Podawać w wątpliwość własne łzy

Co teraz, panie Bertolcie?

Na począ­tek wyzna­nie: piszę ten tekst jako oso­ba, któ­ra wzru­sza się na wszyst­kim. Nie­sły­cha­nie łatwo pod­da­ję się trig­ge­rom emo­cjo­nal­nym. Ostat­nio popła­ka­łam się na fina­ło­wym odcin­ku net­fli­xo­we­go show z mło­dy­mi rape­ra­mi Nowe Roz­da­nie: Rhy­thm + Flow Pol­ska i to chy­ba nie jest naj­bar­dziej eks­tre­mal­ny przy­pa­dek mojej reak­cji emo­cjo­nal­nej na jakiś tekst kul­tu­ry. Jestem ide­al­ną naiw­ną odbior­czy­nią więk­szo­ści nar­ra­cyj­nych socjo­tech­nik – dla­te­go moja rela­cja z kate­go­ria­mi emo­cji i empa­tii w kry­ty­ce jest tak trud­na. Dacie mi do ręki roman­ta­sy? Będę pod­nie­co­na. Dacie holo­po­lo? Będę wzru­szo­na. Dacie hor­ror opar­ty na naj­bar­dziej utar­tych kli­szach? Nie będę mogła spać przez trzy dni. Czy to zna­czy, że te tek­sty są dobre? Nie­ko­niecz­nie. Czy zna­czy, że dzia­ła­ją? O tak.

W przy­pad­ku gatun­ko­wej fik­cji kry­tycz­ne roz­mon­to­wa­nie tego, co tekst z nami robi, nie jest szcze­gól­nie trud­ne. To, że z wypie­ka­mi na twa­rzy prze­czy­ta­łam Fourth Wing Rebec­ki Yar­ros, nie zmie­nia fak­tu, że widzę jak na dło­ni naiw­ną wizję poli­ty­ki, jaką autor­ka pró­bu­je mi sprze­dać w swo­jej powie­ści, a tak­że to, jak dale­ce świat przed­sta­wio­ny jest chwiej­ny w struk­tu­rze. Mam jed­nak z tyłu gło­wy fakt, że świa­to­twór­stwo dla Yar­ros jest głów­nie prze­dłu­że­niem i budo­wa­niem kon­tek­stu dla roz­cią­gnię­tej fan­ta­zji ero­tycz­nej – i myślę sobie, że to jest okej. Dopó­ki naiw­na wizja poli­tycz­na słu­ży pod­nie­ce­niu, a nie na odwrót (ktoś łowi nas na węd­kę pod­nie­ce­nia, żeby nas prze­ko­nać do naiw­nej wizji poli­tycz­nej), to zasad­ni­czo wszyst­ko jest w porząd­ku, pozo­sta­je­my w dość nie­win­nym kon­tek­ście. Fan­ta­zje rzą­dzą się swo­imi pra­wa­mi i musi­my to zaak­cep­to­wać, żeby nie zwa­rio­wać. Wrzu­ca­nie wszyst­kie­go w dys­kurs szko­dli­wo­ści para­li­żu­je naszą radość ze swo­bod­nej roz­ryw­ki. Jeśli więc ktoś powie mi, że Fourth Wing to dobra książ­ka, nie będę z tą oso­bą wcho­dzi­ła w kry­tycz­no­li­te­rac­ki spór, dopó­ki będzie­my roz­ma­wia­li wyłącz­nie o aspek­cie ero­tycz­nym. Jeśli zmie­ni się to w dys­ku­sję o poli­ty­ce (jeśli znaj­dzie się choć jeden czy­tel­nik, któ­ry pochła­nia Fourth Wing, żeby na tej pod­sta­wie prze­my­śleć sobie na przy­kład dys­kurs anty­uchodź­czy) – boy, oh boy, wte­dy ktoś będzie musiał mnie trzy­mać.

Zda­je się zresz­tą, że to, o czym opo­wia­dam, nie jest aneg­do­tą, ale ilu­stra­cją sze­rzej roz­po­zna­nej zasa­dy. Jed­nym z gło­sów w trwa­ją­cej od 2018 roku (czy­li od pol­skie­go wyda­nia Tatu­aży­sty z Auschwitz Heather Mor­ris) dys­ku­sji o holo­kau­sto­wym kiczu był ten zabra­ny przez Jana Boro­wi­cza, kul­tu­ro­znaw­cę i psy­cho­te­ra­peu­tę, człon­ka Zespo­łu Badań Pamię­ci o Zagła­dzie Insty­tu­tu Kul­tu­ry Pol­skiej na Uni­wer­sy­te­cie War­szaw­skim. W wywia­dzie prze­pro­wa­dzo­nym przez Woj­cie­cha Szo­ta1 badacz zapy­ta­ny o to, co naj­bar­dziej zasko­czy­ło go w tek­stach przy­na­le­żą­cych do tak zwa­ne­go holo­po­lo, odparł: „że jed­nak wzru­sza. Nawet jak się nie chce, jak się wie, że to wszyst­ko jest nasta­wio­ne na to, by wyci­snąć z nas łzę, to trud­no unik­nąć wzru­sze­nia”.

Mimo tego, że książ­ki z gatun­ku holo­po­lo ewi­dent­nie dzia­ła­ją (czy­li wywo­łu­ją taką reak­cję, jaką mia­ły wywo­łać), kry­ty­ka nie mia­ła raczej wąt­pli­wo­ści, jak je war­to­ścio­wać2. Tu bowiem spra­wa była jasna: wywo­ły­wa­ne przez te nar­ra­cje wzru­sze­nie zaciem­nia praw­dzi­wy obraz rze­czy­wi­sto­ści. Holo­kau­sto­wy kicz kar­mi się naszy­mi emo­cja­mi, żeby sprze­dać nam naiw­ne baj­ki o tym, że dobro zawsze zwy­cię­ża. Przez popeł­nia­nie masy fak­to­gra­ficz­nych błę­dów auto­rzy tego nur­tu zakła­mu­ją obraz histo­rii i odda­la­ją wszyst­kie naj­trud­niej­sze pyta­nia o Zagła­dę. A w takiej sytu­acji emo­cjo­nal­ne oddzia­ły­wa­nie tek­stu sta­je się pro­ble­mem dla kry­ty­ki. Owszem, powieść wzru­sza – ale wła­śnie dla­te­go jest nie­bez­piecz­na. W tym wzru­sze­niu prze­my­ca nam bowiem wiel­ce pro­ble­ma­tycz­ne wnio­ski etycz­ne i histo­rycz­ne. A my, zapła­ka­ni, mamy opusz­czo­ną gar­dę. Trud­niej nam z tymi wnio­ska­mi dys­ku­to­wać.

