Zalety turystyki krajowej

Prze­dziw­na ksią­żecz­ka! Zapo­wia­da­ją­ca talent, poru­sza­ją­ca jako doku­ment. Pod nie­któ­ry­mi wzglę­da­mi prze­ni­kli­wa, pod inny­mi – nie. Pięk­nie napi­sa­na, prze­sad­nie nastro­jo­wa. W sto trzy­dzie­stą rocz­ni­cę wędrów­ki Wła­dy­sła­wa Sta­ni­sła­wa Rey­mon­ta na Jasną Górę (i z oka­zji stu­le­cia przy­zna­nia mu Lite­rac­kiej Nagro­dy Nobla) wydaw­nic­two Dar Dobry­szyc wzno­wi­ło jego debiu­tanc­ki repor­taż – w małym nakła­dzie, ale za to z dużą pie­czo­ło­wi­to­ścią. Piotr Pul­dzian Płu­cien­ni­czak, redak­tor książ­ki, wykła­dow­ca war­szaw­skiej Aka­de­mii Sztuk Pięk­nych, poko­nał z przy­ja­ciół­mi tra­sę, któ­rą ponad wiek wcze­śniej prze­szli pąt­ni­cy, a póź­niej opa­trzył tekst Rey­mon­ta rysun­ka­mi i komen­ta­rzem. Swo­je przed­się­wzię­cie wyja­śnił w posło­wiu (Zstęp. Powrót z Jasnej Góry):

„Piel­grzym­ka…” to prze­wod­nik i repor­taż. Ale nie bez­stron­ny zrzut fak­tów z „Wiel­kiej ency­klo­pe­dii powszech­nej ilu­stro­wa­nej” Satur­ni­na Sikor­skie­go. To repor­taż gon­zo, gdzie autor jest boha­te­rem, a nie tyl­ko obser­wa­to­rem, gdzie autor sam nakrę­ca awan­tu­rę, pod­krę­ca sytu­acje, zmy­śla, prze­ina­cza. Liczy się tekst, któ­ry nasią­ka praw­dą jak onu­ca pąt­ni­ka krwią i potem, aby na koń­cu dro­gi stać się świa­dec­twem1.

I to chy­ba naj­bar­dziej mnie zain­te­re­so­wa­ło: pasja redak­to­rów. Sko­ro daw­ny tekst wydał się komuś tak inte­re­su­ją­cy, z pew­no­ścią nale­ży prze­czy­tać go jesz­cze raz. Czy­taj­my.

Chłopi pielgrzymują bez księdza

Rey­mont wyru­szył z wier­ny­mi na począt­ku maja 1894 roku. Nigdzie tego nie wspo­mi­na – zapew­ne z powo­du cen­zu­ry – ale była to piel­grzym­ka zor­ga­ni­zo­wa­na z oka­zji stu­le­cia insu­rek­cji kościusz­kow­skiej. Pew­nie dla­te­go kto­kol­wiek w pra­sie się nią w ogó­le zain­te­re­so­wał. Pisarz szedł z kon­kret­nym dzien­ni­kar­skim zamó­wie­niem.

Piel­grzy­mo­wa­nie na Jasną Górę było aktem jed­no­cze­śnie archa­icz­nym i nowo­cze­snym. Że archa­icz­nym, to jasne: czę­sto­chow­skie sank­tu­arium ist­nie­je od XIV wie­ku, a uka­za­na przez Rey­mon­ta wędrów­ka ma jesz­cze cechy, któ­re antro­po­lo­dzy koja­rzą z epo­ką przed­no­wo­cze­sną. Chło­pi idą pie­szo, choć do Czę­sto­cho­wy wów­czas rów­nie dobrze moż­na było podró­żo­wać kole­ją. Dla ludzi z mia­sta taka wypra­wa ozna­cza tury­sty­kę, zwie­dza­nie, jest sty­li­za­cją, cza­sem pró­bą reali­za­cji sen­ty­men­tal­ne­go marze­nia o pro­sto­cie. Rey­mont na przy­kład już na pierw­szej stro­nie infor­mu­je nas, jak się ubrał („dłu­gie buty, jakaś sędzi­wa okryw­ka, pła­ski kape­lusz i para­sol”) – dla ota­cza­ją­cych go pąt­ni­ków jasno­gór­skich marsz jest jed­nak zwy­kłą koniecz­no­ścią. Nie noszą spe­cjal­nych ubrań, więk­szość nie ma baga­ży, a czę­sto rów­nież obu­wia.

Buty to w ogó­le wiel­ki temat tego repor­ta­żu: tym, któ­rzy je mają, od począt­ku prze­po­wia­da się ich znisz­cze­nie. Poja­wia­ją się Żydzi, któ­rzy chcą je repe­ro­wać. Trze­wi­ki są ozna­ką, że posia­da się jakiś mają­tek. Ludzie, któ­rzy idą boso (więk­szość), pod koniec wędrów­ki zna­czą tra­sę krwią. Wszy­scy jed­nak, obu­ci czy nie, two­rzą gada­tli­wą i ega­li­tar­ną wspól­no­tę, któ­rej ele­men­ty stop­nio­wo się ujed­no­li­ca­ją.

Jak piszą antro­po­lo­dzy Vic­tor i Edith Tur­ne­ro­wie, tego rodza­ju piel­grzym­ki o śre­dnio­wiecz­nych korze­niach mają w sobie „coś noto­rycz­nie popu­li­stycz­ne­go, anar­chi­stycz­ne­go, a nawet anty­kle­ry­kal­ne­go”2. Rze­czy­wi­ście – pol­scy pąt­ni­cy, mimo że nie­zmier­nie licz­ni, wędru­ją bez księ­dza. Pozo­sta­ją oczy­wi­ście w sym­bio­zie z Kościo­łem hie­rar­chicz­nym – pod koniec XIX wie­ku nie ma już miej­sca na spon­ta­nicz­ny ludo­wy mil­le­na­ryzm. Msze dla wędru­ją­ce­go tłu­mu odpra­wia się cza­sem w mija­nych kościo­łach, ale reli­gij­na topo­gra­fia Piel­grzym­ki… jest o wie­le bogat­sza. Waż­ne są cmen­ta­rze – to tam cze­ka­ją na pąt­ni­ków miej­sco­wi, cza­sem piel­grzy­mi śpią lub wypo­czy­wa­ją mię­dzy gro­ba­mi, a modlą się przy mija­nych krzy­żach przy­droż­nych. Prze­wod­ni­ka­mi są star­si, doświad­cze­ni męż­czyź­ni, któ­rzy zmie­nia­ją się w roli Star­sze­go Bra­ta. To oni poucza­ją, pil­nu­ją porząd­ku, a jeśli trze­ba, bio­rą się do prze­pro­wa­dza­nia egzor­cy­zmów.

