, szkoły malarskie mają swoich prekursorów, następców. Takie podejście podsumował Leszek Długosz w jednym ze szlagierów Piwnicy pod Baranami: „oglądamy malarstwo włoskie, nudno, że rany boskie…”. Epigoni kapistów nie byli dowodem na klęskę nurtu. Impresjonizm również rozmieniono pacykarsko na drobne – wyjaśnia cierpliwie Czapski. Zwycięstwem kapizmu była ekspresja malarska. Pollakówna dała się w końcu przekonać, tak jakby Apollo zatrzymał swój rydwan przed namalowanym Słońcem, a Dionizos mówił do niego zza płótna, z płomienia gorejącego.
8.
Czapski w swoich listach zabiegał o Pollakównę, nie tylko dlatego że była jego, cytuję, „tragarzem”. Sherpą pomagającym przenieść obrazy na wystawę i do albumu. On autentycznie się o nią troszczył. A w jego tłumaczeniu krytyczce sztuki, czym jest współczesna sztuka, wykraczająca poza akademicki opis, brak poczucia wyższości. Na swoim pięterku w „Kulturze” paryskiej, Józio był ponad mizoginię Jerzego Giedroycia, Kota Jeleńskiego czy Wojtka Karpińskiego. Luminarzy kultury, dla których kobieta była sekretarką lub kucharką dbającą o popiersie wybitnego mężczyzny. Tym, co poniżej, zajmować się mogły wybitne artystki, na przykład Agnieszka Osiecka (miłość Giedroycia) czy Leonor Fini (partnerka Kota)*. Ritę Gombrowicz traktowali jak wykształconą służącą Gombrowicza, nie przypuszczając, że zostanie jego żoną. W ich mniemaniu była kanadyjskim mokrym bobrem. Dyskwalifikowały ją akcent i płeć. Po śmierci Gombrowicza uważali się za jego spadkobierców. Kot niemal za wdowę po nim – bo co taka prowincjonalna doktorantka literatury po Sorbonie rozumiała z polskiego geniusza i Polski? Naśmiewano się z Rity, kolportując anegdoty o jej „naiwności”. Dzięki inteligencji i pracowitości szybko nadrobiła swoje polskie braki, ale nie zyskała należnego szacunku. Tolerowano ją jako żywą kapliczkę po wielkim Gombro.
Czapski nie przejawiał takich zachowań. Nigdy nie okazał mi swojej wyższości czy pogardy, mimo że byłam dwudziestoparoletnią „gęsią”, jak powiedzieliby dżentelmeni z „Kultury” paryskiej – i co dali mi odczuć.
* Dopisuję, kto jest kim, na wypadek gdyby tekstem zainteresowało się pokolenie Z, w wieku mojej córki. Ostatnio na wycieczce do Kazimierza zapytała ona rówieśnika, czy wie, że w Domu Architekta mieszkała Agnieszka Osiecka. Nie wiedział, ponieważ „influenserki go nie interesują”. To wtręt pokazujący różnicę czasów, nie tylko geograficzną.
9.
Podobnie młodość Czapskiego, udział w mistycyzującej, petersburskiej komunie po wybuchu rewolucji październikowej mogą się nam z perspektywy czasu wydawać fragmentem literatury rosyjskiej. A miało to wpływ na późniejsze, idealistyczne podejście Czapskiego do bliźnich i jego niezwykłą dobroć. W listach do Pollakówny jest kochankiem ludzkości. Wbrew apollińskim normom dobrego wychowania wypytuje ją uporczywie o diagnozę dręczącej ją choroby. Robił to nie z natrętnej ciekawości. Chciał jej pomóc, zorganizować trudno dostępne w PRL leki. Jak w podziękowaniu pisała sama Pollakówna, wysłana w stanie wojennym herbata przywróciła jej poczucie godności, cywilizacji. Czyta się ten fragment ich listów z dojmującym poczuciem zakleszczenia Europy Środkowej w upokorzeniu biedą i sowieckim odcięciu od normalności. Czapski doskonale to znał, odwiedzał w stalinowskiej Rosji inną poetkę – Annę Achmatową. Historycy literatury podejrzewają ich o romans. Rzeczywiście, gdy czytałam Czapskiemu jego wspomnienia z tamtego spotkania, przerywał je wzruszonym głosem. Ale była w tym, o ile go znałam, bardziej pamięć o współodczuwanej tragedii Achmatowej niż romansowa nostalgia.