Jeśli ktoś zapy­ta, czy napraw­dę róż­ni­ca mię­dzy naiw­nym obra­zem woj­ny i poli­ty­ki z Fourth Wing a cukier­ko­wą wizją obo­zu kon­cen­tra­cyj­ne­go z Tatu­aży­sty z Auschwitz jest tak kon­sty­tu­tyw­na, jak ją przed­sta­wiam – odpo­wiem, że tak. Cho­ciaż w jed­nym i dru­gim przy­pad­ku obraz tak zwa­nej wiel­kiej histo­rii jest jedy­nie tłem dla roman­so­wej opo­wie­ści, to przy­zna­nie tego jest intu­icyj­ne i dopusz­czal­ne wyłącz­nie w tym pierw­szym przy­pad­ku. Opar­cie fabu­ły na praw­dzi­wym, donio­słym wyda­rze­niu histo­rycz­nym auto­ma­tycz­nie usta­wia oczy­wi­ście sam cię­żar, ale rów­nież ambi­cje tek­stu. A gdy powieść nie potra­fi podo­łać tym ambi­cjom, moż­na (i nale­ży) ją z tego roz­li­czać. Stąd cała dys­ku­sja o holo­po­lo.

Sło­wem: w przy­pad­ku emo­cji i współ­od­czu­wa­nia w lite­ra­tu­rze war­to w pierw­szej kolej­no­ści sku­piać się na celu. Co dana książ­ka pró­bu­je powie­dzieć o świe­cie? Dla­cze­go powsta­ła? O co w niej cho­dzi? Dopie­ro odpo­wiedź na te pyta­nia pozwa­la nam zasta­no­wić się nad tym, czy to dobrze, czy źle, że oddzia­łu­je na nas emo­cjo­nal­nie lub pozo­sta­wia nas obo­jęt­ny­mi.

To oczy­wi­ście kom­pli­ku­je pra­cę nad tek­stem kry­tycz­nym i trud­no z tych kom­pli­ka­cji się wyplą­tać. Nawet jeśli ma się do tego inte­lek­tu­al­ne pod­sta­wy. Bo praw­da jest taka, że naj­chęt­niej zamknę­ła­bym ten temat, odsy­ła­jąc do Brech­tow­skie­go wyob­co­wa­nia. Zade­kre­to­wa­ła­bym: tekst nie powi­nien nas wzru­szać – powi­nien nam naka­zy­wać zdy­stan­so­wa­nie się od wła­sne­go ładun­ku emo­cjo­nal­ne­go. Powi­nien podzie­lić publicz­ność, anty­em­pa­tycz­nie kazać jej się zasta­no­wić nad struk­tu­ral­ny­mi uwa­run­ko­wa­nia­mi tego, co tak łatwo domknąć za pomo­cą kata­rak­tycz­nej łzy spły­wa­ją­cej po policz­ku. Mam w sobie kry­tycz­no­li­te­rac­kie­go wil­ka, któ­ry chce się pod tym pod­pi­sać wszyst­ki­mi czte­re­ma koń­czy­na­mi – chce szka­lo­wać wzru­sze­nie i odci­nać się od nie­go twar­dym poli­tycz­nym gestem. W koń­cu co nam po emo­cjo­nal­nej reak­cji na tekst, sko­ro „kie­dy wyzy­ski­wa­cze się śmie­ją, wyzy­ski­wa­ni pła­czą”3.

Jest jed­nak we mnie dru­gi wilk. Wła­śnie ten wilk potra­fi się popła­kać ze wzru­sze­nia, gdy czy­ta Brech­ta. I co teraz, panie Ber­tol­cie? Co pan ze mną zro­bi?

Przypadek pierwszy: jak to nie wzrusza, kiedy ma wzruszać?

Pisa­rze są ludź­mi. A to istot­na prze­szko­da dla kry­ty­ki lite­rac­kiej, któ­rej dla dobra inter­pre­ta­cji nie powin­ny zanad­to inte­re­so­wać byty poza­tek­sto­we. Tak więc pisa­rze, jak to z ludź­mi bywa, róż­nie kon­cep­tu­ali­zu­ją sobie swo­je pisa­nie. Nie zawsze sia­da­jąc przed pustym pli­kiem tek­sto­wym, mają na wzglę­dzie roz­wój lite­ra­tu­ry. Cza­sem przez twór­czość chcą sobie po pro­stu coś odbić. Cza­sem się nudzą. Cza­sem chcą się zaba­wić. Nie­któ­rzy praw­do­po­dob­nie pró­bu­ją sobie w pro­ce­sie pisa­nia coś prze­my­śleć, poukła­dać w gło­wie.

Te wewnętrz­ne moty­wa­cje w więk­szo­ści przy­pad­ków nie obcho­dzą czy­tel­ni­ków ani kry­ty­ków. Zazwy­czaj nie docie­kam, czy mój ulu­bio­ny autor siadł do pisa­nia swo­je­go ostat­nie­go utwo­ru z potrze­by ser­ca i rozu­mu, czy może w wyni­ku cynicz­nej kal­ku­la­cji, że wyda­nie książ­ki w tym roku i przy takich, a nie innych skła­dach juror­skich w kapi­tu­łach naj­waż­niej­szych nagród lite­rac­kich może mu się aku­rat opła­cić. Jeśli napi­sał dobre, cie­ka­we, war­to­ścio­we dzie­ło, to nie inte­re­su­je mnie, o czym fan­ta­zjo­wał, kie­dy kle­pał w kla­wia­tu­rę. Liczy się efekt koń­co­wy.