Pol­scy pąt­ni­cy zacho­wu­ją się więc jak posta­ci z Opo­wie­ści kan­ter­be­ryj­skich: kłó­cą się, napo­mi­na­ją, cza­sem pró­bu­ją zaro­bić, czę­sto zda­rza­ją się im tak­że akty bez­in­te­re­sow­nej dobro­ci. Wokół pąt­ni­ków krą­żą drob­ni przed­się­bior­cy-usłu­go­daw­cy, któ­rzy dla zarob­ku potra­fią tę tra­sę poko­nać kil­ka razy w roku: moż­na u nich wyna­jąć wózek, któ­ry prze­wie­zie bagaż, moż­na coś napra­wić. Chło­pi chęt­nie korzy­sta­ją z pra­wa do piel­grzy­mo­wa­nia – jed­ne­go z nie­wie­lu przy­wi­le­jów przy­słu­gu­ją­cych im kie­dyś w I Rzecz­po­spo­li­tej – do legal­nej ruchli­wo­ści. Idą tłum­nie, ponie­waż chcą i mogą. Nio­są do Czę­sto­cho­wy swo­je zmar­twie­nia: cho­ro­by, sta­rość, bie­dę.

Tyle że pol­scy pąt­ni­cy, idąc na Jasną Górę, niby cał­ko­wi­cie przed­no­wo­cze­śni, wma­sze­ro­wu­ją w samo jądro swo­jej epo­ki. Poboż­ność maryj­na w XIX wie­ku ma się świet­nie, choć jed­no­cze­śnie wyraź­nie zmie­nia się jej cha­rak­ter. We Fran­cji cią­gle ist­nie­je zwy­czaj pie­sze­go piel­grzy­mo­wa­nia do lokal­nych sank­tu­ariów – wypra­wę nie­mal iden­tycz­ną jak nasza, choć krót­szą, opi­su­je Joseph Malègue w Augu­stin ou le Maître est là (1933). Stan­dar­dem sta­ją się jed­nak inne, „nowo­cze­sne” piel­grzym­ki. W cią­gu kil­ku dekad na Sta­rym Kon­ty­nen­cie doszło do całej serii obja­wień – w 1830 roku Kata­rzy­na Labo­uré otrzy­ma­ła wzór Cudow­ne­go Meda­li­ka, póź­niej były La Salet­te (1846), Lour­des (1858), a w Polce Licheń (1850) i Gie­trz­wałd (1877). Dwa­dzie­ścia lat po piel­grzym­ce Rey­mon­ta Euro­pą mia­ła jesz­cze wstrzą­snąć Fati­ma. Do wszyst­kich wspo­mnia­nych miejsc przy­by­wa­ją wier­ni. Ich wyjaz­dy są już jed­nak orga­ni­zo­wa­ne przez die­ce­zje czy para­fie, wszyst­ko odby­wa się pod nad­zo­rem dusz­pa­ste­rzy odde­le­go­wa­nych do opie­ki nad poszcze­gól­ny­mi gru­pa­mi. We Fran­cji cha­ry­zma­tycz­na i regu­lu­ją­ca wszech­obec­ność kapła­nów sta­je się oczy­wi­sto­ścią. „Le prêtre nous para­is­sa­it une quasi divi­ni­té”3 – pisał Louis-Fer­di­nand Céli­ne, stresz­cza­jąc dzie­więt­na­sto­wiecz­ny stan­dard. Ksiądz odgry­wa waż­ną rolę w powie­ści Lour­des Émile’a Zoli (1894). Fran­cu­scy wier­ni podró­żu­ją pocią­ga­mi i uczest­ni­czą w okre­ślo­nym pro­gra­mie. Tak­że nowe cen­tra reli­gij­ne – choć­by wspo­mnia­ne Lour­des – dosko­na­le pasu­ją do epo­ki maso­wej poboż­no­ści. Poja­wia­ją się gadże­ty reli­gij­ne, roz­wi­ja prze­mysł hote­lar­ski – i tak dalej. Wyklu­wa się nowo­cze­sny kato­li­cyzm.

„Wyrwał się z miasta”?

Wła­śnie na tym prze­cię­ciu – sta­ro­daw­no­ści i nowo­cze­sno­ści, wsi i mia­sta – poja­wia się Rey­mont z ołów­kiem w ręku, z pocho­dze­nia pro­win­cjusz, ale in spe świa­to­wiec, choć na razie debiu­tant. Miał szczę­ście, że zauwa­żył go Alek­san­der Świę­to­chow­ski i dał mu zle­ce­nie:

[…] zja­wił się w redak­cji „Praw­dy” skrom­ny mło­dzie­niec z ręko­pi­sem nowel­ki. Prze­czy­ta­łem ją i dostrze­głem talent ory­gi­nal­ne­go bla­sku […], zachę­ca­łem go usil­nie do dal­szej pra­cy. Z tre­ści zaś jego powiast­ki zaczerp­ną­łem pobud­kę do takiej rady: – Czy jesteś pan wie­rzą­cy, czy nie­wie­rzą­cy, złącz się jaką­kol­wiek kom­pa­nią idą­cą do Czę­sto­cho­wy i opisz nastrój jej uczuć4.

Rey­mont wydru­ko­wał już wów­czas kil­ka opo­wia­dań, ale debiut książ­ko­wy miał jesz­cze przed sobą. Trwa­ły obcho­dy kościusz­kow­skie, bada­nie nastro­jów tłu­mu wyda­wa­ło się waż­niej­sze niż kie­dy­kol­wiek. Nowy autor był zaś wystar­cza­ją­co mło­dy, żeby bez skru­pu­łów wysłać go na podob­ną wypra­wę. Jego notat­ki uka­zy­wa­ły się w odcin­kach w „Tygo­dni­ku Ilu­stro­wa­nym”. W 1895 roku w cało­ści opu­bli­ko­wa­ło je wydaw­nic­two Gebe­th­ner i Wolff – był to debiut książ­ko­wy Rey­mon­ta. Ta pierw­sza edy­cja jest pod­sta­wą oma­wia­ne­go tutaj wyda­nia.

