Przedziwna książeczka! Zapowiadająca talent, poruszająca jako dokument. Pod niektórymi względami przenikliwa, pod innymi – nie. Pięknie napisana, przesadnie nastrojowa. W sto trzydziestą rocznicę wędrówki Władysława Stanisława Reymonta na Jasną Górę (i z okazji stulecia przyznania mu Literackiej Nagrody Nobla) wydawnictwo Dar Dobryszyc wznowiło jego debiutancki reportaż – w małym nakładzie, ale za to z dużą pieczołowitością. Piotr Puldzian Płucienniczak, redaktor książki, wykładowca warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, pokonał z przyjaciółmi trasę, którą ponad wiek wcześniej przeszli pątnicy, a później opatrzył tekst Reymonta rysunkami i komentarzem. Swoje przedsięwzięcie wyjaśnił w posłowiu (Zstęp. Powrót z Jasnej Góry):
„Pielgrzymka…” to przewodnik i reportaż. Ale nie bezstronny zrzut faktów z „Wielkiej encyklopedii powszechnej ilustrowanej” Saturnina Sikorskiego. To reportaż gonzo, gdzie autor jest bohaterem, a nie tylko obserwatorem, gdzie autor sam nakręca awanturę, podkręca sytuacje, zmyśla, przeinacza. Liczy się tekst, który nasiąka prawdą jak onuca pątnika krwią i potem, aby na końcu drogi stać się świadectwem1.
I to chyba najbardziej mnie zainteresowało: pasja redaktorów. Skoro dawny tekst wydał się komuś tak interesujący, z pewnością należy przeczytać go jeszcze raz. Czytajmy.
Chłopi pielgrzymują bez księdza
Reymont wyruszył z wiernymi na początku maja 1894 roku. Nigdzie tego nie wspomina – zapewne z powodu cenzury – ale była to pielgrzymka zorganizowana z okazji stulecia insurekcji kościuszkowskiej. Pewnie dlatego ktokolwiek w prasie się nią w ogóle zainteresował. Pisarz szedł z konkretnym dziennikarskim zamówieniem.
Pielgrzymowanie na Jasną Górę było aktem jednocześnie archaicznym i nowoczesnym. Że archaicznym, to jasne: częstochowskie sanktuarium istnieje od XIV wieku, a ukazana przez Reymonta wędrówka ma jeszcze cechy, które antropolodzy kojarzą z epoką przednowoczesną. Chłopi idą pieszo, choć do Częstochowy wówczas równie dobrze można było podróżować koleją. Dla ludzi z miasta taka wyprawa oznacza turystykę, zwiedzanie, jest stylizacją, czasem próbą realizacji sentymentalnego marzenia o prostocie. Reymont na przykład już na pierwszej stronie informuje nas, jak się ubrał („długie buty, jakaś sędziwa okrywka, płaski kapelusz i parasol”) – dla otaczających go pątników jasnogórskich marsz jest jednak zwykłą koniecznością. Nie noszą specjalnych ubrań, większość nie ma bagaży, a często również obuwia.
Buty to w ogóle wielki temat tego reportażu: tym, którzy je mają, od początku przepowiada się ich zniszczenie. Pojawiają się Żydzi, którzy chcą je reperować. Trzewiki są oznaką, że posiada się jakiś majątek. Ludzie, którzy idą boso (większość), pod koniec wędrówki znaczą trasę krwią. Wszyscy jednak, obuci czy nie, tworzą gadatliwą i egalitarną wspólnotę, której elementy stopniowo się ujednolicają.
Jak piszą antropolodzy Victor i Edith Turnerowie, tego rodzaju pielgrzymki o średniowiecznych korzeniach mają w sobie „coś notorycznie populistycznego, anarchistycznego, a nawet antyklerykalnego”2. Rzeczywiście – polscy pątnicy, mimo że niezmiernie liczni, wędrują bez księdza. Pozostają oczywiście w symbiozie z Kościołem hierarchicznym – pod koniec XIX wieku nie ma już miejsca na spontaniczny ludowy millenaryzm. Msze dla wędrującego tłumu odprawia się czasem w mijanych kościołach, ale religijna topografia Pielgrzymki… jest o wiele bogatsza. Ważne są cmentarze – to tam czekają na pątników miejscowi, czasem pielgrzymi śpią lub wypoczywają między grobami, a modlą się przy mijanych krzyżach przydrożnych. Przewodnikami są starsi, doświadczeni mężczyźni, którzy zmieniają się w roli Starszego Brata. To oni pouczają, pilnują porządku, a jeśli trzeba, biorą się do przeprowadzania egzorcyzmów.
