Uchować coś przed zmianą. Poeci Nowej Fali w obiektywie Joanny Helander

„Okre­śle­nie Nowa Fala zawsze uwa­ża­łem za nie­uda­ne i mylą­ce”1 – przy­zna­wał Sta­ni­sław Barań­czak. Przede wszyst­kim nie było ory­gi­nal­ne, lecz prze­szcze­pio­ne, mimo to do powo­jen­ne­go poko­le­nia pol­skich poetów przy­lgnę­ło niczym tytuł pod­ręcz­ni­ko­we­go roz­dzia­łu. Być może poeci wole­li­by swe­try w jaskra­wych kolo­rach i zmię­to­szo­ne ramo­ne­ski. Podo­ba­ły­by im się dziew­czy­ny à la Jean­ne More­au, tajem­ni­cze, w ciem­nych oku­la­rach i jedwab­nych chu­s­tach na wło­sach, albo à la Jean Seberg, roze­śmia­ne, w koszul­kach i dżin­sach. Flir­to­wa­li­by i ana­li­zo­wa­li Spo­łe­czeń­stwo spek­ta­klu Guy Debor­da. Zapew­ne od mar­ca wole­li­by maj. Dane im były jed­nak odcie­nie sza­ro­ści, przej­ścio­we pory roku. Byli zmu­sze­ni, jak pisał Sta­ni­sław Barań­czak, „miesz­kać kątem u sie­bie / czte­ry kąty a szpieg pią­ty”2. W tam­tym cza­sie Nowa Fala była okre­śle­niem łatwiej­szym do przy­ję­cia przez cen­zu­rę niż Marzec ’68. W roz­mo­wie z Krzysz­to­fem Bie­drzyc­kim Barań­czak mówił: „fala koja­rzy się, mnie przy­naj­mniej, ze śle­pą żywio­ło­wo­ścią i zara­zem mecha­nicz­ną mono­to­nią”3. Poeta pod­kre­ślał, że wła­dzy w latach 70. szcze­gól­nie zale­ża­ło na tym, żeby poko­le­nie jak naj­szyb­ciej zapo­mnia­ło o swo­ich mar­co­wych począt­kach.

W obiek­ty­wie Joan­ny Helan­der Sta­ni­sław Barań­czak nosi się porząd­nie, jak przy­sta­ło na nauczy­cie­la aka­de­mic­kie­go. Autor Tryp­ty­ku z beto­nu, zmę­cze­nia i śnie­gu sie­dzi oto­czo­ny książ­ka­mi. Ale wła­śnie zła­mał nogę, więc trzy­ma ją wyso­ko na biur­ku: „po ame­ry­kań­sku”, choć dopie­ro za pewien czas zosta­nie pro­fe­so­rem Harvar­du. Z kolei Ryszard Kry­nic­ki został sfo­to­gra­fo­wa­ny w ogo­ło­co­nym miesz­ka­niu wśród odra­pa­nych ścian. Naj­waż­niej­szym deta­lem są weł­nia­ne skar­pe­ty góral­skie. Poeta sie­dzi na pod­ło­dze, pod żarów­ką bez klo­sza, na roz­ło­żo­nych gaze­tach leżą kubek, zapał­ki i papie­ro­sy. Kie­dy indziej kuli się na wie­trze, w tle widać poznań­ski blok i cze­ka­ją­ce na zabe­to­no­wa­nie nie­użyt­ki. Julian Korn­hau­ser stoi na most­ku, w dole wije się sza­ra rzecz­ka. Adam Zaga­jew­ski zaś stoi na bal­ko­nie swo­je­go kra­kow­skie­go miesz­ka­nia w blo­ku przy uli­cy Chro­bre­go: barier­ka jest zardze­wia­ła, w doni­cach zapew­ne nigdy nic nie rosło, na posadz­ce leżą szma­ta i prze­wią­za­ne sznur­kiem gaze­ty. Sam mło­dy poeta jest roze­śmia­ny. Jak twier­dzi Joan­na Helan­der, aby powstał dobry por­tret, koniecz­ny jest kon­takt mode­la z foto­gra­fem. Wyobra­żam sobie, że powie­dzia­ła wów­czas coś po ślą­sku. Jest z Rudy Ślą­skiej, Zaga­jew­ski spę­dził dzie­ciń­stwo w Gli­wi­cach, ale jego rodzi­na pocho­dzi­ła ze Lwo­wa. Napię­cia mię­dzy gru­pa­mi kre­so­wy­mi a ślą­skim „ple­mio­na­mi” opi­sał w ese­ju Dwa mia­sta. Zda­je się, że Helan­der z poczu­ciem humo­ru poka­za­ła tak­że „małą sta­bi­li­za­cję” mał­żeń­stwa Ali­cji i Julia­na Korn­hau­se­rów: szczę­śli­wą parę z siat­ką z Pewe­xu, na uli­cy.

