Ziemia przemieszcza się sama we śnie. „Lunatyczna kraina” jako powieść antydrogi

W wydaw­nic­twie ArtRa­ge uka­za­ła się nie­daw­no (w bra­wu­ro­wym prze­kła­dzie Micha­ła Lip­szy­ca) Luna­tycz­na kra­ina – powieść mozam­bic­kie­go pisa­rza Mii Couto, uzna­wa­na za jed­no z naj­waż­niej­szych dzieł afry­kań­skich XX wie­ku1.

Czym jest tytu­ło­wa „luna­tycz­na kra­ina”? Cho­ciaż Couto dosyć jed­no­znacz­nie wska­zu­je miej­sce i czas akcji, to jed­nak kre­śli histo­rię w spo­sób oni­rycz­ny i poetyc­ki, sto­su­je roz­bu­do­wa­ną sym­bo­li­kę i nie­zwy­kle cie­ka­wy, pełen neo­lo­gi­zmów język. Z pew­no­ścią przed­sta­wia Mozam­bik w cza­sie trwa­ją­cej tam w latach 80. XX wie­ku woj­ny domo­wej, ale moż­na tę książ­kę czy­tać w szer­szym kon­tek­ście, jako opo­wieść nie tyl­ko o byłej por­tu­gal­skiej kolo­nii i jej pró­bach stwo­rze­nia nie­pod­le­głe­go pań­stwa, lecz rów­nież o woj­nie w ogó­le, o ludz­kiej bez­rad­no­ści i nie­mo­cy – a tak­że jako swo­istą powieść anty­dro­gi.

Mozam­bik, wcze­śniej kolo­nia por­tu­gal­ska, po dłu­giej i krwa­wej wal­ce z metro­po­lią uzy­skał nie­pod­le­głość w 1975 roku, w prze­wa­ża­ją­cej mie­rze dzię­ki dzia­ła­niom lewi­co­we­go Fron­tu Wyzwo­le­nia Mozam­bi­ku (FRELIMO). Wewnętrz­ny kon­flikt i inter­wen­cja obcych mocarstw, w tym w szcze­gól­no­ści wspar­cie dla skraj­nie bru­tal­nej opo­zy­cyj­nej par­ty­zant­ki udzie­lo­ne przez Rode­zję oraz „apar­the­idow­ski” rząd RPA, dopro­wa­dzi­ły do jesz­cze dłuż­szej, jesz­cze krwaw­szej oraz wynisz­cza­ją­cej woj­ny domo­wej, zakoń­czo­nej dopie­ro w 1992 roku.

Couto, „bia­ły Afry­ka­nin”, syn Por­tu­gal­czy­ków, któ­rzy ucie­kli przed reżi­mem Antó­nia de Oli­ve­iry Sala­za­ra do Mozam­bi­ku, jesz­cze na eta­pie walk o odzy­ska­nie nie­pod­le­gło­ści, w wie­ku szes­na­stu lat, został człon­kiem FRELIMO i jed­no­znacz­nie opo­wie­dział się po stro­nie nie­pod­le­gło­ści Mozam­bi­ku, jak rów­nież prze­ciw kolo­nia­li­zmo­wi. Jego pro­za nawią­zu­je do ojczy­stych, mozam­bic­kich mitów i zwy­cza­jów; autor chęt­nie czer­pie z xichan­ga­na, jed­ne­go z języ­ków ban­tu, a stwo­rzo­ny przez nie­go w Luna­tycz­nej kra­inie spe­cy­ficz­ny idio­lekt (wspa­nia­le prze­ło­żo­ny na język pol­ski przez Micha­ła Lip­szy­ca, o czym jesz­cze poni­żej) może być uzna­wa­ny za pró­bę swo­iste­go prze­chwy­ce­nia języ­ka por­tu­gal­skie­go – prze­ję­cia go w podob­ny spo­sób, w jaki czy­ni­li to inni pisa­rze z byłych por­tu­gal­skich kolo­nii, zwłasz­cza z Bra­zy­lii (Couto bywa zresz­tą czę­sto porów­ny­wa­ny do bra­zy­lij­skie­go pisa­rza i poety okre­su moder­ni­zmu, João Guima­rãe­sa Rosy).