Polscy pątnicy zachowują się więc jak postaci z Opowieści kanterberyjskich: kłócą się, napominają, czasem próbują zarobić, często zdarzają się im także akty bezinteresownej dobroci. Wokół pątników krążą drobni przedsiębiorcy-usługodawcy, którzy dla zarobku potrafią tę trasę pokonać kilka razy w roku: można u nich wynająć wózek, który przewiezie bagaż, można coś naprawić. Chłopi chętnie korzystają z prawa do pielgrzymowania – jednego z niewielu przywilejów przysługujących im kiedyś w I Rzeczpospolitej – do legalnej ruchliwości. Idą tłumnie, ponieważ chcą i mogą. Niosą do Częstochowy swoje zmartwienia: choroby, starość, biedę.
Tyle że polscy pątnicy, idąc na Jasną Górę, niby całkowicie przednowocześni, wmaszerowują w samo jądro swojej epoki. Pobożność maryjna w XIX wieku ma się świetnie, choć jednocześnie wyraźnie zmienia się jej charakter. We Francji ciągle istnieje zwyczaj pieszego pielgrzymowania do lokalnych sanktuariów – wyprawę niemal identyczną jak nasza, choć krótszą, opisuje Joseph Malègue w Augustin ou le Maître est là (1933). Standardem stają się jednak inne, „nowoczesne” pielgrzymki. W ciągu kilku dekad na Starym Kontynencie doszło do całej serii objawień – w 1830 roku Katarzyna Labouré otrzymała wzór Cudownego Medalika, później były La Salette (1846), Lourdes (1858), a w Polce Licheń (1850) i Gietrzwałd (1877). Dwadzieścia lat po pielgrzymce Reymonta Europą miała jeszcze wstrząsnąć Fatima. Do wszystkich wspomnianych miejsc przybywają wierni. Ich wyjazdy są już jednak organizowane przez diecezje czy parafie, wszystko odbywa się pod nadzorem duszpasterzy oddelegowanych do opieki nad poszczególnymi grupami. We Francji charyzmatyczna i regulująca wszechobecność kapłanów staje się oczywistością. „Le prêtre nous paraissait une quasi divinité”3 – pisał Louis-Ferdinand Céline, streszczając dziewiętnastowieczny standard. Ksiądz odgrywa ważną rolę w powieści Lourdes Émile’a Zoli (1894). Francuscy wierni podróżują pociągami i uczestniczą w określonym programie. Także nowe centra religijne – choćby wspomniane Lourdes – doskonale pasują do epoki masowej pobożności. Pojawiają się gadżety religijne, rozwija przemysł hotelarski – i tak dalej. Wykluwa się nowoczesny katolicyzm.
„Wyrwał się z miasta”?
Właśnie na tym przecięciu – starodawności i nowoczesności, wsi i miasta – pojawia się Reymont z ołówkiem w ręku, z pochodzenia prowincjusz, ale in spe światowiec, choć na razie debiutant. Miał szczęście, że zauważył go Aleksander Świętochowski i dał mu zlecenie:
[…] zjawił się w redakcji „Prawdy” skromny młodzieniec z rękopisem nowelki. Przeczytałem ją i dostrzegłem talent oryginalnego blasku […], zachęcałem go usilnie do dalszej pracy. Z treści zaś jego powiastki zaczerpnąłem pobudkę do takiej rady: – Czy jesteś pan wierzący, czy niewierzący, złącz się jakąkolwiek kompanią idącą do Częstochowy i opisz nastrój jej uczuć4.
Reymont wydrukował już wówczas kilka opowiadań, ale debiut książkowy miał jeszcze przed sobą. Trwały obchody kościuszkowskie, badanie nastrojów tłumu wydawało się ważniejsze niż kiedykolwiek. Nowy autor był zaś wystarczająco młody, żeby bez skrupułów wysłać go na podobną wyprawę. Jego notatki ukazywały się w odcinkach w „Tygodniku Ilustrowanym”. W 1895 roku w całości opublikowało je wydawnictwo Gebethner i Wolff – był to debiut książkowy Reymonta. Ta pierwsza edycja jest podstawą omawianego tutaj wydania.