Jako czy­tel­ni­cy i komen­ta­to­rzy się­ga­my do moty­wa­cji zazwy­czaj dopie­ro wte­dy, gdy widzi­my coś nie­po­ko­ją­ce­go w samej książ­ce. Gdy podej­rze­wa­my, że te moty­wa­cje mogą nam uza­sad­nić (uspra­wie­dli­wić?) osta­tecz­ny efekt arty­stycz­ny. Wów­czas dzie­ło zaczy­na nam się jawić nie jako samo­dziel­na całość, ale jako symp­tom sta­nu wewnętrz­ne­go auto­ra. Jeśli ów autor jest debiu­tan­tem, to książ­kę-symp­tom zazwy­czaj roz­li­czy­my skru­pu­lat­nie z jej naiw­no­ści (przy­pa­dek Alek­san­dry Pakie­ły). Jeśli zaś autor jest uzna­nym pisa­rzem, do któ­re­go mamy zaufa­nie i któ­re­go warsz­tat ceni­my – grunt oka­że się być bar­dziej grzą­ski. Zacznie­my wyry­wać sobie wło­sy z gło­wy, pyta­jąc: Dla­cze­go? Dla­cze­go ktoś to wydał? Dla­cze­go w pro­ce­sie redak­cji, skła­da­nia i publi­ka­cji nie zna­la­zła się przy tym uzna­nym pisa­rzu bli­ska oso­ba, któ­ra poło­ży­ła­by mu rękę na ramie­niu i powie­dzia­ła: Kocha­ny, czy jesteś pewien, że to dobry pomysł?

Żału­je­my, że żad­na uczyn­na dłoń nie wyko­na­ła tego dys­kret­ne­go gestu, ponie­waż w efek­cie mamy przed sobą złą książ­kę i domy­śla­my się, cze­go jest symp­to­mem. A kry­ty­cy lite­rac­cy rów­nież są ludź­mi. Co sta­no­wi istot­ną prze­szko­dę dla kry­ty­ki lite­rac­kiej, bo w tego rodza­ju sytu­acjach trze­ba wybie­rać mię­dzy byciem empa­tycz­ną oso­bą a trzy­ma­niem się wła­sne­go kry­tycz­no­li­te­rac­kie­go eto­su, z całym baga­żem klau­zu­li sumie­nia impli­ku­ją­cej szcze­rość. Ale jak to brzmi: napi­sać w tek­ście kry­tycz­nym, że wyda­na w 2013 roku książ­ka Krzysz­to­fa Jawor­skie­go Do szpi­ku kości jest pora­ża­ją­co zła? Jeśli ta książ­ka to świa­dec­two i wynik prze­cho­dze­nia lecze­nia onko­lo­gicz­ne­go, jeśli odbi­ja cier­pie­nie auto­ra, jeśli poka­zu­je jego mie­rze­nie się z tym, co nie­zmier­nie trud­ne? Czy moż­na potem spoj­rzeć w lustro bez wsty­du? Jeśli zawo­do­wo zaj­mie­my się roz­li­cza­niem książ­ki-symp­to­mu-trau­my z tego, że ma zbyt doci­śnię­te puen­ty, że nie­udol­nie pró­bu­je się w niej zagłu­szać patos suchy­mi żar­ta­mi? Wresz­cie: że nie mówi nam nic odkryw­cze­go o tym cier­pie­niu? Że jej jedy­ną funk­cją zda­je się ulże­nie auto­ro­wi? I że my wszy­scy, jako czy­tel­ni­cy i jako kry­ty­cy, świad­ku­je­my temu publicz­ne­mu pro­ce­so­wi arte­te­ra­peu­tycz­ne­mu? A może wca­le nie chcie­li­by­śmy tego robić, ale nie wie­my, jak na to wszyst­ko zare­ago­wać? Bo ktoś nam tu zało­żył – chcą­cy czy nie­chcą­cy, nie­waż­ne – emo­cjo­nal­ne­go nel­so­na. Tkwi­my w bez­ru­chu i nie wie­my, co z tym zro­bić. Prze­cież z cier­pie­niem się nie dys­ku­tu­je. Tym bar­dziej z cier­pie­niem, któ­re autor w krę­pu­ją­cy spo­sób pró­bu­je przy­sła­niać iro­nicz­nym dystan­sem. Jak dys­ku­to­wać z czymś, co wyda­je się nie tyle lite­ra­tu­rą, ile raczej stra­te­gią prze­trwa­nia trud­ne­go okre­su?

Podob­ny pro­blem stwa­rza ostat­ni tom poetyc­ki Mał­go­rza­ty Leb­dy Dunaj. Chy­łe pola. To książ­ka napi­sa­na przez autor­kę z ogrom­nym doświad­cze­niem i porząd­nym warsz­ta­tem poetyc­kim, czę­ścio­wo kon­ty­nu­ują­ca wąt­ki z jej wcze­śniej­szej twór­czo­ści. Mimo to jest w niej znacz­nie mniej kon­tro­li lite­rac­kiej, dużo wię­cej dosłow­no­ści – i to takiej, któ­ra przy­tła­cza czy­tel­ni­ka. Ponie­waż pod­czas lek­tu­ry moż­na się tro­chę zakło­po­tać. Ale do gło­wy znów przy­cho­dzą te same pyta­nia. Czy to wypa­da – podob­nie jak w przy­pad­ku książ­ki Jawor­skie­go – być zakło­po­ta­ną opi­sem tak strasz­nych oso­bi­stych prze­żyć jak utra­ta bli­skich? Czy wol­no wkła­dać je pod lupę i oce­niać ich este­tycz­ną udat­ność?

A jed­nak kie­dy bio­rę do ręki tom poetyc­ki, zakła­dam, że ma on być este­tycz­ną cało­ścią. I nie zdo­łam selek­tyw­nie wyłą­czyć swo­jej świa­do­mo­ści este­tycz­nej w trak­cie lek­tu­ry. Prze­cież widzę, jak na dło­ni, że w Duna­ju… to, w czym zwy­kle roz­po­zna­ję śro­dek sty­li­stycz­ny, nagle jawi mi się jako psy­cho­lo­gicz­ny mecha­nizm obron­ny. Każ­dy inter­tekst w tym tomie jest moc­no docią­żo­ną sym­bo­licz­nie kal­ką odbi­ja­ją­cą smu­tek żało­by – a ta kal­ko­wość nie komen­tu­je się w żaden spo­sób, nie zosta­je ste­ma­ty­zo­wa­na czy uży­ta na potrze­by książ­ki. Każ­de reli­gij­ne nawią­za­nie ma w bole­śnie oczy­wi­sty spo­sób pod­kre­ślić te staw­ki i tema­ty, któ­re dużo sub­tel­niej uchwy­co­ne zosta­ły w poprzed­nich tomach autor­ki – a tu są doci­śnię­te, naj­praw­do­po­dob­niej ze wzglę­du na oso­bi­ste emo­cje, któ­rych ema­na­cją są wła­śnie te poetyc­kie obra­zy. Nie mogę prze­stać myśleć o Duna­ju… jako o symp­to­mie sta­nu poet­ki – i nie wyda­je mi się, żeby pro­blem tkwił we mnie. W koń­cu nawet Patryk Szaj – kry­tyk nie­zmier­nie uważ­nie i entu­zja­stycz­nie towa­rzy­szą­cy kolej­nym publi­ka­cjom Leb­dy – arty­ku­ło­wał wąt­pli­wo­ści w kon­tek­ście tego zbio­ru. Jak pisał na łamach „Dzien­ni­ka Lite­rac­kie­go”:

Język tomu – suro­wy, ocio­sa­ny, a w kon­se­kwen­cji pate­tycz­ny – z jed­nej stro­ny koja­rzy się z wcze­śniej­szy­mi doko­na­nia­mi poetyc­ki­mi Leb­dy, z dru­giej wyda­je mi się nie­co ryzy­kow­ny. W moim odczu­ciu pod­nio­słość nie zawsze speł­nia tu swą funk­cję, cza­sem sytu­uje się na gra­ni­cy prze­sa­dy, mam też wra­że­nie, że raz po raz para­dok­sal­nie neu­tra­li­zu­je (zamiast uwy­pu­klać) cię­żar doświad­cze­nia utra­ty4.

To dys­kret­na uwa­ga komen­ta­to­ra bar­dzo pozy­tyw­nie nasta­wio­ne­go do tej twór­czo­ści. Jeśli więc nawet on zauwa­ża, że tekst nie prze­ka­zu­je emo­cji (cho­ciaż da się wyczy­tać z nie­go taki zamiar), trud­no nie dojść do wnio­sku, że na pozio­mie warsz­ta­to­wym coś tu nie zadzia­ła­ło. Że książ­ka jest lite­rac­ko nie­do­cią­gnię­ta, prze­sa­dzo­na. Że za krót­ko odle­ża­ła w szu­fla­dzie5.

Oczy­wi­ście mogę spró­bo­wać zagłu­szyć w sobie zło­śli­wą nie­ludz­ką kry­tycz­kę, dla któ­rej lite­ra­tu­ra jest waż­niej­sza niż dru­ga oso­ba (i na wzór per­so­na­li­stycz­nej kry­ty­ki sta­nąć jako czy­tel­nicz­ka-czło­wiek przed obli­czem autor­ki-czło­wie­ka). Mogę cynicz­nie (i empa­tycz­nie zara­zem – to się nie wyklu­cza, cynizm może prze­cież być powo­do­wa­ny empa­tią) zamknąć oczy na swo­je este­tycz­ne roz­po­zna­nia i posta­wić dru­gą oso­bę na pierw­szym miej­scu. Dojść do wnio­sku, że moty­wa­cje, któ­re sto­ją za książ­ką-symp­to­mem są na tyle poważ­ne, że nale­ży zigno­ro­wać symp­to­ma­tycz­ność książ­ki. Dać sobie spo­kój, iść naprzód, cze­kać na kolej­ną publi­ka­cję autor­ki, trzy­mać za nią kciu­ki. Tyle że to rów­nież nie jest szcze­gól­nie fair. Zda­ję sobie prze­cież spra­wę (i pisa­łam o tym wyżej), że każ­dy autor ma zewną­trz­tek­sto­we moty­wa­cje. Każ­da książ­ka może na pozio­mie przy­czy­no­wym wyni­kać z trau­my czy trud­nej sytu­acji (nie tyl­ko taka, któ­ra o trau­mie lub trud­nej sytu­acji opo­wia­da). Zazwy­czaj uzna­je­my te kwe­stie za nie­istot­ne, igno­ru­je­my je, roz­li­cza­my wyłącz­nie efekt koń­co­wy. Dla­cze­go więc mie­li­by­śmy jedy­nie w tak oczy­wi­stych przy­pad­kach dawać dojść do gło­su autor­skim moty­wa­cjom, pozwa­lać im wpły­nąć na kry­tycz­no­li­te­rac­ki pro­ces? Czy nie powin­ni­śmy tego robić za każ­dym razem?

Dopusz­cza­nie tego rodza­ju linii myśle­nia to pro­sta dro­ga do spro­wa­dze­nia sztu­ki do porząd­ku przy­czy­ny i skut­ku, sta­nu i symp­to­mu. A to wła­ści­wie jest rów­no­znacz­ne z poże­gna­niem się na zawsze z kry­ty­ką lite­rac­ką, z moż­li­wo­ścią dys­ku­to­wa­nia o sztu­ce na poważ­nie, bez redu­ko­wa­nia jej do spe­cy­ficz­nej reak­cji na dany stan oso­by autor­skiej. Sło­wem: gdy­bym zre­zy­gno­wa­ła z gło­śne­go mówie­nia, że Do szpi­ku kości czy Dunaj. Chy­łe pola to nie­uda­ne warsz­ta­to­wo książ­ki, była­by to z mojej stro­ny cicha zgo­da na śmierć kry­ty­ki lite­rac­kiej6.

Przypadek drugi: kiedy wzrusza i w tym właśnie tkwi problem

Tek­sty, w któ­rych coś nie zadzia­ła­ło na pozio­mie warsz­ta­to­wym (mia­ły poru­szyć, roz­ba­wić, wstrzą­snąć – a tego nie zro­bi­ły), są w pew­nym sen­sie mniej­szym pro­ble­mem. Opie­ra­ją się na tech­nicz­nych omsknię­ciach, któ­re prze­cież zda­rza­ją się nawet doświad­czo­nym pisa­rzom (cho­ciaż kry­ty­ka rza­dziej im na to wska­zu­je niż w przy­pad­ku debiu­tan­tów, co po głęb­szym namy­śle moż­na uznać za posta­wie­nie spra­wy na gło­wie). Te nie­do­pra­co­wa­ne, pospiesz­ne tek­sty mogą wpro­wa­dzać spo­ro zakło­po­ta­nia w rela­cję pisarz–czytelnik, ale fakt, że nie bro­nią się na pozio­mie lite­rac­kim, sta­no­wi jakieś zabez­pie­cze­nie przed groź­bą ich dłu­gie­go trwa­nia. Tro­chę się o tych książ­kach poga­da po pre­mie­rze, tro­chę się wokół nich poska­cze, ale z per­spek­ty­wy 2025 roku nikt już nie pamię­ta o Do szpi­ku kości Jawor­skie­go i pew­nie podob­nie będzie z Duna­jem… Leb­dy w dwa­na­ście lat po wyda­niu. Wszy­scy (z auto­ra­mi włącz­nie) na tym zyska­ją, spra­wa się przedaw­ni.