Pisarz skon­stru­ował Luna­tycz­ną kra­inę jako dwie prze­pla­ta­ją­ce się ze sobą opo­wie­ści. Z jed­nej stro­ny śle­dzi­my losy star­ca Tuahi­ra i chłop­ca Muidin­gi, któ­rzy pod­czas trwa­ją­cej woj­ny wędru­ją, prze­mie­rza­jąc kra­inę jak­by żyw­cem wyję­tą z uni­wer­sum Mad Maxa, kra­inę zsza­rza­łą, mar­twą i odpy­cha­ją­cą. Dru­ga histo­ria – zapi­sa­na w zeszy­tach odna­le­zio­nych przez Muidin­gę i Tuahi­ra – to losy Kin­dzu, mło­de­go męż­czy­zny, któ­ry opusz­cza rodzin­ną wio­skę i wyru­sza w dro­gę, aby stać się napa­ra­ma – tra­dy­cyj­nym mozam­bic­kim wojow­ni­kiem.

Okładka książki Mii Couto zatytułowanej „Lunatyczna kraina”.
Mia Couto, „Lunatyczna kraina”, tłum. Michał Lipszyc, Warszawa: Wydawnictwo ArtRage, 2025.

Opo­wieść roz­po­czy­na się sło­wa­mi: „Dro­gą idą sta­rzec i chło­piec. Idą roz­ko­ły­sa­nym kro­kiem, jak­by od chwi­li naro­dzin wędro­wa­nie było ich jedy­ną powin­no­ścią. Idą zni­kąd, zamie­nia­jąc bez­ruch w cią­głe przy­by­wa­nie, w nie­ustan­nym ocze­ki­wa­niu na to, co dalej”2. Motyw wędrów­ki doj­rza­łe­go męż­czy­zny i chłop­ca przez apo­ka­lip­tycz­ne rejo­ny w pierw­szej chwi­li przy­wo­dzi na myśl Dro­gę Cor­ma­ca McCarthy’ego – co cie­ka­we, opu­bli­ko­wa­ną kil­ka­na­ście lat póź­niej niż powieść Couto. Zbież­ność doty­czy jed­nak przede wszyst­kim dobo­ru posta­ci i apo­ka­lip­tycz­nej sce­ne­rii, bo z samym gatun­kiem powie­ści dro­gi każ­dy z pisa­rzy dia­lo­gu­je już nie­co ina­czej.

„W tam­tych stro­nach woj­na uśmier­ci­ła dro­gę”3, pisze Couto, a otwie­ra­ją­cy książ­kę roz­dział tytu­łu­je Mar­twa dro­ga. I nie cho­dzi tu tyl­ko o dro­gę w sen­sie dosłow­nym, o mar­twe cia­ła wzdłuż trak­tu, o utrud­nia­ją­ce prze­miesz­cza­nie się blo­ka­dy i trwa­ją­cy kon­flikt, lecz rów­nież, jeśli nie przede wszyst­kim, o brak ruchu, nie­moż­ność doko­na­nia jakiej­kol­wiek zmia­ny, o ludz­ką bez­rad­ność w obli­czu woj­ny i śmier­ci. W tym sen­sie Couto zda­je się kre­ować swo­istą powieść anty­dro­gi.

I tak podróż Tuahi­ra i Muidin­gi jest – jak mówi Couto usta­mi Tuahi­ra – „podró­żą fał­szy­wą”. Męż­czy­zna i chło­piec docie­ra­ją do spa­lo­ne­go auto­bu­su (machim­bom­bo) i posta­na­wia­ją w nim zamiesz­kać. Para­dok­sal­nie to nie­co­dzien­ne lokum pośród zwę­glo­nych ciał zda­je się szcze­gól­nie bez­piecz­ne. Jeśli boha­te­ro­wie odda­la­ją się więc od machim­bom­bo, to nie na dłu­go i nie po to, by dokądś pójść, a raczej by pozo­ro­wać wędrów­kę:

Powie [Tuahir – A.P.] małe­mu, że zga­dza się ruszyć w dro­gę. Potem popro­wa­dzi ich tak, aby się zda­wa­ło, że się odda­la­ją, pod­czas gdy w isto­cie będą krą­żyć w kół­ko. Będą wiecz­nie wra­cać do machim­bom­bo, na tę samą dro­gę, z któ­rej wyru­szy­li4.