Chłopi szli wiosną, jak w dziele Geoffreya Chaucera, a nie latem, jak najczęściej pielgrzymuje się dzisiaj. To znowu cecha przednowoczesna: robiło się cieplej, ale do żniw było jeszcze daleko, więc można było wędrować. Pielgrzymi wyruszyli z podwarszawskiej (wówczas) Pragi piątego maja. Pogoda dopisywała – świeciło słońce, choć po zmierzchu było chłodno. Reymont nierzadko żali się, że w nocy zmarzł. Pielgrzymom doskwierał również brak wody; zdarzało się, że gdy przechodzili przez wsie, wyczerpywali studnie.
Trasa wiodła przez Ochotę, Raszyn, Tarczyn, Grójec, Nowe Miasto nad Pilicą, Studzianną, Wielgomłyny, Świętą Annę pod Przyrowem i wiele innych miejscowości. Jedynie częściowo biegła głównymi drogami, nigdy nie krzyżowała się z koleją. Okolica od lat podupadała. Mijane miejscowości w przeważającej mierze nie były miasteczkami, chociaż w przeszłości wiele z nich miało prawa miejskie: Tarczyn, Mogielnica (która otrzymała swoje w 1317 roku!) czy Nowe Miasto nad Pilicą. W czasie pielgrzymki większość wsi była jednak „srodze nadwerężona” i pozbawiona charakteru. W niektórych próbowano tworzyć nowe instytucje – wystarczy wspomnieć zakład leczniczy w Nowym Mieście – ale na szerszym tle zaniechania cywilizacyjnego nawet te punktowe inicjatywy wywierały przygnębiające wrażenie. Przynajmniej tak to widział Reymont:
Młody park rzadki, a drzewa sadzone na zboczu wzgórza – mizerne, o wyglądzie jak gdyby im właśnie było potrzeba hydropatii. Budowle ciężkie i bez śladu jakiego bądź piękna w liniach.
Można się nawet zastanawiać, czy autor Pielgrzymki… nie jest w swoich spostrzeżeniach zbyt krytyczny i czy nie sili się tu na jakieś wielkomiejskie zblazowanie. W okolicy pozostało wiele śladów historii, czasem tragicznej, czasem świetnej, lecz Reymont o nich milczy. Kazimierz Wyka zauważa, że trasa pielgrzymki biegła w pobliżu pola bitwy pod Raszynem, a w kościele w Studziannej znajdowały się wota Jana III Sobieskiego, który zostawił je tam, gdy szedł na Wiedeń. Dlaczego więc w reportażu oglądamy tylko karczmy i pejzaże?
Małgorzata Litwinowicz-Droździel, badaczka twórczości Reymonta, twierdzi, że powodem przemilczeń była cenzura – stąd też prawdopodobnie brak informacji o rocznicowym charakterze wydarzenia – lub obrana przez pisarza konwencja. Być może konieczność wtopienia się w tłum przekreślała szansę na uwzględnienie pewnych rzeczy w reportażu. Chłopi zapewne nie wiedzieli o wotach królewskich; wędrując, dostrzegali jedynie drogi, szynki i kościoły, znali także legendy, które pozwalały im oswoić mijany krajobraz. Reymont przytacza dwie takie opowieści, między innymi wspaniałą historię o św. Magdalenie, która w akcie pokuty usypała wzgórze niedaleko Różannej.
Jeśli jednak tak było – jeśli pisarz rzeczywiście postanowił zostać jedynie rejestratorem emocji pątników – to skąd w jego relacji fragmenty takie jak ten, skądinąd elokwentnie zabawny:
Oglądam znowu kościół i widzę, że jest z XVII stulecia, ale w XVIII był z pewnością przyprowadzony do obecnego stanu; znać to po napuszonej niesmaczności zdób. Co mnie drażni prawie w każdym prowincjonalnym kościele, a w szczególności tutaj, to rzeźby. Są okropne po prostu. Istna ciesiołka barbarzyńska, wyzłocona i polichromowana przez eunuchów sztuki. […] Cały sposób malowania efekciarski i płaski przypomina mi marionetki strojne we fraki i koronki, strojnisiów stanisławowskich malowanych przez uczniów Bacciarellego.