Dużo więk­szy pro­blem spra­wia­ją te dzie­ła, któ­re są bez­błęd­nie roze­gra­ne warsz­ta­to­wo. Dużo trud­niej­si do roz­bro­je­nia są ci twór­cy, któ­rzy socjo­tech­ni­ki nar­ra­cyj­ne opa­no­wa­li do per­fek­cji i potra­fią je zaprząc nawet do publi­cy­stycz­nej inty­mi­sty­ki. Przy­pa­dek tego rodza­ju sta­no­wi Mate­usz Paku­ła7.

Jego wyda­ny w 2021 roku debiut zaty­tu­ło­wa­ny Jak nie zabi­łem swo­je­go ojca i jak bar­dzo tego żału­ję odbił się sze­ro­kim echem w polu lite­rac­kim. Ten „dzien­nik umie­ra­nia”, jak gło­sił opis wydaw­cy, był eklek­tycz­ną w for­mie opo­wie­ścią o cier­pie­niu zarów­no same­go Paku­ły, jak i całej jego rodzi­ny (ze szcze­gól­nym sku­pie­niem na rodzi­cach). Autor nie­sa­mo­wi­cie spraw­nie oddał w nim bez­rad­ność wobec wład­czych insty­tu­cji medycz­nych (zwłasz­cza w trak­cie takich sta­nów wyjąt­ko­wych jak pan­de­mia COVID-19). Pro­za­tor­ski debiut Paku­ły to pora­ża­ją­ca opo­wieść o bólu, któ­re­go nie da się odsu­nąć, któ­ry fru­stru­je i pro­wa­dzi na skraj wytrzy­ma­ło­ści. Autor przy tym nie­sły­cha­nie spraw­nie korzy­sta z jusk­ta­po­zy­cji. Zesta­wia sce­ny i reflek­sje tak, by wspól­nie pra­co­wa­ły na prze­ka­za­nie czy­tel­ni­ko­wi skan­da­lu mie­rze­nia się ze śmier­cią:

Sto­imy w łazien­ce, on pró­bu­je się zała­twić i nie może, już któ­rąś dobę, i mówi:

– Mate­usz, możesz prze­wi­nąć tro­chę?

– Słu­cham? Co? Co prze­wi­nąć?

– Możesz cof­nąć tro­chę? Parę mie­się­cy do tyłu jak­byś cof­nął…

– Chciał­byś, żebym cof­nął czas, zanim zacho­ro­wa­łeś?

– Nie, nie, nie o to cho­dzi.

– Yhm.

– Ale jak­byś mógł tro­szecz­kę, dosłow­nie parę mie­się­cy.

– Dobrze, tato, spró­bu­ję.

– Posta­raj się.

– Dobrze, tato, zro­bię, co w mojej mocy.

 

Zama­wiam onli­ne gar­ni­tur na pogrzeb.

 

W tej krót­kiej sce­nie zawie­ra się wszyst­ko: uro­je­nia cho­re­go, któ­re świad­czą zarów­no o jego poważ­nym sta­nie, jak i o marze­niach o wyzwo­le­niu się z tego sta­nu; czu­łość syna, któ­ry musi na te nie­ra­cjo­nal­ne i rów­no­cze­śnie zro­zu­mia­łe proś­by zare­ago­wać; moment bli­sko­ści, ale i dez­i­lu­zji, któ­ra skut­ku­je mate­rial­nym, chłod­nym przy­go­to­wy­wa­niem się do tego, co nie­unik­nio­ne. Paku­ła kon­den­su­je tę skom­pli­ko­wa­ną sieć zależ­no­ści w krót­kim opi­sie i fak­tycz­nie dzię­ki reduk­cji osią­ga zamie­rzo­ny efekt – wychwy­tu­je emo­cjo­nal­ną esen­cję sytu­acji i trans­fe­ru­je ją na czy­tel­ni­ka.

Jak nie zabi­łem swo­je­go ojca… to książ­ka sku­pio­na na całym spek­trum emo­cji. Obok tych czu­ło­ścio­wych i wyci­szo­nych eks­po­no­wa­ne są w niej tak­że te nie­okieł­zna­ne i rady­kal­ne – przede wszyst­kim gniew. On tak­że zda­je się nie­zwy­kle umie­jęt­nie poka­za­ny – trud­no nie zara­zić się zło­ścią, gdy czy­ta­my o repry­men­dach ordy­na­to­ra pod­no­szą­ce­go głos na kobie­tę, któ­ra despe­rac­ko pró­bu­je się dowie­dzieć, co dzie­je się z jej umie­ra­ją­cym mężem, zamknię­tym na izo­lo­wa­nym z pan­de­micz­nych powo­dów oddzia­le. Albo fru­stra­cja, gdy ten gniew musi zostać stłu­mio­ny w oba­wie przed przy­szłą zemstą medy­ków. Na tych emo­cjo­nal­nych ładun­kach zbu­do­wa­na zosta­je kry­ty­ka znor­ma­li­zo­wa­nych mecha­ni­zmów upo­ka­rza­nia, któ­ra tak­że arty­ku­ło­wa­na jest u Paku­ły za pomo­cą juk­sta­po­zy­cji:

„Dział Medy­cy­ny Palia­tyw­nej powstał w 2000 roku, zaj­mu­je się cho­ry­mi w zaawan­so­wa­nej fazie cho­ro­by nowo­two­ro­wej. W prak­ty­ce kli­nicz­nej obej­mu­je wszech­stron­ną opie­ką pacjen­tów nie­pod­da­ją­cych się lecze­niu przy­czy­no­we­mu. Ma na celu uśmie­rze­nie dokucz­li­wych obja­wów, zaspo­ko­je­nie potrzeb psy­cho­so­cjal­nych i ducho­wych cho­re­go oraz wspie­ra­nie jego rodzi­ny pod­czas cho­ro­by i po śmier­ci bli­skiej oso­by. Opie­ka palia­tyw­na, któ­ra jest dzia­ła­niem wie­lo­dy­scy­pli­nar­nym, zespo­ło­wym i cią­głym, pro­wa­dzo­na jest przez leka­rzy, pie­lę­gniar­ki, psy­cho­lo­gów, duchow­nych, tera­peu­tów, wolon­ta­riu­szy, pra­cow­ni­ków socjal­nych itp.”.