Chło­pi szli wio­sną, jak w dzie­le Geof­freya Chau­ce­ra, a nie latem, jak naj­czę­ściej piel­grzy­mu­je się dzi­siaj. To zno­wu cecha przed­no­wo­cze­sna: robi­ło się cie­plej, ale do żniw było jesz­cze dale­ko, więc moż­na było wędro­wać. Piel­grzy­mi wyru­szy­li z pod­war­szaw­skiej (wów­czas) Pra­gi pią­te­go maja. Pogo­da dopi­sy­wa­ła – świe­ci­ło słoń­ce, choć po zmierz­chu było chłod­no. Rey­mont nie­rzad­ko żali się, że w nocy zmarzł. Piel­grzy­mom doskwie­rał rów­nież brak wody; zda­rza­ło się, że gdy prze­cho­dzi­li przez wsie, wyczer­py­wa­li stud­nie.

Tra­sa wio­dła przez Ocho­tę, Raszyn, Tar­czyn, Gró­jec, Nowe Mia­sto nad Pili­cą, Stu­dzian­ną, Wiel­gom­ły­ny, Świę­tą Annę pod Przy­ro­wem i wie­le innych miej­sco­wo­ści. Jedy­nie czę­ścio­wo bie­gła głów­ny­mi dro­ga­mi, nigdy nie krzy­żo­wa­ła się z kole­ją. Oko­li­ca od lat pod­upa­da­ła. Mija­ne miej­sco­wo­ści w prze­wa­ża­ją­cej mie­rze nie były mia­stecz­ka­mi, cho­ciaż w prze­szło­ści wie­le z nich mia­ło pra­wa miej­skie: Tar­czyn, Mogiel­ni­ca (któ­ra otrzy­ma­ła swo­je w 1317 roku!) czy Nowe Mia­sto nad Pili­cą. W cza­sie piel­grzym­ki więk­szość wsi była jed­nak „sro­dze nad­we­rę­żo­na” i pozba­wio­na cha­rak­te­ru. W nie­któ­rych pró­bo­wa­no two­rzyć nowe insty­tu­cje – wystar­czy wspo­mnieć zakład lecz­ni­czy w Nowym Mie­ście – ale na szer­szym tle zanie­cha­nia cywi­li­za­cyj­ne­go nawet te punk­to­we ini­cja­ty­wy wywie­ra­ły przy­gnę­bia­ją­ce wra­że­nie. Przy­naj­mniej tak to widział Rey­mont:

Mło­dy park rzad­ki, a drze­wa sadzo­ne na zbo­czu wzgó­rza – mizer­ne, o wyglą­dzie jak gdy­by im wła­śnie było potrze­ba hydro­pa­tii. Budow­le cięż­kie i bez śla­du jakie­go bądź pięk­na w liniach.

Moż­na się nawet zasta­na­wiać, czy autor Piel­grzym­ki… nie jest w swo­ich spo­strze­że­niach zbyt kry­tycz­ny i czy nie sili się tu na jakieś wiel­ko­miej­skie zbla­zo­wa­nie. W oko­li­cy pozo­sta­ło wie­le śla­dów histo­rii, cza­sem tra­gicz­nej, cza­sem świet­nej, lecz Rey­mont o nich mil­czy. Kazi­mierz Wyka zauwa­ża, że tra­sa piel­grzym­ki bie­gła w pobli­żu pola bitwy pod Raszy­nem, a w koście­le w Stu­dzian­nej znaj­do­wa­ły się wota Jana III Sobie­skie­go, któ­ry zosta­wił je tam, gdy szedł na Wie­deń. Dla­cze­go więc w repor­ta­żu oglą­da­my tyl­ko karcz­my i pej­za­że?

Mał­go­rza­ta Litwi­no­wicz-Droź­dziel, badacz­ka twór­czo­ści Rey­mon­ta, twier­dzi, że powo­dem prze­mil­czeń była cen­zu­ra – stąd też praw­do­po­dob­nie brak infor­ma­cji o rocz­ni­co­wym cha­rak­te­rze wyda­rze­nia – lub obra­na przez pisa­rza kon­wen­cja. Być może koniecz­ność wto­pie­nia się w tłum prze­kre­śla­ła szan­sę na uwzględ­nie­nie pew­nych rze­czy w repor­ta­żu. Chło­pi zapew­ne nie wie­dzie­li o wotach kró­lew­skich; wędru­jąc, dostrze­ga­li jedy­nie dro­gi, szyn­ki i kościo­ły, zna­li tak­że legen­dy, któ­re pozwa­la­ły im oswo­ić mija­ny kra­jo­braz. Rey­mont przy­ta­cza dwie takie opo­wie­ści, mię­dzy inny­mi wspa­nia­łą histo­rię o św. Mag­da­le­nie, któ­ra w akcie poku­ty usy­pa­ła wzgó­rze nie­da­le­ko Różan­nej.

Jeśli jed­nak tak było – jeśli pisarz rze­czy­wi­ście posta­no­wił zostać jedy­nie reje­stra­to­rem emo­cji pąt­ni­ków – to skąd w jego rela­cji frag­men­ty takie jak ten, skąd­inąd elo­kwent­nie zabaw­ny:

Oglą­dam zno­wu kościół i widzę, że jest z XVII stu­le­cia, ale w XVIII był z pew­no­ścią przy­pro­wa­dzo­ny do obec­ne­go sta­nu; znać to po napu­szo­nej nie­smacz­no­ści zdób. Co mnie draż­ni pra­wie w każ­dym pro­win­cjo­nal­nym koście­le, a w szcze­gól­no­ści tutaj, to rzeź­by. Są okrop­ne po pro­stu. Ist­na cie­sioł­ka bar­ba­rzyń­ska, wyzło­co­na i poli­chro­mo­wa­na przez eunu­chów sztu­ki. […] Cały spo­sób malo­wa­nia efek­ciar­ski i pła­ski przy­po­mi­na mi mario­net­ki stroj­ne we fra­ki i koron­ki, stroj­ni­siów sta­ni­sła­wow­skich malo­wa­nych przez uczniów Bac­cia­rel­le­go.