Zmęczony wędrowiec staje się nagle krytykiem sztuki, jak gdyby wśród słów pobożnych pieśni przypomniał sobie, że w Warszawie czeka wykształcona publiczność i że to ona jest dla niego ostatecznym punktem odniesienia.
Jeśli więc Pielgrzymka… jest reportażem gonzo, to zaledwie częściowo udanym. Wtopienie się w tłum przychodzi pisarzowi z trudem. Od samego początku Reymont czuje się tam kimś obcym. Kiedy wyrusza z Pragi, widzi wyłącznie „twarze niezliczone” i „szarzyznę pospolitości”, które wywołują w nim nudę i zniechęcenie. Sam przecież uciekł z prowincji, zrzucił z siebie ciężar dziwnego, „przychłopskiego” (określenie Wyki) pochodzenia. Boi się, że nie będzie potrafił dobrze opisać ludzi, którzy zostawiają domy i tracą zarobek, choć są bardzo ubodzy. Nie chodzi o to, że jest wojującym ateuszem, bynajmniej. W przeszłości bywał na Jasnej Górze z własnej woli, a rok wcześniej miał nawet kaprys, żeby wstąpić do paulinów (choć raczej dlatego, że zazdrościł zakonnikom spokojnego życia). Na razie ma za sobą wiele niepowodzeń. Był już krawcem, kolejarzem, aktorem, pomocnikiem spirytysty. Teraz, w 1894 roku, na rogatkach Warszawy to wszystko wydaje się przeszłością. Reymont chce być pisarzem, a takim zdarzają się wielokierunkowe porywy ducha. Jeszcze niedawno zastanawiał się, czy jego teksty kiedykolwiek będą drukowane, a przecież nareszcie idzie w teren z konkretnym zamówieniem. Czuje się już człowiekiem z miasta. To jego wybrana tożsamość, która go jednak odrobinę uwiera.
Otoczenie oczywiście to wyczuwa, traktuje go życzliwie, ale z dystansem. Pisarz uchodzi za „delikatniejszego” i niedoświadczonego. Czasem słyszy żarty na swój temat. Pisze:
Odchodzę zły na ten głupi kostium, który mnie wyodrębnia widocznie, i na tę kulturę, która tak mnie przypiłowała, że nie umiem znaleźć słowa ani pojęcia prostego i naturalnego, aby się nimi włamać do ich dusz. Próżno szukam twarzy i ubiorów innych; nic, tylko samodziały od krwistych bordo aż do piaskowych.
Ta obcość – bycie razem, ale „spoza” – umożliwia mu jednak wykonywanie świetnych szkiców socjologicznych. Reymont jest jednym z autorów, którzy piszą najlepiej, kiedy działają intuicyjnie i mogą zachować dystans. Ma oko wyczulone na pęknięcia społeczne, tymczasem wędruje po skomplikowanym świecie, pełnym staroświeckich dystynkcji:
Nieźle już odróżniam szlachtę zagonową od chłopów i od tej garstki z Pragi. Chłopi idą zawsze kupą, rozkładając się na największym słońcu i bezładnie, mają rysy grubsze, ale mniej zmęczone. Szlachta skupia się koło wozów, zajmuje ławki przy stolikach, szuka cieniów, wybiera drogi lepsze, ciszej mówi; są dyskretniejsi w różnych funkcjach i mają w twarzach, przeważnie regularnych, jakąś cichość i godność zamkniętą w sobie.
Noszą głowy wyżej i mają wygórowaną świadomość kastową.
Prascy – poszukują najpierw szynczków.
Poznaję te twarze zmięte, rysy niespokojne, spojrzenia buńczuczne. Krzyczą głośno i starają się wszędzie trzymać prym.
Albo ten fragment, jeszcze lepszy: dyskusja chłopa ze szlachcicem zagonowym, w której sprawa godności stanowej boleśnie przegrywa z praktycznością i majętnością chłopstwa. „Honor” i „delikatność” nie mogą tego zasłonić:
[…] myjąc się, słucham rozmowy dwóch braci siedzących za mną. Jeden z nich powiada:
– Na gruszki się ma, to zboża nie będzie.
– Brat z daleka? – pyta drugi.
– Nie, zaraz spode Warszawy.
– I w butach całą drogę?
– A całą.