 

Lekarz, kie­row­nik oddzia­łu, nawet nie pod­no­si na nas wzro­ku, kie­dy pyta­my, czy może­my się cze­goś dowie­dzieć o pacjen­cie Mar­ku Paku­le.

 

– Nie.

Mamę zaty­ka.

Mnie zaty­ka.

– Pro­szę wyjść.

 

Paku­ła dosko­na­le obra­zu­je bez­rad­ność i strach, a rów­no­cze­śnie sta­ra się poka­zy­wać, jak trud­na bywa miłość i jak łatwo zdo­być się na okru­cień­stwo w sto­sun­ku do naj­bliż­szych, gdy jest się zwy­czaj­nie zmę­czo­nym opie­ką nad nimi. Ponad­to trze­ba brać popraw­kę na fakt, że autor przed­sta­wia trud­no­ści pra­cy opie­kuń­czej z per­spek­ty­wy oso­by dość uprzy­wi­le­jo­wa­nej – w całej tej opo­wie­ści nie ma sło­wa o wyzwa­niach finan­so­wych. Wypo­ży­cze­nie łóż­ka reha­bi­li­ta­cyj­ne­go, pod­no­śni­ka i inne­go sprzę­tu medycz­ne­go, kup­no leków, środ­ków higie­nicz­nych, opła­ce­nie pie­lę­gniar­ki, koniecz­ność godze­nia eta­to­wej pra­cy z opie­ką – wszyst­kie te kwe­stie poja­wia­ją się w nar­ra­cji w śla­do­wych ilo­ściach i nigdy nie sta­no­wią pro­ble­mu dla rodzi­ny. To oczy­wi­ście dobrze, ale war­to uwzględ­nić ewen­tu­al­ną repre­zen­ta­tyw­ność spo­łecz­ną tego zmę­cze­nia obo­wiąz­ka­mi opie­kuń­czy­mi. Jeśli bowiem przy­tło­cze­nie sytu­acją, któ­rą prze­ży­wa dobrze sytu­owa­na rodzi­na, może aż tak roz­dzie­rać ser­ce, to trze­ba wziąć pod uwa­gę, że spo­ra część spo­łe­czeń­stwa pol­skie­go (tak­że ta, któ­ra gło­so­wa­ła w wybo­rach pre­zy­denc­kich w 2020 roku nie tak, jak by sobie tego życzył autor8) prze­ży­wa w tego rodza­ju sytu­acjach jesz­cze więk­sze trud­no­ści.

Oczy­wi­ście nie cho­dzi o to, żeby stop­nio­wać ludz­kie cier­pie­nie. Zwra­cam uwa­gę na ten detal jed­nak dla­te­go, że mimo oso­bi­ste­go sed­na książ­ki Paku­ła wyraź­nie nie chce ogra­ni­czać się do inty­mi­sty­ki. Nie inte­re­su­je go zatrzy­ma­nie się na pozio­mie opo­wie­ści o przy­tła­cza­ją­cym cier­pie­niu. Książ­ką Jak nie zabi­łem swo­je­go ojca… pró­bu­je bowiem temu cier­pie­niu nadać sens i użyć go jako argu­men­tu w dys­ku­sji publicz­nej. Paku­ła chciał­by, żeby jego auto­bio­gra­ficz­ny debiut był mani­fe­stem w obro­nie euta­na­zji. To zaska­ku­ją­ca stra­te­gia jak na auto­ra, któ­ry kil­ku­krot­nie w książ­ce arty­ku­łu­je ze zło­ścią postu­lat: „Fak­ty! Roz­ma­wiaj­my o fak­tach!”.  Mie­sza­jąc mani­fest z inty­mi­sty­ką, sam zda­je się mylić fak­ty i argu­men­ty z doświad­cze­niem i emo­cja­mi.

Opis cier­pie­nia, skon­stru­owa­ny nie­zmier­nie dobrze, prze­ko­nu­ją­co i poru­sza­ją­co, Paku­ła wyko­rzy­stu­je, żeby argu­men­to­wać na rzecz kon­kret­nych roz­wią­zań legi­sla­cyj­nych. Uży­wa inty­mi­sty­ki, aby uczy­nić z niej instru­men­tal­ne narzę­dzie w dys­ku­sji o tym, jak powin­no wyglą­dać pra­wo. Na pierw­szy rzut oka nie ma w tym nic obu­rza­ją­ce­go: mówi­my prze­cież o deba­cie na temat legal­no­ści euta­na­zji, a więc takiej regu­la­cji, któ­ra ma umoż­li­wić zmniej­sze­nie lub skró­ce­nie cier­pie­nia. Więc opo­wieść o indy­wi­du­al­nym bólu powin­na być w niej bra­na pod uwa­gę, czyż nie?

Odpo­wiedź brzmi: to skom­pli­ko­wa­ne. Albo ina­czej: zanim odpo­wie­my sobie na to pyta­nie, powin­ni­śmy się zasta­no­wić, czy opo­wieść o indy­wi­du­al­nej depre­sji i żalu kobie­ty, któ­ra doko­na­ła abor­cji, powin­na być dla nas argu­men­tem anty­abor­cyj­nym. Bo znaj­dzie­my przy­pad­ki takie­go auten­tycz­ne­go ludz­kie­go doświad­cze­nia (na ile sta­ty­stycz­nie istot­ne? to już argu­ment z inne­go pozio­mu), a szan­ta­żo­wa­nie wła­sny­mi odczu­cia­mi dzia­ła w każ­dą stro­nę, empa­tia nie zna gra­nic ide­olo­gicz­nych.