Zmę­czo­ny wędro­wiec sta­je się nagle kry­ty­kiem sztu­ki, jak gdy­by wśród słów poboż­nych pie­śni przy­po­mniał sobie, że w War­sza­wie cze­ka wykształ­co­na publicz­ność i że to ona jest dla nie­go osta­tecz­nym punk­tem odnie­sie­nia.

Jeśli więc Piel­grzym­ka… jest repor­ta­żem gon­zo, to zale­d­wie czę­ścio­wo uda­nym. Wto­pie­nie się w tłum przy­cho­dzi pisa­rzo­wi z tru­dem. Od same­go począt­ku Rey­mont czu­je się tam kimś obcym. Kie­dy wyru­sza z Pra­gi, widzi wyłącz­nie „twa­rze nie­zli­czo­ne” i „sza­rzy­znę pospo­li­to­ści”, któ­re wywo­łu­ją w nim nudę i znie­chę­ce­nie. Sam prze­cież uciekł z pro­win­cji, zrzu­cił z sie­bie cię­żar dziw­ne­go, „przy­chłop­skie­go” (okre­śle­nie Wyki) pocho­dze­nia. Boi się, że nie będzie potra­fił dobrze opi­sać ludzi, któ­rzy zosta­wia­ją domy i tra­cą zaro­bek, choć są bar­dzo ubo­dzy. Nie cho­dzi o to, że jest woju­ją­cym ate­uszem, bynaj­mniej. W prze­szło­ści bywał na Jasnej Górze z wła­snej woli, a rok wcze­śniej miał nawet kaprys, żeby wstą­pić do pau­li­nów (choć raczej dla­te­go, że zazdro­ścił zakon­ni­kom spo­koj­ne­go życia). Na razie ma za sobą wie­le nie­po­wo­dzeń. Był już kraw­cem, kole­ja­rzem, akto­rem, pomoc­ni­kiem spi­ry­ty­sty. Teraz, w 1894 roku, na rogat­kach War­sza­wy to wszyst­ko wyda­je się prze­szło­ścią. Rey­mont chce być pisa­rzem, a takim zda­rza­ją się wie­lo­kie­run­ko­we pory­wy ducha. Jesz­cze nie­daw­no zasta­na­wiał się, czy jego tek­sty kie­dy­kol­wiek będą dru­ko­wa­ne, a prze­cież naresz­cie idzie w teren z kon­kret­nym zamó­wie­niem. Czu­je się już czło­wie­kiem z mia­sta. To jego wybra­na toż­sa­mość, któ­ra go jed­nak odro­bi­nę uwie­ra.

Okładka książki Władysława Reymonta pod tytułem „Pielgrzymka do Jasnej Góry: wrażenia i obrazy”.
Władysław Reymont, „Pielgrzymka do Jasnej Góry. Wrażenia i obrazy” oprac. i ilustr. Piotr Puldzian Płucienniczak, Dobroszyce: Dar Dobryszyc, 2024.

Oto­cze­nie oczy­wi­ście to wyczu­wa, trak­tu­je go życz­li­wie, ale z dystan­sem. Pisarz ucho­dzi za „deli­kat­niej­sze­go” i nie­do­świad­czo­ne­go. Cza­sem sły­szy żar­ty na swój temat. Pisze:

Odcho­dzę zły na ten głu­pi kostium, któ­ry mnie wyod­ręb­nia widocz­nie, i na tę kul­tu­rę, któ­ra tak mnie przy­pi­ło­wa­ła, że nie umiem zna­leźć sło­wa ani poję­cia pro­ste­go i natu­ral­ne­go, aby się nimi wła­mać do ich dusz. Próż­no szu­kam twa­rzy i ubio­rów innych; nic, tyl­ko samo­dzia­ły od krwi­stych bor­do aż do pia­sko­wych.

Ta obcość – bycie razem, ale „spo­za” – umoż­li­wia mu jed­nak wyko­ny­wa­nie świet­nych szki­ców socjo­lo­gicz­nych. Rey­mont jest jed­nym z auto­rów, któ­rzy piszą naj­le­piej, kie­dy dzia­ła­ją intu­icyj­nie i mogą zacho­wać dystans. Ma oko wyczu­lo­ne na pęk­nię­cia spo­łecz­ne, tym­cza­sem wędru­je po skom­pli­ko­wa­nym świe­cie, peł­nym sta­ro­świec­kich dys­tynk­cji:

Nie­źle już odróż­niam szlach­tę zago­no­wą od chło­pów i od tej garst­ki z Pra­gi. Chło­pi idą zawsze kupą, roz­kła­da­jąc się na naj­więk­szym słoń­cu i bez­ład­nie, mają rysy grub­sze, ale mniej zmę­czo­ne. Szlach­ta sku­pia się koło wozów, zaj­mu­je ław­ki przy sto­li­kach, szu­ka cie­niów, wybie­ra dro­gi lep­sze, ciszej mówi; są dys­kret­niej­si w róż­nych funk­cjach i mają w twa­rzach, prze­waż­nie regu­lar­nych, jakąś cichość i god­ność zamknię­tą w sobie.
Noszą gło­wy wyżej i mają wygó­ro­wa­ną świa­do­mość kasto­wą.
Pra­scy – poszu­ku­ją naj­pierw szyncz­ków.
Pozna­ję te twa­rze zmię­te, rysy nie­spo­koj­ne, spoj­rze­nia buń­czucz­ne. Krzy­czą gło­śno i sta­ra­ją się wszę­dzie trzy­mać prym.

Albo ten frag­ment, jesz­cze lep­szy: dys­ku­sja chło­pa ze szlach­ci­cem zago­no­wym, w któ­rej spra­wa god­no­ści sta­no­wej bole­śnie prze­gry­wa z prak­tycz­no­ścią i majęt­no­ścią chłop­stwa. „Honor” i „deli­kat­ność” nie mogą tego zasło­nić:

[…] myjąc się, słu­cham roz­mo­wy dwóch bra­ci sie­dzą­cych za mną. Jeden z nich powia­da:
– Na grusz­ki się ma, to zbo­ża nie będzie.
– Brat z dale­ka? – pyta dru­gi.
– Nie, zaraz spode War­sza­wy.
– I w butach całą dro­gę?
– A całą.
– Toż szko­da, bra­cisz­ku.
– Cóż to, buta będę żało­wać, a nóg nie! To ino szlach­ta boso idzie; nas stać jesz­cze na obu­cie, cho­cie­śma chło­py – mówi uszczy­pli­wie.
– To i cóż, toż my i tak szlach­ta ze szlach­ty, a ty, bra­cie, chłop, to i cham.
– Taki szlach­cic, co goł­kiem i piech­ty cho­dzi, to u mnie stoi grosz.
– I pie­szo i boso, a zawsze, mój bra­cie, co szlach­cic, to szlach­cic. U mnie, bra­cie, i obej­ście
i deli­kat­ność, i honor swój jest, a ty, bra­cie, gli­nia­ny, gru­by czło­wiek jesteś.