– Toż szkoda, braciszku.
– Cóż to, buta będę żałować, a nóg nie! To ino szlachta boso idzie; nas stać jeszcze na obucie, chocieśma chłopy – mówi uszczypliwie.
– To i cóż, toż my i tak szlachta ze szlachty, a ty, bracie, chłop, to i cham.
– Taki szlachcic, co gołkiem i piechty chodzi, to u mnie stoi grosz.
– I pieszo i boso, a zawsze, mój bracie, co szlachcic, to szlachcic. U mnie, bracie, i obejście
i delikatność, i honor swój jest, a ty, bracie, gliniany, gruby człowiek jesteś.
Z czasem jednak – w miarę jak postępuje zmęczenie, po kilku nocach w przypadkowym towarzystwie, czasem damskim – dystans między pisarzem a jego otoczeniem się zmniejsza. Reymont rejestruje pojawienie się czegoś, co dopiero zaczyna być wtedy przedmiotem zainteresowania nauk społecznych – zauważa powstawanie masy, grupy, bytu zbiorowego, który jest czymś więcej niż suma składających się nań jednostek. Dostrzegł to już Ludwik Krzywicki: „Oglądamy, jak tworzy się jaźń zbiorowa, nie chwilowa, lecz długotrwałości tygodniowej […], rodząca się na podkładzie tradycji”5.
Notatkom Reymonta brakuje jednak gruntu intelektualnego. Autor jedynie zapisuje emocje, w których zresztą chętnie się zatraca:
Piana tej pieśni i serdeczność dźwięków, i te odurzające wonie kwiatów, i tyle uczuć tętniących w tłumie – bije w moje serce i przenika je ekstazą. Nowy dreszcz, nowy i potężny.
Gdzie indziej zapisuje:
Milkły indywidualności i zlewały się z sobą. Nie było już znać szlachty, chłopów, mieszczan, kobiet ani mężczyzn, wszystko spływało się w tej jednej rozpalonej do białości fali religijnego uniesienia.
Autor Pielgrzymki… staje się częścią wędrującej communitas, wyrazicielem mistyki tłumu – ale przecież nawet wtedy szuka dla siebie wentyli w postaci kwaśnych komentarzy o architekturze albo ironicznych puent („Łapię się na sentymentalizmie i mówię już trzeźwo. Basta”). Nie da się odeprzeć wrażenia, że harmonizowanie z nastrojami otoczenia jest dla pisarza doświadczeniem przyjemnie absorbującym, ale nieprzemieniającym, rodzajem emocjonalnej używki. Zauważa to z pewnym przekąsem także Małgorzata Litwinowicz-Droździel. Badaczka przypomina, że kolejny po relacji z pielgrzymki tekst Reymonta w „Tygodniku Ilustrowanym” dotyczył opium. „Przez chwilę wydawało mi się to nawet egzotyczne […] – komentuje. – Zmiana tematu jest jednak pozorna”6.
Czy „Pielgrzymka…” to wybitny tekst?
Nie do końca. To zaledwie wprawka kogoś, kto dopiero nabiera mocy pisarskiej. Reymont wcale nie ma pewności, co właściwie chce napisać. Reportaż to gatunek wówczas raczkujący; Pielgrzymka… jest jednym z pierwszych polskich tekstów tego rodzaju. Pisarz stara się więc zapanować nad materią, w której pracuje, ale robi to po omacku. Chce stopić się z ludem, a równocześnie tego unika. Informacji o mijanych miejscach podaje niewiele; zaledwie rejestruje swoje kolejne czynności, rozmowy, picie kawy, szukanie noclegu. Wybiórczo notuje anegdoty, przedstawia scenki rodzajowe, zapisuje legendy. Opisy przyrody są tu zwykle pierwszorzędne, czasem ocierają się o symbolizm. To dobrze napisany tekst, zapewnił autorowi sukces, a sama nie zamierzam odmawiać twórcy talentu – ale przecież Pielgrzymka… ma także słabości. Szczególnie widoczne są one wówczas, kiedy pisarz wyławia z tłumu swoich bohaterów – ludzi kilkakrotnie spotykanych w trasie, często wędrujących obok Reymonta. Problem w tym, że oni w ogóle nie są interesujący, ponadto zostali opisani według pożyczonych schematów. Spotkany kilka razy gruźlik Antoś, który wrócił z Brazylii, podkolorowany jest nieznośnymi sentymentalnymi barwami – wzruszają go kwiaty („Tak lubię, że jak się dotknę kwiatka, to mi się aż słabo robi”, mówi). Nie