Foto­gra­fie Joan­ny Helan­der, a tak­że fil­my i dia­po­ra­my zre­ali­zo­wa­ne przez nią i Bo Per­s­so­na mogli­śmy ostat­nio podzi­wiać na wysta­wie Moż­ność utrwa­la­nia w war­szaw­skim Muzeum Lite­ra­tu­ry. W wyda­nym z tej oka­zji albu­mie Co będzie świa­dec­twem. Poko­le­nie ’68 i inni zna­la­zły się mię­dzy inny­mi szki­ce Iwo­ny Kurz i Krzysz­to­fa Siw­czy­ka, tek­sty Ada­ma Mich­ni­ka i Tade­usza Nycz­ka, wier­sze Sta­ni­sła­wa Barań­cza­ka, Ada­ma Zaga­jew­skie­go, Ryszar­da Kry­nic­kie­go i Julia­na Korn­hau­se­ra.

Okładka książki Joanny Helander pt. „Co będzie świadectwem. Pokolenie ’68 i inni”
Joanna Helander, „Co będzie świadectwem. Pokolenie ’68 i inni / What Will Bear Witness. Generation ’68 and others”, Warszawa: Muzeum Literatury w Warszawie; Kino Koszyk HB, 2025.

To Helan­der zro­bi­ła sesję nie­śmia­łej Wisła­wie Szym­bor­skiej. Poet­ka zgo­dzi­ła się na zdję­cia za namo­wą Kor­ne­la Fili­po­wi­cza; zapew­ne on dbał o to, żeby nie przej­mo­wa­ła się obiek­ty­wem. Na foto­gra­fiach Szym­bor­ska jest swo­bod­na: trzy­ma fili­żan­kę kawy, z roz­ko­szą zacią­ga się papie­ro­sem. Po latach Helan­der towa­rzy­szy­ła Szym­bor­skiej pod­czas cere­mo­nii noblow­skiej: bodaj naj­pięk­niej­sze z tych zdjęć jest roz­my­te, zapew­ne zro­bio­ne w ruchu: poet­ka naprze­ciw­ko kró­la, z meda­lem w dło­niach, za chwi­lę zapo­mni, komu naj­pierw trze­ba się ukło­nić. Prze­waż­nie w obiek­ty­wie Helan­der auto­rzy są jed­nak jak u sie­bie: Kor­nel Fili­po­wicz w arty­stycz­nym nie­ła­dzie ksią­żek i papie­rów, Jan Błoń­ski z ide­al­nie upo­rząd­ko­wa­ną biblio­te­ką za ple­ca­mi, Han­na Krall na pero­nie, w płasz­czu z kap­tu­rem, na chwi­lę przed podró­żą. Nie pozu­ją; foto­graf­ka posta­ra­ła się, żeby na chwi­lę o sobie zapo­mnie­li.

Autorka zdjęć (Joanna Helander) ogląda wystawę

Jej styl nazwa­no „zapi­sem poetyc­kim”, to cel­ne okre­śle­nie, ponie­waż pra­ce te odbie­ga­ją od repor­ta­żu, suchej doku­men­ta­li­sty­ki, dale­kie są tak­że od dosad­no­ści. Foto­gra­ficz­ny język Helan­der opie­ra się na nie­do­po­wie­dze­niu, zaska­ku­ją­cym zde­rze­niu obra­zów. W jed­nej z roz­mów artyst­ka zdra­dzi­ła, że zawsze chcia­ła nakrę­cić film o przy­jaź­ni – i jej por­tre­ty ukła­da­ją się wła­śnie w taką opo­wieść. Helan­der nie obna­ża swo­ich mode­li, nie dema­sku­je ich, ale i nie upięk­sza. Nie sta­ra się two­rzyć przed­sta­wień ofi­cjal­nych, nada­ją­cych się na monu­ment. Zresz­tą nigdy nie szu­ka­ła gwiazd dba­ją­cych o wła­sny wyre­tu­szo­wa­ny wize­ru­nek. Olgę Tokar­czuk foto­gra­fo­wa­ła po raz pierw­szy kil­ka dekad temu, kie­dy ta była roze­śmia­ną i zbun­to­wa­ną mło­dą pisar­ką.