Z cza­sem jed­nak – w mia­rę jak postę­pu­je zmę­cze­nie, po kil­ku nocach w przy­pad­ko­wym towa­rzy­stwie, cza­sem dam­skim – dystans mię­dzy pisa­rzem a jego oto­cze­niem się zmniej­sza. Rey­mont reje­stru­je poja­wie­nie się cze­goś, co dopie­ro zaczy­na być wte­dy przed­mio­tem zain­te­re­so­wa­nia nauk spo­łecz­nych – zauwa­ża powsta­wa­nie masy, gru­py, bytu zbio­ro­we­go, któ­ry jest czymś wię­cej niż suma skła­da­ją­cych się nań jed­no­stek. Dostrzegł to już Ludwik Krzy­wic­ki: „Oglą­da­my, jak two­rzy się jaźń zbio­ro­wa, nie chwi­lo­wa, lecz dłu­go­trwa­ło­ści tygo­dnio­wej […], rodzą­ca się na pod­kła­dzie tra­dy­cji”5.

Notat­kom Rey­mon­ta bra­ku­je jed­nak grun­tu inte­lek­tu­al­ne­go. Autor jedy­nie zapi­su­je emo­cje, w któ­rych zresz­tą chęt­nie się zatra­ca:

Pia­na tej pie­śni i ser­decz­ność dźwię­ków, i te odu­rza­ją­ce wonie kwia­tów, i tyle uczuć tęt­nią­cych w tłu­mie – bije w moje ser­ce i prze­ni­ka je eks­ta­zą. Nowy dreszcz, nowy i potęż­ny.

Gdzie indziej zapi­su­je:

Mil­kły indy­wi­du­al­no­ści i zle­wa­ły się z sobą. Nie było już znać szlach­ty, chło­pów, miesz­czan, kobiet ani męż­czyzn, wszyst­ko spły­wa­ło się w tej jed­nej roz­pa­lo­nej do bia­ło­ści fali reli­gij­ne­go unie­sie­nia.

Autor Piel­grzym­ki… sta­je się czę­ścią wędru­ją­cej com­mu­ni­tas, wyra­zi­cie­lem misty­ki tłu­mu – ale prze­cież nawet wte­dy szu­ka dla sie­bie wen­ty­li w posta­ci kwa­śnych komen­ta­rzy o archi­tek­tu­rze albo iro­nicz­nych puent („Łapię się na sen­ty­men­ta­li­zmie i mówię już trzeź­wo. Basta”). Nie da się ode­przeć wra­że­nia, że har­mo­ni­zo­wa­nie z nastro­ja­mi oto­cze­nia jest dla pisa­rza doświad­cze­niem przy­jem­nie absor­bu­ją­cym, ale nie­prze­mie­nia­ją­cym, rodza­jem emo­cjo­nal­nej używ­ki. Zauwa­ża to z pew­nym prze­ką­sem tak­że Mał­go­rza­ta Litwi­no­wicz-Droź­dziel. Badacz­ka przy­po­mi­na, że kolej­ny po rela­cji z piel­grzym­ki tekst Rey­mon­ta w „Tygo­dni­ku Ilu­stro­wa­nym” doty­czył opium. „Przez chwi­lę wyda­wa­ło mi się to nawet egzo­tycz­ne […] – komen­tu­je. – Zmia­na tema­tu jest jed­nak pozor­na”6.

Czy „Pielgrzymka…” to wybitny tekst?

Nie do koń­ca. To zale­d­wie wpraw­ka kogoś, kto dopie­ro nabie­ra mocy pisar­skiej. Rey­mont wca­le nie ma pew­no­ści, co wła­ści­wie chce napi­sać. Repor­taż to gatu­nek wów­czas racz­ku­ją­cy; Piel­grzym­ka… jest jed­nym z pierw­szych pol­skich tek­stów tego rodza­ju. Pisarz sta­ra się więc zapa­no­wać nad mate­rią, w któ­rej pra­cu­je, ale robi to po omac­ku. Chce sto­pić się z ludem, a rów­no­cze­śnie tego uni­ka. Infor­ma­cji o mija­nych miej­scach poda­je nie­wie­le; zale­d­wie reje­stru­je swo­je kolej­ne czyn­no­ści, roz­mo­wy, picie kawy, szu­ka­nie noc­le­gu. Wybiór­czo notu­je aneg­do­ty, przed­sta­wia scen­ki rodza­jo­we, zapi­su­je legen­dy. Opi­sy przy­ro­dy są tu zwy­kle pierw­szo­rzęd­ne, cza­sem ocie­ra­ją się o sym­bo­lizm. To dobrze napi­sa­ny tekst, zapew­nił auto­ro­wi suk­ces, a sama nie zamie­rzam odma­wiać twór­cy talen­tu – ale prze­cież Piel­grzym­ka… ma tak­że sła­bo­ści. Szcze­gól­nie widocz­ne są one wów­czas, kie­dy pisarz wyła­wia z tłu­mu swo­ich boha­te­rów – ludzi kil­ka­krot­nie spo­ty­ka­nych w tra­sie, czę­sto wędru­ją­cych obok Rey­mon­ta. Pro­blem w tym, że oni w ogó­le nie są inte­re­su­ją­cy, ponad­to zosta­li opi­sa­ni według poży­czo­nych sche­ma­tów. Spo­tka­ny kil­ka razy gruź­lik Antoś, któ­ry wró­cił z Bra­zy­lii, pod­ko­lo­ro­wa­ny jest nie­zno­śny­mi sen­ty­men­tal­ny­mi bar­wa­mi – wzru­sza­ją go kwia­ty („Tak lubię, że jak się dotknę kwiat­ka, to mi się aż sła­bo robi”, mówi). Nie wyda­je się męż­czy­zną, któ­ry zdą­żył przed­się­wziąć dale­ką podróż. Postać ponad­stu­let­niej pąt­nicz­ki, któ­ra prze­ży­ła całą rodzi­nę i jedzie bła­gać Naj­święt­szą Marię Pan­nę o pra­wo odej­ścia do swo­ich, zosta­ła chy­ba skro­jo­na według sche­ma­tów z Dzia­dów – powin­na budzić współ­czu­cie, ale tego nie robi. „Trzy woale” – tajem­ni­cze kobie­ty z mia­sta – to jakieś wid­ma z dzieł Juliu­sza Sło­wac­kie­go albo Anto­nie­go Mal­czew­skie­go, któ­re jed­nak ani na chwi­lę nie nabie­ra­ją oso­bo­wo­ści. Otrzy­mu­ją jedy­nie pseu­do­ni­my, któ­re mają nadać im pozór głę­bi: Melan­cho­lia, Sprzecz­ność i Zadu­ma. Z kolei przed­sta­wie­nie spo­tka­ne­go w klasz­to­rze w Nowym Mie­ście ojca Pro­ko­pa (Jana Toma­sza Lesz­czyń­skie­go), kapu­cy­na, skąd­inąd mario­lo­ga, czło­wie­ka na tyle zna­ne­go, że wspo­mnie­nie pośmiert­ne napi­sał o nim bł. Hono­rat Koź­miń­ski, w Piel­grzym­ce… wyda­je się sła­bym ćwi­cze­niem z dosto­jewsz­czy­zny. To prze­cież Zosi­ma roz­pi­sa­ny na dwie kart­ki – pro­win­cjo­nal­ny mędrzec, któ­ry naj­pierw zada­je Rey­mon­to­wi pyta­nie o jakąś książ­kę z legen­da­mi, a póź­niej rzu­ca kil­ka słów o war­to­ści cier­pie­nia.