wydaje się mężczyzną, który zdążył przedsięwziąć daleką podróż. Postać ponadstuletniej pątniczki, która przeżyła całą rodzinę i jedzie błagać Najświętszą Marię Pannę o prawo odejścia do swoich, została chyba skrojona według schematów z Dziadów – powinna budzić współczucie, ale tego nie robi. „Trzy woale” – tajemnicze kobiety z miasta – to jakieś widma z dzieł Juliusza Słowackiego albo Antoniego Malczewskiego, które jednak ani na chwilę nie nabierają osobowości. Otrzymują jedynie pseudonimy, które mają nadać im pozór głębi: Melancholia, Sprzeczność i Zaduma. Z kolei przedstawienie spotkanego w klasztorze w Nowym Mieście ojca Prokopa (Jana Tomasza Leszczyńskiego), kapucyna, skądinąd mariologa, człowieka na tyle znanego, że wspomnienie pośmiertne napisał o nim bł. Honorat Koźmiński, w Pielgrzymce… wydaje się słabym ćwiczeniem z dostojewszczyzny. To przecież Zosima rozpisany na dwie kartki – prowincjonalny mędrzec, który najpierw zadaje Reymontowi pytanie o jakąś książkę z legendami, a później rzuca kilka słów o wartości cierpienia.
Z pewnością dużo większe wrażenie robią sceny „łapane w locie”, niewłączone w żaden program narracyjny – cytowana wyżej dyskusja chłopa ze szlachcicem albo wzmianka o działalności żebraków ze Studziannej:
Naliczyłem 32 ślepych, kulawych, niemych, pokręconych. Widzę po sposobie wyciągania rąk i pokazywania swego kalectwa, że to starzy zawodowcy. Żebrzą niesłychanymi głosami, gną się, płaszczą, jęczą choćby o grosik u „siostrzyczków” i braci pobożnych, a każdy z nich woła, że jest najnieszczęśliwszy. Kopalnia typów, ruchów, rżeń, bród, jęków, spojrzeń apostolskich a wyrazów twarzy łotrowskich, cały śmietnik dusz ohydnych, bo czuć z daleka, poza tą maskaradą żebractwa, cynizm wstrętny i obłudę specjalistów. Tylko jeden z całej tej brudnej zgrai wydaje mi się innym. Jest naprawdę ślepy, a śpiewa bez przestanku, a obok siedząca baba wtóruje mu falsetem. […]
Ludzi wychodzi z kościoła coraz mniej […]. Umilkł i zaczęli liczyć pieniądze.
– Rubel ino. Na psa taki zarobek. Łachmytki jedne, idzie to na odpust przez grosza, kiej dziady.
Splunął pogardliwie, wyjął tabakierę i rzekł:
– Zażyj, babo, spracowałaś się sielnie.
W ogóle wszystkie „mądrościowe” momenty – tam, gdzie Reymont stara się zarejestrować pobożność pątników albo wzruszać publiczność ich postawą – trącą banałem. Spraw prawdziwie i głęboko religijnych w tym reportażu nie ma, choć niby cały dotyczy on religii. Wiara jest tutaj oglądana z zewnątrz, składa się z emocji i pieśni. Wydaje się ograniczona do brewiarzyków, śpiewów i bezradności, która każe biedakom rzucić wszystko i poszukiwać cudów. A przecież religijność ludzi tego rodzaju nie musiała być płytka – przeciwnie, zapewne była twarda, stoicka, a jedynie otwarta na cudowność. Taką widać w nieco późniejszej powieści Malègue’a (ale nie we wspomnianej książce Zoli).
Tekstowi Reymonta dolega polska rzewność. Można ją oczywiście wyjaśnić okolicznościami, trwającymi zaborami, rocznicą i tak dalej, tyle że w poważnej literaturze wzruszeniowość jest słabością. Już w tej pierwszej książeczce widać natomiast, co stanie się siłą tego pisarstwa: socjologiczne detale, sceny, w których wyraża się naturalny ludzki cynizm, czasem okrucieństwo – oraz opisy przyrody. Poza tym w Pielgrzymce… są frapujące zdania, fragmenty jakiejś innej, oryginalnej literatury, która ostatecznie jednak się tu nie rozwija:
Leżałem na słomie w izbie kościelnego, przymykałem oczy, ale na próżno. Orgie świateł, barw, dźwięków, akcenty płaczów przelewały mi się przez mózg w konturach jak mgły ruchomych i swoją zgiełkliwością pokrywały jakąś ciemną robotę, która się przędła gdzieś pod linią świadomości.