Zdję­cia przed­sta­wia­ją­ce poetów Nowej Fali two­rzą szcze­gól­ny zbiór w dorob­ku Helan­der. Towa­rzy­szy­ła ona twór­com przed dłu­gi czas, zanim ich tek­sty zapi­sa­ły się w histo­rii lite­ra­tu­ry. Wów­czas byli jesz­cze podob­ni do Krzysz­to­fa Ore­mu­sa, boha­te­ra powie­ści Cie­pło, zim­no, i zada­wa­li kło­po­tli­we pyta­nia, odrzu­ca­li drę­twą nowo­mo­wę, recy­to­wa­li wier­sze z pamię­ci. Ewa Lip­ska jako głos poko­le­nia pisa­ła: „My – rocz­nik powo­jen­ny otwar­ty na oścież / w peł­no­kom­for­to­wym sta­nie swo­je­go cia­ła / czy­ta­my Sartre’a i książ­ki tele­fo­nicz­ne”4.

Joan­na Helan­der zali­cza się do tego gro­na. Nale­ży do gene­ra­cji, o któ­rej czy­ta­my:

my zazdro­ści­my tym
któ­rzy w wyso­kich sznu­ro­wa­nych butach
prze­szli przez woj­nę
[…]

 

Odda­no naro­dze­niem naszym cześć – zabi­tym.

 

A pamięć prze­strze­lo­ną dźwi­ga­my
już my5.

Podob­nie jak poeci, rów­nież Helan­der w pierw­szym poko­le­niu jest obcią­żo­na Histo­rią – w jej wypad­ku szcze­gól­nie zło­żo­ną, ponie­waż ślą­ską po mat­ce i nie­miec­ko-żydow­ską po ojcu. W nakrę­co­nym wspól­nie z Bo Per­s­so­nem fil­mie Powro­ty foto­graf­ka opo­wia­da:

Mimo iż sama mia­łam szczę­ście uro­dzić się po woj­nie, czę­sto ukła­dam pla­ny i stra­te­gie prze­ży­cia. Naj­wi­docz­niej to spa­dek po moim świę­tej pamię­ci ojcu – cią­gła goto­wość na wypa­dek kata­stro­fy. Ponad trzy­dzie­ści lat temu w dro­dze do karcz­my w Lubo­szy­cach z eki­pą fil­mo­wą uświa­do­mi­łam sobie, że gdy­by mnie kie­dyś roz­wa­lo­no w przy­ko­pie w nie­wia­do­mym miej­scu, lub roz­strze­la­no w ponu­rym wię­zie­niu, nie mia­ła­bym nic prze­ciw­ko temu, aby wnu­ki mojej sio­stry pół wie­ku póź­niej spró­bo­wa­ły dowie­dzieć się, jak i gdzie to się sta­ło. Nie jestem Żydów­ką, ale sta­ję się nią coraz bar­dziej6.

W mar­cu 1968 Helan­der (wów­czas jesz­cze Joan­na Koszyk) nale­ża­ła do stu­denc­kie­go komi­te­tu straj­ko­we­go i była prze­słu­chi­wa­na. Do wię­zie­nia tra­fi­ła zaraz póź­niej – za to, że razem z sio­strą i kole­żan­ką z aka­de­mi­ka wywie­si­ły pla­kat z napi­sem „Moska­le, precz od Cze­cho­sło­wa­cji!”. Demon­stra­cja trwa­ła może dzie­sięć minut, ponie­waż pla­kat został zdję­ty przez „opie­ku­na spo­łecz­ne­go” aka­de­mi­ka. „Za każ­dą minu­tę dosta­łam mie­siąc wię­zie­nia”7 – opo­wia­da foto­graf­ka. Nie spo­dzie­wa­ła się, że zosta­nie ska­za­na. Przy­zna­ła się do wywie­sze­nia pla­ka­tu i nie żału­je, ponie­waż był słusz­ny. Prze­słu­chu­ją­cy powta­rza­li wciąż te same pyta­nia, nie mogli uwie­rzyć, że wystę­po­wa­ła z wła­snej ini­cja­ty­wy, a jej dzia­ła­nie nie zosta­ło zle­co­ne przez sze­fa siat­ki kon­spi­ra­cyj­nej. O swo­ich doświad­cze­niach mogła­by mówić sło­wa­mi wier­sza Ryszar­da Kry­nic­kie­go:

Może byli­śmy dzieć­mi, nie mie­li­śmy doświad­cze­nia,
wie­dzie­li­śmy tyl­ko, że zmu­sza się nas do wia­ry w kłam­stwo.
I napraw­dę nie wie­dzie­li­śmy, cze­go wię­cej chce­my,
oprócz posza­no­wa­nia ludz­kich praw i prawd8.