Z pew­no­ścią dużo więk­sze wra­że­nie robią sce­ny „łapa­ne w locie”, nie­włą­czo­ne w żaden pro­gram nar­ra­cyj­ny – cyto­wa­na wyżej dys­ku­sja chło­pa ze szlach­ci­cem albo wzmian­ka o dzia­łal­no­ści żebra­ków ze Stu­dzian­nej:

Nali­czy­łem 32 śle­pych, kula­wych, nie­mych, pokrę­co­nych. Widzę po spo­so­bie wycią­ga­nia rąk i poka­zy­wa­nia swe­go kalec­twa, że to sta­rzy zawo­dow­cy. Żebrzą nie­sły­cha­ny­mi gło­sa­mi, gną się, płasz­czą, jęczą choć­by o gro­sik u „sio­strzycz­ków” i bra­ci poboż­nych, a każ­dy z nich woła, że jest naj­niesz­czę­śliw­szy. Kopal­nia typów, ruchów, rżeń, bród, jęków, spoj­rzeń apo­stol­skich a wyra­zów twa­rzy łotrow­skich, cały śmiet­nik dusz ohyd­nych, bo czuć z dale­ka, poza tą maska­ra­dą żebrac­twa, cynizm wstręt­ny i obłu­dę spe­cja­li­stów. Tyl­ko jeden z całej tej brud­nej zgrai wyda­je mi się innym. Jest napraw­dę śle­py, a śpie­wa bez prze­stan­ku, a obok sie­dzą­ca baba wtó­ru­je mu fal­se­tem. […]
Ludzi wycho­dzi z kościo­ła coraz mniej […]. Umilkł i zaczę­li liczyć pie­nią­dze.
– Rubel ino. Na psa taki zaro­bek. Łach­myt­ki jed­ne, idzie to na odpust przez gro­sza, kiej dzia­dy.
Splu­nął pogar­dli­wie, wyjął taba­kie­rę i rzekł:
– Zażyj, babo, spra­co­wa­łaś się siel­nie.

W ogó­le wszyst­kie „mądro­ścio­we” momen­ty – tam, gdzie Rey­mont sta­ra się zare­je­stro­wać poboż­ność pąt­ni­ków albo wzru­szać publicz­ność ich posta­wą – trą­cą bana­łem. Spraw praw­dzi­wie i głę­bo­ko reli­gij­nych w tym repor­ta­żu nie ma, choć niby cały doty­czy on reli­gii. Wia­ra jest tutaj oglą­da­na z zewnątrz, skła­da się z emo­cji i pie­śni. Wyda­je się ogra­ni­czo­na do bre­wia­rzy­ków, śpie­wów i bez­rad­no­ści, któ­ra każe bie­da­kom rzu­cić wszyst­ko i poszu­ki­wać cudów. A prze­cież reli­gij­ność ludzi tego rodza­ju nie musia­ła być płyt­ka – prze­ciw­nie, zapew­ne była twar­da, sto­ic­ka, a jedy­nie otwar­ta na cudow­ność. Taką widać w nie­co póź­niej­szej powie­ści Malègue’a (ale nie we wspo­mnia­nej książ­ce Zoli).

Tek­sto­wi Rey­mon­ta dole­ga pol­ska rzew­ność. Moż­na ją oczy­wi­ście wyja­śnić oko­licz­no­ścia­mi, trwa­ją­cy­mi zabo­ra­mi, rocz­ni­cą i tak dalej, tyle że w poważ­nej lite­ra­tu­rze wzru­sze­nio­wość jest sła­bo­ścią. Już w tej pierw­szej ksią­żecz­ce widać nato­miast, co sta­nie się siłą tego pisar­stwa: socjo­lo­gicz­ne deta­le, sce­ny, w któ­rych wyra­ża się natu­ral­ny ludz­ki cynizm, cza­sem okru­cień­stwo – oraz opi­sy przy­ro­dy. Poza tym w Piel­grzym­ce… są fra­pu­ją­ce zda­nia, frag­men­ty jakiejś innej, ory­gi­nal­nej lite­ra­tu­ry, któ­ra osta­tecz­nie jed­nak się tu nie roz­wi­ja:

Leża­łem na sło­mie w izbie kościel­ne­go, przy­my­ka­łem oczy, ale na próż­no. Orgie świa­teł, barw, dźwię­ków, akcen­ty pła­czów prze­le­wa­ły mi się przez mózg w kon­tu­rach jak mgły rucho­mych i swo­ją zgieł­kli­wo­ścią pokry­wa­ły jakąś ciem­ną robo­tę, któ­ra się przę­dła gdzieś pod linią świa­do­mo­ści.