Ten pozor­ny ruch, któ­ry tak napraw­dę jest krą­że­niem i pozo­sta­wa­niem w miej­scu, znaj­du­je odzwier­cie­dle­nie w kon­struk­cji posta­ci, któ­re Couto sta­wia na dro­dze dwój­ki boha­te­rów. One rów­nież tkwią w dziw­nym bez­ru­chu, jak­by we śnie, skon­cen­tro­wa­ne na irra­cjo­nal­nych pomy­słach, któ­re mają przy­nieść spek­ta­ku­lar­ny ratu­nek, a nio­są ze sobą jedy­nie sta­gna­cję i śmierć. I tak sta­rzec Szty­kie­let wpa­da na pomysł „sia­nia ludzi”, by było ich wię­cej, by zalud­ni­li oni wymar­łą, dotknię­tą apo­ka­lip­są zie­mię. W koń­cu sam się kur­czy i zamie­nia w ziar­no. „Sędzi­we pro­fan­ki” – sta­re kobie­ty z sąsied­niej wio­ski – orgia­stycz­nym i eks­pre­syj­nym tań­cem pró­bu­ją przy­wo­łać deszcz, a jed­nak w swo­im unie­sie­niu są nie do koń­ca świa­do­me, jak­by luna­ty­ko­wa­ły. Ich taniec doni­kąd nie pro­wa­dzi. Jest jesz­cze Nha­ma­ta­ca, któ­ry „drą­ży gigan­tycz­ny rów, pochod­ni­ku­jąc upo­rczy­wie w dal. Rów […] tak głę­bo­ki i dłu­gi, jak­by ten czło­wiek sta­wiał sobie za cel prze­po­ło­wie­nie świa­ta”5. Nha­ma­ta­ca niby poru­sza się do przo­du, a w rze­czy­wi­sto­ści tkwi w swo­jej nie­re­al­nej fan­ta­zji, nie potra­fi się przy tym z niej wydo­być, tra­ci życie. Mimo pró­by podej­mo­wa­nia dzia­łań przez wspo­mnia­ne posta­ci ich wysił­ki speł­za­ją na niczym. Ze wzglę­du na woj­nę ich per­spek­ty­wa moc­no się zawę­ża.

Couto, osa­dza­jąc histo­rię Tuahi­ra i Muidin­gi w cza­sie „ści­śnię­tym” do zale­d­wie kil­ku czy kil­ku­na­stu dni i w miej­scu ogra­ni­czo­nym do oko­li­cy spa­lo­ne­go auto­bu­su, wzmac­nia efekt zawę­że­nia per­spek­ty­wy. A jed­nak, być może gra­jąc z kon­cep­cją powie­ści dro­gi, autor ofia­ro­wu­je swo­im boha­te­rom dodat­ko­wą prze­strzeń, roz­sze­rza czas i miej­sce, umiesz­cza bowiem wewnątrz powie­ści kolej­ną „powieść” – wspo­mnie­nia mło­de­go męż­czy­zny Kin­dzu, zapi­sa­ne w zeszy­tach zna­le­zio­nych przez Muidin­gę i Tuahi­ra obok spa­lo­ne­go machim­bom­bo i czy­ta­ne przez tych dwóch z zapar­tym tchem.

Histo­ria z zeszy­tów rów­nież jest waria­cją na temat powie­ści dro­gi. Kin­dzu opi­su­je w nich swo­je dzie­ciń­stwo spę­dzo­ne w wio­sce, luna­ty­ku­ją­ce­go i wiecz­nie pija­ne­go ojca, peł­ne­go prze­czuć i gło­szą­ce­go pro­roc­twa. Opo­wia­da o młod­szym bra­cie, uro­dzo­nym 25 czerw­ca 1975 roku, czy­li w dniu odzy­ska­nia przez Mozam­bik nie­pod­le­gło­ści (dla uczcze­nia tej prze­ło­mo­wej chwi­li chłop­ca nazwa­no Czer­wie­siem). Wizje ojca i jego oba­wy przed nad­cho­dzą­cą woj­ną spra­wia­ją, że Czer­wie­sio zosta­je ukry­ty w kur­ni­ku, a w kon­se­kwen­cji coraz bar­dziej upo­dab­nia się do kogu­ta. Kin­dzu opi­su­je tak­że swo­ją wio­skę, peł­ną ani­mo­zji i napięć, któ­re w pew­nym sen­sie są odzwier­cie­dle­niem nie­po­ko­jów nara­sta­ją­cych w całym Mozam­bi­ku i toczą­cej się w tym kra­ju woj­ny.

Couto kreu­je postać Kin­dzu jako boha­te­ra, któ­ry pró­bu­je się wydo­stać z obez­wład­nia­ją­ce­go kraj mara­zmu, podej­mu­je dzia­ła­nie i wyru­sza w poszu­ki­wa­niu napa­ra­ma, by zostać jed­nym z nich. Jego podróż zda­je się tą praw­dzi­wą, ma prze­cież cel. A jed­nak ści­ga­ne­mu przez zja­wę ojca Kin­dzu, obcią­żo­ne­mu doświad­cze­nia­mi z rodzin­nych stron, nie uda­je się osią­gnąć tego, co sobie zało­żył. I tym razem Couto kom­pli­ku­je wypra­wę swo­je­go boha­te­ra, wikła­jąc go w sta­re i nowe rela­cje. W zeszy­tach Kin­dzu prze­wi­ja się cała feeria roz­ma­itych posta­ci, albo może raczej zary­sów postaw spo­łecz­nych i wybo­rów życio­wych cha­rak­te­ry­stycz­nych dla Mozam­bi­ku i jego kolo­nial­nej prze­szło­ści.