10.
Emigranci polityczni, wszyscy, mają ten sam sen: są w ojczyźnie i nie dostają paszportu, nie mogą wrócić do kraju azylu. Czapski, na początku pisząc do Pollakówny, bardzo subtelnie odmienia warianty swoich, raczej niemożliwych, odwiedzin Polski. Wyjazd za granicę był dla niego i politycznych emigrantów czymś innym niż fizyczne przekroczenie pasa granicznej ziemi. Decyzja o pozostaniu w kraju lub wyjeździe przypomina wybór między czerwoną a niebieską pigułką oferowaną Neo przez Morfeusza w Matrixie. Mam wrażenie, że siostry Wachowskie, polskiego pochodzenia, wychowane w Chicago, zaczerpnęły ten motyw z polsko-katolickiej ikonografii szkółki niedzielnej. Matka Boska daje ojcu Maksymilianowi Kolbemu do wyboru białą koronę świętości i czerwoną męczeństwa. Zresztą „zakonny” strój Neo przypomina franciszkański habit Kolbego skrojony przez Armaniego.
Neo wziął czerwoną pigułkę, odkrywającą realność, Kolbe wybrał czerwoną i białą koronę, Czapski nie musiał wybierać. Został we Francji i żył Polską, jej historią i kulturą, sam ją tworząc. Jego ekspresjonistyczne malarstwo było przeżyciem pozazmysłowym wyrażanym przez zmysły. Natomiast pisanie – domeną rozumu, więc kartezjańskiej jasności myślenia. Czapski wielokrotnie zastanawiał się, dlaczego akurat on ocalał ze Starobielska, zwolniony tuż przed egzekucją dzięki rodzinnym koneksjom. Czuł się w obowiązku relacjonować historię, tak jak Pollakówna historię malarstwa. Ona próbowała znaleźć miejsce dla siebie w pięknie i harmonii, różnej od horroru historii. On – opisując to, czego był wyjątkowym świadkiem, nie rezygnując z pisania o malarstwie, jego istocie, nie teorii.
11.
Korespondencja Pollakówny i Czapskiego zamieniła się w przyjaźń. Była możliwa dzięki kartezjańskiemu podejściu Czapskiego do pisania, jasności i logiczności stylu, a nie tylko malarskiej ekspresji, nieprzekładalnej na słowa. Łączył jedno z drugim, dlatego mógł znaleźć porozumienie z Pollakówną, być jej przewodnikiem w trudnym puszczeniu się parapetu logiki i zawierzeniu szybującemu ponad słowami przeżyciu. Trzeba pamiętać, że kartezjański wykład o geometrii analitycznej, opisującej logiczność świata, zaczyna się od punktu. Jak obraz od pierwszego dotknięcia pędzlem. Reszta – twierdził Czapski – jest tego konsekwencją. Jeszcze jedna niezwykła umiejętność tego malarza: godzenie sztuki z logiką.
Kartezjusz oddzielił w zachodniej filozofii myślącą duszę od ciała. Ironia losu sprawiła, że szwedzki grabarz, nie mogąc zmieścić zmarłego Francuza w trumnie, odciął mu szpadlem głowę. Trumna Czapskiego nie mieściła się we francuskim grobie. Grabarze godzinę kuli szpadlami zmarzniętą ziemię dla niewymiarowego, dwumetrowego Polaka.
Napisałam na początku, że „Mistykę trzeba ROBIĆ”… dostałam w trakcie buddyjskiej praktyki szine. Łączącej oko z sercem, świadomość z umysłem i ciałem. Metaforycznie mówi się o tym w filozofii Dalekiego Wschodu – jedność konia z jeźdźcem albo jedność łucznika z łukiem i strzałą, czyli ciała z umysłem. Do tej jedności malarstwo i każda sztuka doskonalą się latami. Szine jest wstępem do sztuki umierania. Praktyką niezbędną do kolejnej, pokazującej za życia, czym jest wędrówka po zaświatach, czyli buddyjskim bardo.
Malarstwo było dla Czapskiego pełnią życia, dla niego żył. Często cytował zdanie z Leonarda da Vinci, nazywając je jednym ze złotych gwoździ geniusza: „Myślałem, że uczę się, jak żyć, a uczyłem się, jak umierać”. Nie ma chyba lepszego, również buddyjskiego podsumowania metafizyczności tego procesu. Który trzeba ROBIĆ, nie opisywać.