Zmę­czo­ny pisarz czu­je, jak doświad­cze­nia zaczy­na­ją rosnąć i fer­men­to­wać w jego gło­wie. Gdy­by im pozwo­lił, gdy­by jego wraż­li­wość wyprzę­gła się choć na chwi­lę z obo­wią­zu­ją­cej go ofi­cjal­nej tkli­wo­ści, powsta­ło­by może dzie­ło fascy­nu­ją­ce i bar­dziej auten­tycz­ne. Piel­grzy­mom towa­rzy­szy­ły­by może zja­wy („wyda­je mi się chwi­la­mi, że te śpie­wy kształ­tu­ją się w jakieś wid­mo­we kon­tu­ry…”), a Rey­mont musiał­by zmie­rzyć się z tym, kim sam jest w całym tym głę­bo­ko wie­rzą­cym tłu­mie: ucie­ki­nie­rem, bla­gie­rem, czło­wie­kiem gonią­cym za sła­wą, łow­cą wra­żeń, kimś, kto z jakichś powo­dów cią­gle pozo­sta­je na zewnątrz.

Ale może ocze­ku­ję zbyt wie­le? Osta­tecz­nie to tyl­ko tekst dla gaze­ty. Pisarz wyco­fu­je się więc, ogra­ni­cza prze­kaz do pozio­mu aneg­dot i wzru­szeń. Budzi się, wycho­dzi z izby, trzeź­wie­je. Widzi dwie kłó­cą­ce się pąt­nicz­ki – i oto ma już dla war­szaw­skich czy­tel­ni­ków kolej­ną soczy­stą scen­kę.

Tak więc widać w Piel­grzym­ce… sche­ma­tyzm. Widać, że pisarz boi się ducho­wo zagłę­bić w żywioł, któ­re­mu towa­rzy­szy, a inkli­na­cje do poetyc­kiej impre­syj­no­ści zastę­pu­ją mu poważ­ny namysł. Żeby lite­rac­ko nie zato­nąć, Rey­mont poży­cza cudze pomy­sły i pro­po­nu­je czy­tel­ni­kom melo­die, któ­re już zna­ją – ule­ga zatem nie tyl­ko emo­cjom oto­cze­nia, lecz tak­że ocze­ki­wa­niom odbior­ców. Mimo to pisa­rzo­wi uda­je się stwo­rzyć przy­zwo­ite dzieł­ko. Dostar­cza tekst, obja­wia swój talent. Na warsz­ta­cie ma już Kome­diant­kęFer­men­ty. Dwa lata póź­niej jego nazwi­sko na ryn­ku lite­rac­kim będzie mia­ło zupeł­nie inną wagę. Rey­mont napi­sze póź­niej kolej­ne repor­ta­że, ale żaden z nich nie będzie już zna­czył tak wie­le dla jego bio­gra­fii.

Kościoły na swoich miejscach, ludzie – nie

Nale­ży napi­sać jesz­cze kil­ka słów o pra­cy Pio­tra Pul­dzia­na Płu­cien­ni­cza­ka i jego przy­ja­ciół, Kuby Marii Mazur­kie­wi­cza oraz Jan­ka Owczar­ka, któ­rzy prze­je­cha­li na rowe­rach tra­sę tam­tej wypra­wy. Płu­cien­ni­czak napi­sał komen­tarz do tek­stu Rey­mon­ta, a pod redak­cją Mazur­kie­wi­cza powstał uzu­peł­nia­ją­cy prze­wod­nik po zie­mi łódz­kiej7. Ich pro­jekt był lokal­ny i pry­wat­ny:

Oka­za­ło się […], że Rey­mont jest z naszych stron – Gidli, Kobie­li, Lipiec – a my z jego. Wypra­wa rey­mon­tow­ska to wypra­wa rodzin­na i przy­ja­ciel­ska, podróż przez wła­sną kra­inę z wła­sny­mi ludź­mi8.

W Piel­grzym­ce… zamiast zdjęć z tra­sy znaj­du­ją się rysun­ki – szki­ce, kon­tu­ry budyn­ków, zary­sy kra­jo­bra­zów. Pul­dzian nie jest ani filo­lo­giem, ani pisa­rzem, więc jego zachwyt nad tek­stem Rey­mon­ta nie ma cha­rak­te­ru bran­żo­we­go – to raczej hołd zło­żo­ny pew­ne­mu przed­się­wzię­ciu, dzie­więt­na­sto­wiecz­ne­go „per­for­man­so­wi” o nie­wąt­pli­wie ludo­wym cha­rak­te­rze. Komen­tarz jest przez to wybiór­czy i subiek­tyw­ny, zawie­ra jed­nak spo­ro uści­śleń geo­gra­ficz­nych. Płu­cien­ni­czak zauwa­ża, że „Rey­mont regu­lar­nie myli odle­gło­ści, zapis nazw miej­sco­wo­ści albo zapo­mi­na, jak się nazy­wa­ły”. Mija­ne kościo­ły otrzy­mu­ją teraz wła­ści­we dato­wa­nie. Cza­sem kory­go­wa­ne są zbyt suro­we opi­nie pisa­rza. Autor Piel­grzym­ki… twier­dzi na przy­kład, że Przed­bórz to „bar­dzo sta­re, bar­dzo nie­chluj­ne i bar­dzo żydow­skie mia­sto”, więc Pul­dzian go kontr­uje:

Bar­dzo sta­re, wspa­nia­łe mia­stecz­ko na wzgó­rzu w zako­lu Pili­cy. Wie­ża kościo­ła z XIV wie­ku, resz­ta wie­lo­krot­nie prze­bu­do­wy­wa­na. Była tu nawet rezy­den­cja kró­lew­ska […].

Doda­je, że żydow­scy miesz­kań­cy mia­sta zosta­li wymor­do­wa­ni. Z podob­ną róż­ni­cą sta­no­wisk mamy do czy­nie­nia w przy­pad­ku opi­su Wiel­gom­ły­nów. Rey­mont:

Kościół przy­klasz­tor­ny, prze­ła­do­wa­ny ozdo­ba­mi, poczer­nia­ły, obwie­szo­ny zbu­twia­ły­mi obra­za­mi […].