Nie chcia­ła­bym być zro­zu­mia­na źle: ten tekst kry­tycz­ny nie jest oświad­cze­niem świa­to­po­glą­do­wym, nie jestem zade­kla­ro­wa­ną prze­ciw­nicz­ką euta­na­zji i nie zamie­rzam się kłó­cić z Paku­łą w kwe­stii tego, jakie roz­wią­za­nia praw­ne uwa­ża za spra­wie­dli­we. Nie mogę nie wytknąć mu jed­nak potwor­nej dro­gi na skró­ty i inte­lek­tu­al­ne­go leni­stwa, gdy lepi sobie wro­ga z „glę­dzą­cych o war­to­ściach” kato­li­ków i gdy przy­pi­su­je Kościo­ło­wi peł­ną odpo­wie­dzial­ność za jed­no­znacz­ne w jego mnie­ma­niu zło, jakim jest zakaz euta­na­zji w Pol­sce. Cała dys­ku­sja nad lega­li­za­cją wspo­ma­ga­ne­go samo­bój­stwa jest bar­dziej skom­pli­ko­wa­na niż pró­bu­je to przed­sta­wić Paku­ła. Wystar­czy przyj­rzeć się deba­cie na ten temat w obrę­bie bry­tyj­skiej par­tii Labo­ur albo poczy­tać gło­sy rewi­du­ją­ce9 skut­ki roz­sze­rza­nia pra­wa do euta­na­zji w Kana­dzie. Autor Jak nie zabi­łem swo­je­go ojca… igno­ru­je wszyst­kie naj­trud­niej­sze pyta­nia towa­rzy­szą­ce pro­ble­mom, o któ­rych z taką zażar­to­ścią się wypo­wia­da. Nie zasta­na­wia się, jakie skut­ki spo­łecz­ne w kra­ju, w któ­rym świad­cze­nie pie­lę­gna­cyj­ne przy­zna­wa­ne opie­ku­nom osób nie­peł­no­spraw­nych wyno­si mniej niż trzy tysią­ce zło­tych, może przy­nieść lega­li­za­cja wspo­ma­ga­ne­go samo­bój­stwa. Nie myśli o naj­bar­dziej wyklu­czo­nych eko­no­micz­nie cho­rych, któ­rych taka furt­ka legi­sla­cyj­na (na róż­ne spo­so­by – w zależ­no­ści od tego, jakie przy­pad­ki by dopusz­cza­ła) mogła­by posta­wić w sytu­acji nie­pew­nej w jesz­cze więk­szym stop­niu i popchnąć do samo­bój­stwa z bez­sil­no­ści.

Paku­ła nie myśli o tych wszyst­kim przy­pad­kach, bo nie musi o nich myśleć – pisze wszak inty­mi­sty­kę, więc może sku­pić się na sobie, swo­ich emo­cjach, swo­jej rodzi­nie. I jest to stra­te­gia zupeł­nie zro­zu­mia­ła, jeśli zamknie się w tych ogra­ni­czo­nych poli­tycz­nie ambi­cjach. Ale kie­dy autor posta­na­wia prze­kształ­cić „dzien­nik umie­ra­nia ojca” w „mani­fest o euta­na­zji” i nie pró­bu­je wyjść ze swo­je­go doświad­cze­nia i swo­ich emo­cji w stro­nę tak opie­wa­nych w książ­ce fak­tów, to robi coś ana­lo­gicz­ne­go do auto­rów ksią­żek z gatun­ku holo­po­lo. Chwy­ta nas, czy­tel­ni­ków, w sidła wzru­sze­nia, żeby prze­my­cić skan­da­licz­nie nie­peł­ną wizję świa­ta i sprze­dać ją jako uni­wer­sal­ną praw­dę. A my, zapła­ka­ni, mamy opusz­czo­ną gar­dę. Trud­niej nam mieć wobec tej wizji wąt­pli­wo­ści.

O szan­taż emo­cjo­nal­ny naj­ła­twiej się oskar­ża wów­czas, gdy jest nie­sku­tecz­ny. Wte­dy po pro­stu naj­pro­ściej go zauwa­żyć. Rzu­ca nam się w oczy, obu­rza, łatwo pod­da­je etycz­nej oce­nie. Dużo trud­niej zdy­stan­so­wać się od cze­goś, co fak­tycz­nie chwy­ci­ło nas za ser­ce. Mię­dzy inny­mi wła­śnie dla­te­go przy­wo­ły­wa­ny wcze­śniej Brecht był tak scep­tycz­ny wobec empa­tycz­ne­go wymia­ru sztu­ki. Łza, któ­ra jed­no­czy publicz­ność w kata­rak­tycz­nym doświad­cze­niu, zacie­ra jed­no­cze­śnie spo­łecz­ne anta­go­ni­zmy. Ta słyn­na i wszech­obec­nie pod­kre­śla­na poli­tycz­ność sztu­ki nie pole­ga na budo­wa­niu „wspól­no­ty ponad podzia­ła­mi” – pole­ga na eks­po­no­wa­niu przy­czyn i mecha­ni­zmów podzia­łów, na odsy­ła­niu do struk­tur.

Czy to zna­czy, że trze­ba wal­czyć z wła­snym wzru­sze­niem, wyrze­kać się go, wsty­dzić? Nie sądzę. Jako oso­ba, któ­rą wzru­sza wszyst­ko, mam ten przy­wi­lej, że zawsze pozo­sta­ję podejrz­li­wa wobec swo­ich łez. To nie zna­czy, że ich nie lubię – to zna­czy, że im nie ufam. I jeśli czy­tel­ni­ków niniej­sze­go tek­stu mia­ła­bym do cze­goś zachę­cić, to wła­śnie do tego. Żeby poda­wać w wąt­pli­wość wła­sne łzy.

 

 

1 W. Szot, O co cho­dzi w książ­kach z „z Auschwitz” w tytu­le? Badacz: O to, żeby było miło, „Gaze­ta Wybor­cza”, onli­ne: https://wyborcza.pl/7,75517,30537969,po-co-czytac-czornyja-odpowiada-kulturoznawca.html [dostęp: 14.02.2024].

2 W moim prze­ko­na­niu naj­cen­niej­sze i naj­bar­dziej zniu­an­so­wa­ne kry­tycz­no­li­te­rac­kie gło­sy na ten temat napi­sa­ła Pau­li­na Mało­chleb. Odsy­łam do arty­ku­łów Holo­caust łapie za ser­ce, „Prze­krój”, onli­ne: https://przekroj.org/sztuka-opowiesci/holocaust-lapie-za-serce/ [dostęp: 29.10.2018] i Jak pisać o Auschwitz? Od Holo­po­lo do Holo­por­no, „Gaze­ta Wybor­cza”, onli­ne: https://krakow.wyborcza.pl/krakow/7,44425,29679143,od-holopolo-do-holoporno.html [dostęp: 22.04.2023].

3 B. Brecht, Brecht on art & poli­tics, red. T. Kuhn, S. Giles, tłum. L. Bra­dley, S. Giles, T. Kuhn, Methuen–London: Blo­oms­bu­ry Methu­en Dra­ma, 2003, s. 240–241; cyt. za: T. Cro­nan, Red aesthe­tics. Rod­chen­ko, Brecht, Eisen­ste­in, Lan­ham: Row­man & Lit­tle­field Publi­sherss, 2021, s. 116. Tłum. z języ­ka angiel­skie­go – moje.