Pod­czas odsiad­ki dużo czy­ta­ła, uczy­ła się wię­zien­ne­go języ­ka, pew­na zło­dziej­ka opo­wie­dzia­ła jej o tym, jak pra­cu­ją kie­szon­kow­cy. Ale przede wszyst­kim ten czas uświa­do­mił arty­st­ce potwor­ność real­ne­go socja­li­zmu. Helan­der zosta­ła rele­go­wa­na z uczel­ni, póź­niej co praw­da pozwo­lo­no jej wró­cić, ale pozba­wio­no ją sty­pen­dium, nało­żo­no na nią rów­nież zakaz miesz­ka­nia w aka­de­mi­ku. Z koniecz­no­ści wró­ci­ła więc do Rudy Ślą­skiej, gdzie nie mogła dostać nawet pra­cy fizycz­nej. Nie zgo­dzi­ła się na ofer­tę „współ­pra­cy”. Wer­bu­ją­ce­mu ją ube­ko­wi oświad­czy­ła, że pla­nu­je wstą­pić do klasz­to­ru. Kie­dy jej sio­stra wyszła za mąż za pozna­ne­go kil­ka lat wcze­śniej nad morzem Szwe­da, sama tak­że poszła w jej śla­dy. W Szwe­cji zosta­ła pro­fe­sjo­nal­ną foto­graf­ką.

„Na szwedz­kich papie­rach” przy­jeż­dża­ła do kra­ju. Dyrek­cja gale­rii w Göte­bor­gu popro­si­ła ją o zor­ga­ni­zo­wa­nie festi­wa­lu pol­skiej kul­tu­ry nie­za­leż­nej. Wów­czas Helan­der pozna­ła Teatr Ósme­go Dnia, czy­li dzia­ła­ją­cych w Pozna­niu poetów i mala­rzy swo­je­go poko­le­nia. Pró­ba ścią­gnię­cia za gra­ni­cę twór­ców mają­cych pro­ble­my z cen­zu­rą począt­ko­wo zda­wa­ła się mrzon­ką, ale po powsta­niu „Soli­dar­no­ści” wszy­scy otrzy­ma­li pasz­por­ty. Do Szwe­cji przy­by­li poeci Nowej Fali, arty­ści Teatru Ósme­go Dnia, mala­rze Gru­py Wprost, a tak­że Agniesz­ka Hol­land. „Cza­sem trze­ba robić rze­czy na waria­ta, nie myśleć o ogra­ni­cze­niach, bo tyl­ko wte­dy rze­czy nie­moż­li­we mogą się udać”9– mówi­ła po latach Helan­der w roz­mo­wie z Kry­sty­ną Naszkow­ską.