Zmęczony pisarz czuje, jak doświadczenia zaczynają rosnąć i fermentować w jego głowie. Gdyby im pozwolił, gdyby jego wrażliwość wyprzęgła się choć na chwilę z obowiązującej go oficjalnej tkliwości, powstałoby może dzieło fascynujące i bardziej autentyczne. Pielgrzymom towarzyszyłyby może zjawy („wydaje mi się chwilami, że te śpiewy kształtują się w jakieś widmowe kontury…”), a Reymont musiałby zmierzyć się z tym, kim sam jest w całym tym głęboko wierzącym tłumie: uciekinierem, blagierem, człowiekiem goniącym za sławą, łowcą wrażeń, kimś, kto z jakichś powodów ciągle pozostaje na zewnątrz.
Ale może oczekuję zbyt wiele? Ostatecznie to tylko tekst dla gazety. Pisarz wycofuje się więc, ogranicza przekaz do poziomu anegdot i wzruszeń. Budzi się, wychodzi z izby, trzeźwieje. Widzi dwie kłócące się pątniczki – i oto ma już dla warszawskich czytelników kolejną soczystą scenkę.
Tak więc widać w Pielgrzymce… schematyzm. Widać, że pisarz boi się duchowo zagłębić w żywioł, któremu towarzyszy, a inklinacje do poetyckiej impresyjności zastępują mu poważny namysł. Żeby literacko nie zatonąć, Reymont pożycza cudze pomysły i proponuje czytelnikom melodie, które już znają – ulega zatem nie tylko emocjom otoczenia, lecz także oczekiwaniom odbiorców. Mimo to pisarzowi udaje się stworzyć przyzwoite dziełko. Dostarcza tekst, objawia swój talent. Na warsztacie ma już Komediantkę i Fermenty. Dwa lata później jego nazwisko na rynku literackim będzie miało zupełnie inną wagę. Reymont napisze później kolejne reportaże, ale żaden z nich nie będzie już znaczył tak wiele dla jego biografii.
Kościoły na swoich miejscach, ludzie – nie
Należy napisać jeszcze kilka słów o pracy Piotra Puldziana Płucienniczaka i jego przyjaciół, Kuby Marii Mazurkiewicza oraz Janka Owczarka, którzy przejechali na rowerach trasę tamtej wyprawy. Płucienniczak napisał komentarz do tekstu Reymonta, a pod redakcją Mazurkiewicza powstał uzupełniający przewodnik po ziemi łódzkiej7. Ich projekt był lokalny i prywatny:
Okazało się […], że Reymont jest z naszych stron – Gidli, Kobieli, Lipiec – a my z jego. Wyprawa reymontowska to wyprawa rodzinna i przyjacielska, podróż przez własną krainę z własnymi ludźmi8.
W Pielgrzymce… zamiast zdjęć z trasy znajdują się rysunki – szkice, kontury budynków, zarysy krajobrazów. Puldzian nie jest ani filologiem, ani pisarzem, więc jego zachwyt nad tekstem Reymonta nie ma charakteru branżowego – to raczej hołd złożony pewnemu przedsięwzięciu, dziewiętnastowiecznego „performansowi” o niewątpliwie ludowym charakterze. Komentarz jest przez to wybiórczy i subiektywny, zawiera jednak sporo uściśleń geograficznych. Płucienniczak zauważa, że „Reymont regularnie myli odległości, zapis nazw miejscowości albo zapomina, jak się nazywały”. Mijane kościoły otrzymują teraz właściwe datowanie. Czasem korygowane są zbyt surowe opinie pisarza. Autor Pielgrzymki… twierdzi na przykład, że Przedbórz to „bardzo stare, bardzo niechlujne i bardzo żydowskie miasto”, więc Puldzian go kontruje:
Bardzo stare, wspaniałe miasteczko na wzgórzu w zakolu Pilicy. Wieża kościoła z XIV wieku, reszta wielokrotnie przebudowywana. Była tu nawet rezydencja królewska […].