4 P. Szaj, Pie­śni żałob­ne, pie­śni pochwal­ne, „Dzien­nik Lite­rac­ki”, onli­ne: https://dziennikliteracki.pl/piesni-zalobne-piesni-pochwalne/ [dostęp: 20.05.2025].

5 Cie­ka­wym kontr­przy­kła­dem jest tu tom Anto­ni­ny Tosiek żer­twy – autor­ka powta­rza na spo­tka­niach autor­skich, że w wyni­ku tech­nicz­nych pro­ble­mów z kom­pu­te­rem i dys­kiem w chmu­rze stra­ci­ła całą pier­wot­ną wer­sję zbio­ru. Było to – jak wspo­mi­na – trud­ne doświad­cze­nie, ale bar­dzo potrzeb­ne w całym twór­czym pro­ce­sie, ponie­waż pierw­sza wer­sja książ­ki mia­ła wymiar auto­te­ra­peu­tycz­ny i kon­fe­syj­ny. Kie­dy więc Tosiek sia­da­ła do ponow­ne­go napi­sa­nia tomu, upły­wa­ją­cy czas pozwo­lił jej zdy­stan­so­wać się emo­cjo­nal­nie od tema­tu (jakim jest opie­ka nad umie­ra­ją­cą oso­bą). Dzię­ki temu mogła zająć się żer­twa­mi we wła­ści­wy dla obiek­tu lite­rac­kie­go spo­sób, czysz­cząc tom z wła­sne­go roze­dr­ga­nia emo­cjo­nal­ne­go i desu­biek­ty­wi­zu­jąc swo­je doświad­cze­nie w dzie­le arty­stycz­nym.

6 Oczy­wi­ście moż­na się z zapro­po­no­wa­nym prze­ze mnie war­to­ścio­wa­niem nie zga­dzać, wejść ze mną w este­tycz­ną dys­ku­sję i wysu­nąć argu­men­ty, dowo­dzą­ce, że nie mam racji. I będzie to pięk­ny przy­kład kry­tycz­no­li­te­rac­kie­go spo­ru, a nie zgo­dy na jego zanie­cha­nie. Nie wysu­wam tu żad­nych oskar­żeń w stro­nę osób, któ­re fak­tycz­nie uwa­ża­ją, że Do szpi­ku kości czy Dunaj. Chy­łe pola to dobre książ­ki. Odno­szę się raczej pole­micz­nie do zaob­ser­wo­wa­nej w kulu­arach (i przede wszyst­kim w samej sobie) stra­te­gii mil­cze­nia w wyni­ku zakło­po­ta­nia.

7 W tym tek­ście sku­piam się na debiu­cie Paku­ły, ponie­waż jest on dla mnie naj­wy­ra­zist­szym przy­kła­dem uży­cia pro­ble­ma­tycz­nych socjo­tech­nik nar­ra­cyj­nych. War­to było­by poświę­cić czas na więk­szy szkic, ana­li­zu­ją­cy poli­tycz­ne i emo­cjo­nal­ne staw­ki pro­jek­tu Paku­ły w całej jego oka­za­ło­ści – to jed­nak mate­riał na osob­ny arty­kuł.

8Jak nie zabi­łem swo­je­go ojca… wie­lo­krot­nie powra­ca obu­rzo­ny i pełen nie­zro­zu­mie­nia głos nar­ra­to­ra, skie­ro­wa­ny w stro­nę wybor­ców Andrze­ja Dudy. Tym­cza­sem za CBOS: „Elek­to­rat Andrze­ja Dudy był […] rela­tyw­nie sła­bo sytu­owa­ny (16% dekla­ro­wa­ło mie­sięcz­ne docho­dy na oso­bę w gospo­dar­stwie domo­wym poni­żej 1000 zł, a 30% − miesz­czą­ce się w gra­ni­cach 1000−1499 zł; jedy­nie co dzie­sią­ty miał do dys­po­zy­cji per capi­ta co naj­mniej 3000 zł)”. Według tych samych badań wyso­kie docho­dy kore­lo­wa­ły z gło­so­wa­niem na Rafa­ła Trza­skow­skie­go i Krzysz­to­fa Bosa­ka. Te infor­ma­cje świad­czą jakoś o repre­zen­to­wa­nych przez wymie­nio­nych kan­dy­da­tów inte­re­sach i usta­wia­ją w tro­chę innym świe­tle opi­sa­ną w książ­ce kłót­nię mię­dzy nar­ra­to­rem i jego sio­strą. Paku­ła wyra­ża bowiem (z per­spek­ty­wy wybor­cy Trza­skow­skie­go) nie­zro­zu­mie­nie dla decy­zji krew­nej, aby gło­so­wać na Bosa­ka. W sce­nie dys­ku­sji z sio­strą kła­dzie szcze­gól­ny nacisk na pada­ją­ce z jej ust argu­men­ty reli­gij­ne i wyja­śnia jej decy­zje poli­tycz­ne kato­lic­kim fun­da­men­ta­li­zmem.

9 D. Moscrop, The Cana­dian Sta­te Is Eutha­ni­zing Its Poor and Disa­bled, „Jaco­bin”, onli­ne: https://jacobin.com/2024/05/canada-euthanasia-poor-disabled-health-care [dostęp: 5.02.2024].

 

– krytyczka literacka, literaturoznawczyni, asystentka w Katedrze Krytyki Współczesnej na Wydziale Polonistyki UJ.

więcej →

Powiązane teksty

19.01.2026
Szkice

Z plastikowej Wenus na cyfrowe wydmy Regis III. Adaptacje i gradaptacje beletrystyki Lema

Przed przystąpieniem do analizy gradaptacji dzieł Lema warto zauważyć, że także inni, współcześni mu klasycy literackiej SF nie zawsze mogli liczyć na udane adaptacje swoich fabuł do formuły gry wideo – o teatralnych, filmowych i komputerowych realizacjach twórczości Stanisława Lema piszą Natalia Kańduła, Szymon Piotr Kukulak i Jakub Gomułka.

13.01.2026
Recenzje

W gorsecie z emocji. Zespalanie światów według Maxa Blechera

Wierzę, że spotkanie z prozą Blechera pozostawia w nas głęboki ślad, dotykając naszych największych atawistycznych lęków – tych związanych z chorobą, samotnością, śmiercią. Równocześnie skłania nas do refleksji nad tym, jak korzystać z życia i mimo wszystko dążyć do względnego dobrostanu – o Dziełach zebranych Maxa Belchera pisze Olga Bartosiewicz-Nikolaev.