W książ­ce poja­wia się więc Fari­da, któ­ra pra­gnie opu­ścić Mozam­bik. W tym celu posta­na­wia zamiesz­kać w osia­dłym na mie­liź­nie stat­ku i zacze­kać, aż ktoś po nią przy­pły­nie. Z kolei Karo­lin­da – alter ego Fari­dy – to kobie­ta zwią­za­na z miej­sco­wy­mi struk­tu­ra­mi wła­dzy, opła­ku­ją­ca pole­głych boha­te­rów. Sym­bo­licz­ną wręcz posta­cią wyda­je się pocho­wa­ny w piw­ni­cy trup, Por­tu­gal­czyk Romāo Pin­to, któ­ry nagle oży­wa i roz­po­czy­na dzia­łal­ność biz­ne­so­wą, wcho­dząc w inte­re­sy z przed­sta­wi­cie­la­mi władz. Jest w fabu­le tak­że hin­dus Suren­dra Valá, miej­sco­wy skle­pi­karz, zapa­trzo­ny w morze melan­cho­lik, niby stąd, a jed­nak obcy.

Couto kre­śli więc nie tyle por­tre­ty ludzi, ile raczej obraz spe­cy­ficz­ne­go miej­sca – „luna­tycz­nej kra­iny” i tego, jak wpły­wa ona na jed­nost­ki. To nato­miast przy­wo­dzi na myśl inne powie­ści opo­wia­da­ją­ce w więk­szej mie­rze o miej­scach niż o oso­bach, takie jak Man­hat­tan Trans­fer Joh­na Dos Pas­so­sa czy Muzeum nie­win­no­ści Orha­na Pamu­ka.

Czy zatem podróż Kin­dzu dokąd­kol­wiek pro­wa­dzi? Czy moż­na dokąd­kol­wiek dojść, gdy star­tu­je się z miej­sca, w któ­rym środ­ki trans­por­tu (auto­bus, sta­tek) nie słu­żą do trans­por­tu, a są miej­scem zamiesz­ka­nia? Czy w tytu­ło­wej „luna­tycz­nej kra­inie” podróż w ogó­le jest moż­li­wa, czy jest czymś wię­cej niż tyl­ko błą­dze­niem? Pod koniec zeszy­tów Kin­dzu pisze:

[…] sta­nął mi przed oczy­ma mamią­cy obraz dro­gi, któ­rą sze­dłem. Była to jed­nak bar­dzo dziw­na dro­ga: nie trwa­ła w bez­ru­chu, cze­ka­jąc na ludz­kie podró­że. Sama się prze­miesz­cza­ła, wędru­jąc od pej­za­żu do pej­za­żu. I ta dro­ga zbi­ła mnie z tro­pu6.

W Luna­tycz­nej kra­inie Couto to nie ludzie się prze­miesz­cza­ją, nie ludzie poko­nu­ją dro­gę, ale to dro­ga poko­nu­je ich. I ma to zwią­zek ze spe­cy­ficz­nym miej­scem, jakim jest Mozam­bik; z pań­stwem, któ­re dzie­li swo­ją nazwę z tań­cem i spra­wia wra­że­nie, jak­by było w cią­głym ruchu:

Mawia­no o tej kra­inie, że luna­ty­ku­je. Bo kie­dy ludzie spa­li, kra­ina wędro­wa­ła w cza­sie i w prze­strze­ni. A jej miesz­kań­cy po prze­bu­dze­niu mogli się prze­ko­nać, że pej­zaż zmie­nił obli­cze, i wte­dy wie­dzie­li już, że nawie­dzi­ła ich mara ze snu7.

Z por­tu­gal­skie­go Ter­ra Sonâm­bu­la to dosłow­nie „zie­mia cho­dzą­cą we śnie”. W powie­ści Couto, pomi­mo nakła­da­ją­cych się na sie­bie roz­ma­itych podró­ży, tym, co tak napraw­dę się prze­miesz­cza, jedy­nym rucho­mym ele­men­tem, jest nie­sta­bil­na, luna­ty­ku­ją­ca zie­mia.