Dodaje, że żydowscy mieszkańcy miasta zostali wymordowani. Z podobną różnicą stanowisk mamy do czynienia w przypadku opisu Wielgomłynów. Reymont:
Kościół przyklasztorny, przeładowany ozdobami, poczerniały, obwieszony zbutwiałymi obrazami […].
Puldzian:
Klasztor paulinów w Wielgomłynach, podobnie jak inne spotykane na szlaku ruiny, został zlikwidowany przez carat po powstaniu styczniowym. Dopiero w ostatnich latach PRL i pierwszych III RP zakonnicy zaczęli wracać […]
– i tak dalej.
Komentator rzuca także kilka błyskotliwych myśli – o potrzebie napisania historii dróg albo wykorzystywania cmentarzy (to pomysł jego przyjaciela Kuby Mazurkiewicza, korespondujący zresztą z jeszcze inną książką ich wydawnictwa, Wzornikiem alternatywnych symboli śmierci). Wyraźnym nadużyciem wydają się z kolei fragmenty, w których Płucienniczak przypisuje Reymontowi autyzm. Ma ku temu naprawdę słabe przesłanki – na karb rzekomego zaburzenia zrzuca otępienie, na jakie skarży się twórca (zapewne spowodowane wyczerpaniem), jego bezsenność, wreszcie niektóre słabości literackie tekstu.
Tak czy owak na uwagę zasługuje sam fakt, że ktoś postanowił upomnieć się o dzieło, które od dawna interesowało głównie polonistów. Płucienniczak i jego współpracownicy odświeżyli je; zweryfikowali treść Pielgrzymki… i udowodnili, że ciągle jest ona interesująca – jako zapis dawnych praktyk, jako opowieść o peryferiach nowoczesności, jako eksplozja pewnego talentu. Na „performans” Reymonta nałożyli swój własny, w którym także oni sami odrobinę „nakręcają awanturę, podkręcają sytuacje, zmyślają, przeinaczają” – ale to zupełnie nie szkodzi. Ważne, że pojawia się okazja, aby ponownie przeczytać pewien stary, a nadal frapujący tekst.
„Polecam turystykę krajową”, podsumowuje swoje przedsięwzięcie Puldzian. Sama także ją polecam – i korzystam z okazji, aby zareklamować również pielgrzymki.
1 Wszystkie cytaty z Pielgrzymki… oraz cytaty z tekstu Piotra Puldziana Płucienniczaka – jeśli nie wskazuję inaczej – podaję za omawianym wydaniem: W. Reymont, Pielgrzymka do Jasnej Góry. Wrażenia i obrazy, oprac. i ilustr. P. Puldzian Płucienniczak, Dobroszyce: Dar Dobryszyc, 2024.
2 V. Turner, E.L.B. Turner, Obraz i pielgrzymka w kulturze chrześcijańskiej, tłum. E. Klekot, Kraków: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2009, s. 28.
3 Le prêtre nous paraissait une quasi divinité (fr.) – Ksiądz wydawał nam się kimś bliskim bóstwu.
4 A. Świętochowski, Nad uczczonym grobem, „Tygodnik Ilustrowany” 1926, nr 2. Cyt. za: M. Litwinowicz-Droździel, Zmiana, której nie było. Trzy próby czytania Reymonta, Warszawa: Neriton, 2019, s. 46.
5 L. Krzywicki, Do Jasnej Góry. Z powodu Władysława Reymonta: „Pielgrzymka do Jasnej Góry”, „Prawda” 1895, nr 28–30. Cyt. za: K. Wyka, Reymont, czyli ucieczka do życia, Warszawa: PIW, 1979, s. 38.
6 M. Litwinowicz-Droździel, Zmiana, której nie było…, s. 88.
7 Do źródła. Wskroś ziemi łódzkiej do granic Jury – przewodnik, red. K.M. Mazurkiewicz, Dobroszyce: Dar Dobryszyc, 2024.
8 P. Puldzian Płucienniczak, Jak i którędy przejechaliśmy Reymontiadę 2024, online: https://puldzian.net/2024/jak-i-ktoredy-przejechalismy-reymontiade-2024/ [dostęp: 21.12.2025].