Pul­dzian:

Klasz­tor pau­li­nów w Wiel­gom­ły­nach, podob­nie jak inne spo­ty­ka­ne na szla­ku ruiny, został zli­kwi­do­wa­ny przez carat po powsta­niu stycz­nio­wym. Dopie­ro w ostat­nich latach PRL i pierw­szych III RP zakon­ni­cy zaczę­li wra­cać […]

– i tak dalej.

Komen­ta­tor rzu­ca tak­że kil­ka bły­sko­tli­wych myśli – o potrze­bie napi­sa­nia histo­rii dróg albo wyko­rzy­sty­wa­nia cmen­ta­rzy (to pomysł jego przy­ja­cie­la Kuby Mazur­kie­wi­cza, kore­spon­du­ją­cy zresz­tą z jesz­cze inną książ­ką ich wydaw­nic­twa, Wzor­ni­kiem alter­na­tyw­nych sym­bo­li śmier­ci). Wyraź­nym nad­uży­ciem wyda­ją się z kolei frag­men­ty, w któ­rych Płu­cien­ni­czak przy­pi­su­je Rey­mon­to­wi autyzm. Ma ku temu napraw­dę sła­be prze­słan­ki – na karb rze­ko­me­go zabu­rze­nia zrzu­ca otę­pie­nie, na jakie skar­ży się twór­ca (zapew­ne spo­wo­do­wa­ne wyczer­pa­niem), jego bez­sen­ność, wresz­cie nie­któ­re sła­bo­ści lite­rac­kie tek­stu.

Tak czy owak na uwa­gę zasłu­gu­je sam fakt, że ktoś posta­no­wił upo­mnieć się o dzie­ło, któ­re od daw­na inte­re­so­wa­ło głów­nie polo­ni­stów. Płu­cien­ni­czak i jego współ­pra­cow­ni­cy odświe­ży­li je; zwe­ry­fi­ko­wa­li treść Piel­grzym­ki… i udo­wod­ni­li, że cią­gle jest ona inte­re­su­ją­ca – jako zapis daw­nych prak­tyk, jako opo­wieść o pery­fe­riach nowo­cze­sno­ści, jako eks­plo­zja pew­ne­go talen­tu. Na „per­for­mans” Rey­mon­ta nało­ży­li swój wła­sny, w któ­rym tak­że oni sami odro­bi­nę „nakrę­ca­ją awan­tu­rę, pod­krę­ca­ją sytu­acje, zmy­śla­ją, prze­ina­cza­ją” – ale to zupeł­nie nie szko­dzi. Waż­ne, że poja­wia się oka­zja, aby ponow­nie prze­czy­tać pewien sta­ry, a nadal fra­pu­ją­cy tekst.

„Pole­cam tury­sty­kę kra­jo­wą”, pod­su­mo­wu­je swo­je przed­się­wzię­cie Pul­dzian. Sama tak­że ją pole­cam – i korzy­stam z oka­zji, aby zare­kla­mo­wać rów­nież piel­grzym­ki.

 

1 Wszyst­kie cyta­ty z Piel­grzym­ki… oraz cyta­ty z tek­stu Pio­tra Pul­dzia­na Płu­cien­ni­cza­ka – jeśli nie wska­zu­ję ina­czej – poda­ję za oma­wia­nym wyda­niem: W. Rey­mont, Piel­grzym­ka do Jasnej Góry. Wra­że­nia i obra­zy, oprac. i ilustr. P. Pul­dzian Płu­cien­ni­czak, Dobro­szy­ce: Dar Dobry­szyc, 2024.

2 V. Tur­ner, E.L.B. Tur­ner, Obraz i piel­grzym­ka w kul­tu­rze chrze­ści­jań­skiej, tłum. E. Kle­kot, Kra­ków: Wydaw­nic­two Uni­wer­sy­te­tu Jagiel­loń­skie­go, 2009, s. 28.

3 Le prêtre nous para­is­sa­it une quasi divi­ni­té (fr.) – Ksiądz wyda­wał nam się kimś bli­skim bóstwu.

4 A. Świę­to­chow­ski, Nad uczczo­nym gro­bem, „Tygo­dnik Ilu­stro­wa­ny” 1926, nr 2. Cyt. za: M. Litwi­no­wicz-Droź­dziel, Zmia­na, któ­rej nie było. Trzy pró­by czy­ta­nia Rey­mon­ta, War­sza­wa: Neri­ton, 2019, s. 46.

5 L. Krzy­wic­ki, Do Jasnej Góry. Z powo­du Wła­dy­sła­wa Rey­mon­ta: „Piel­grzym­ka do Jasnej Góry”, „Praw­da” 1895, nr 28–30. Cyt. za: K. Wyka, Rey­mont, czy­li uciecz­ka do życia, War­sza­wa: PIW, 1979, s. 38.

6 M. Litwi­no­wicz-Droź­dziel, Zmia­na, któ­rej nie było…, s. 88.

7 Do źró­dła. Wskroś zie­mi łódz­kiej do gra­nic Jury – prze­wod­nik, red. K.M. Mazur­kie­wicz, Dobro­szy­ce: Dar Dobry­szyc, 2024.

8 P. Pul­dzian Płu­cien­ni­czak, Jak i któ­rę­dy prze­je­cha­li­śmy Rey­mon­tia­dę 2024, onli­ne: https://puldzian.net/2024/jak-i-ktoredy-przejechalismy-reymontiade-2024/ [dostęp: 21.12.2025].

Fallback Avatar

– eseistka, prozaiczka i redaktorka, autorka tekstów krytycznoliterackich.

więcej →

– polski powieściopisarz, reportażysta, nowelista.

więcej →

Powiązane teksty

13.01.2026
Recenzje

W gorsecie z emocji. Zespalanie światów według Maxa Blechera

Wierzę, że spotkanie z prozą Blechera pozostawia w nas głęboki ślad, dotykając naszych największych atawistycznych lęków – tych związanych z chorobą, samotnością, śmiercią. Równocześnie skłania nas do refleksji nad tym, jak korzystać z życia i mimo wszystko dążyć do względnego dobrostanu – o Dziełach zebranych Maxa Belchera pisze Olga Bartosiewicz-Nikolaev.