Roz­po­czy­na­jąc swo­ją opo­wieść, Kin­dzu pisze: „Chciał­bym poukła­dać cza­sy w ugła­dzo­nym porząd­ku, zgod­nie z nadzie­ja­mi i udrę­ką. […] Roz­pa­lam opo­wieść, a sie­bie same­go wyga­szam”8. Być może spo­so­bem na wyru­sze­nie w dro­gę jest więc sama opo­wieść, sam język jako medium kreu­ją­ce nową toż­sa­mość. A w książ­ce Couto język jest wyjąt­ko­wy. Pisarz nie tyl­ko się­ga po sło­wa z języ­ków ban­tu, ale tak­że czę­sto two­rzy neo­lo­gi­zmy, zle­pia­jąc ze sobą por­tu­gal­skie sło­wa w taki spo­sób, by ich pier­wot­ne zna­cze­nia łączy­ły się i wza­jem­nie na sie­bie oddzia­ły­wa­ły. Z jed­nej stro­ny te zlep­ki oddzie­la­ją się od por­tu­gal­skie­go źró­dło­sło­wu i są prze­ja­wem odcię­cia od języ­ka kolo­ni­za­to­rów, z dru­giej ewo­ku­ją nowe zna­cze­nia, nowe otwar­cia. Auto­ro­wi pol­skie­go prze­kła­du, Micha­ło­wi Lip­szy­co­wi, któ­ry wyko­nał ogrom­ną i nie­zwy­kle fine­zyj­ną pra­cę, uda­ło się oddać ten cha­rak­te­ry­stycz­ny dla Luna­tycz­nej kra­iny idio­lekt Couto. I tak na przy­kład do sło­wa „admi­ni­stra­tor” wkra­da się „zdra­da”, dzię­ki cze­mu otrzy­mu­je­my „admi­niz­dra­do­ra”, a „namysł” połą­czo­ny ze „słu­cha­niem” zmie­nia się w melan­cho­lij­ne i jed­no­cze­śnie świad­czą­ce o uważ­no­ści „namy­słu­cha­jąc”. Napo­ty­ka­my tu rów­nież inne neo­lo­gi­zmy, takie jak: „współ­do­ka­zu­jąc” i „poza­wi­dze­nie”, „zmie­liź­nię­ty okręt” czy „samot­ni­cze­nie”, a tak­że „szla­mot­ność” i „wyko­la­nio­ne nogi”. Podob­ne przy­kła­dy moż­na by mno­żyć, jest ich tak wie­le, że przy­to­cze­nie więk­szej ich czę­ści sta­je się nie­moż­li­we. Myślę jed­nak, że już na pod­sta­wie tych kil­ku wybra­nych widać przy­ję­tą przez Couto (i tłu­ma­cza) zasa­dę two­rze­nia i jej efekt. Skle­ja­nie róż­nych słów spra­wia, że ich zna­cze­nia się roz­ra­sta­ją, roz­cho­dzą na róż­ne stro­ny, roz­wi­dla­ją, co pozwa­la czy­tel­nicz­ce na pew­ne­go rodza­ju wybór kie­run­ku i niu­an­su.

Być może kie­dy język jest migo­tli­wy, wie­lo­znacz­ny i w ruchu, kie­dy moż­na nim wię­cej wyra­zić, to zie­mia prze­sta­je luna­ty­ko­wać, sta­je się bar­dziej sta­bil­na, przy­sta­je.

 

1 Poprzed­nie pol­skie wyda­nie uka­za­ło się w 2010 roku nakła­dem Wydaw­nic­twa Karak­ter.

2 M. Couto, Luna­tycz­na kra­ina, tłum. M. Lip­szyc, War­sza­wa: Wydaw­nic­two ArtRa­ge, 2025, s. 2.

3 Tam­że.

4 Tam­że, s. 82.

5 Tam­że, s. 117.

6 Tam­że, s. 291.

7 Tam­że, s. 1.

8 Tam­że, s. 9.

– poetka, tłumaczka.

więcej →

Fallback Avatar

– tworzący w języku portugalskim mozambicki pisarz i poeta.

więcej →

Powiązane teksty

29.04.2026
Recenzje

Gdyby przyszły wieści, że cały Teheran wywaliło w kosmos, nie kłopocz się szukaniem zwłok – „Nie ma co” Mahsy Mohebali

Nie ma co można odczytać jak dokument wyśnionego momentu w historii Iranu. Powieść przedstawia topografię Teheranu sprzed lat, sieć ulic, dzielnic, domów i zakamarków. Czytana dziś, nieuchronnie zmusza nas do zadawania pytań o aktualny wygląd tej mapy – o książce Mahsy Mohebali pisze Aleksandra Samonek.