Artyst­ka wpraw­dzie oglą­da­ła Pol­skę z dystan­su, lecz mimo wszyst­ko było to dotkli­we i intym­ne doświad­cze­nie. W 1980 roku foto­gra­fo­wa­ła kory­tarz na poczcie w Kra­ko­wie, a w nim ludzi smut­nych, znu­dzo­nych, znie­cier­pli­wio­nych, zasło­nię­tych płach­ta­mi gazet. Nad zgro­ma­dzo­ny­mi tam oso­ba­mi – pro­pa­gan­do­we pla­ka­ty i hasła: „Wal­ka ze złem two­im oby­wa­tel­skim obo­wiąz­kiem. Naj­bar­dziej liczy się dobry oso­bi­sty przy­kład”, „Polak to patrio­ta. Patrio­tyzm to rze­tel­na pra­ca”, „Jed­ność naro­du. Siła Pol­ski”. Foto­graf­ka była wystar­cza­ją­co dale­ko, aby dostrzec iro­nię tego rodza­ju wąt­pli­wych deko­ra­cji. Rów­no­cze­śnie pozo­sta­wa­ła dosta­tecz­nie bli­sko, by mieć świa­do­mość, że te nachal­ne fra­ze­sy kształ­tu­ją rze­czy­wi­stość. Emi­gra­cja była wymu­szo­ną decy­zją: dwu­dzie­sto­pa­ro­let­nia dziew­czy­na nie mogła ani stu­dio­wać, ani nawet zna­leźć pra­cy przy fabrycz­nej taśmie. Helan­der szy­ka­no­wa­no tak­że za to, że poka­zu­je się z czar­no­skó­rym chło­pa­kiem, stu­den­tem pra­wa z Kon­ga. Kil­ka lat póź­niej, w 1977 roku, w rodzin­nej Rudzie Ślą­skiej artyst­ka uwiecz­ni­ła na zdję­ciach dwa ogrom­ne pla­ka­ty komu­ni­stycz­ne. Po jed­nej stro­nie traw­ni­ka: „W socja­li­zmie: peł­ne zatrud­nie­nie, pra­wo do wykształ­ce­nia. Pra­wo do odpo­czyn­ku, zabez­pie­cze­nie socjal­ne, rze­czy­wi­sta demo­kra­cja, zakaz pro­pa­gan­dy wojen­nej”. Po dru­giej stro­nie: „W kapi­ta­li­zmie: milio­ny bez­ro­bot­nych, mili­ta­ryzm, anty­ko­mu­nizm, rasizm i nie­to­le­ran­cja, nie­pew­ność jutra”.

Autorka tekstu (Anna Arno) także ogląda wystawę

Od począt­ku lat 80. XX wie­ku Helan­der przy­jeż­dża­ła do Pol­ski w towa­rzy­stwie Bo Per­s­so­na. W tym samym cza­sie obo­je zapro­si­li do Szwe­cji Teatr Ósme­go Dnia: ona do Göte­bor­ga, on do Sztok­hol­mu. Od tam­tej pory dzie­li­li życie twór­cze. W 1982 roku orga­ni­zo­wa­li pomoc medycz­ną dla Pol­ski, a przy oka­zji zosta­li łącz­ni­ka­mi opo­zy­cji z Zacho­dem. Wspól­nie stwo­rzy­li kil­ka­na­ście fil­mów. Ze zdjęć Helan­der kom­po­no­wa­li dia­po­ra­my: rucho­me obra­zy, albu­my przed­sta­wia­ją­ce ludzi, któ­rzy „wie­dzie­li, że to nie­słusz­ne”10, a póź­niej roze­szli się w róż­ne stro­ny. Pod­czas powro­tów do kra­ju Helan­der wspie­ra­ła powsta­wa­nie kul­tu­ry nie­za­leż­nej, wydaw­ni­cze­go pod­zie­mia. Jak wspo­mi­nał Tade­usz Nyczek:

[zarów­no – A.A.] dla mnie, jak i dla licz­nych przy­ja­ciół i zna­jo­mych, któ­rzy men­tal­nie wywo­dzi­my się z Mar­ca ’68, Joan­na i jej twór­cza robo­ta była po pro­stu naszą wspól­ną spra­wą, nie­zby­wal­ną czę­ścią życia przez ponad pół wie­ku. I nadal dla wie­lu wciąż trwa­ją­cą, choć czas wyry­wa nas po kawał­ku, zosta­wia­jąc tyl­ko pamięć.

„Brak świa­teł”– to spły­wa­ją­cy bia­łą far­bą napis na deskach bara­ko­wo­zu, o któ­ry w 1982 roku opie­rał się Ryszard Kry­nic­ki. Kil­ka­na­ście lat póź­niej poeta w czar­nym płasz­czu pozo­wał na tle graf­fi­ti: „Tu, kur­wa, przy­cho­dzą same czub­ki”. Z bie­giem lat dążą­cy do coraz zwięź­lej­szej for­my autor nie miał nic prze­ciw­ko towa­rzy­stwu cudze­go nie­le­gal­nie wysma­ro­wa­ne­go na ścia­nie zda­nia.

Każ­dy z poetów Nowej Fali poszedł swo­ją dro­gą. „Nowa Fala – stąd bie­rze się jej siła i sła­bość – czer­pa­ła z emo­cji zbio­ro­wych, prze­czu­wa­nych nie­raz tyl­ko czy hipo­te­tycz­nych”11 – pisał Adam Zaga­jew­ski. Po latach poeta wyty­kał wła­snej for­ma­cji prze­sad­ną namięt­ność w gło­sze­niu poglą­dów i zbyt­nie prze­ko­na­nie o ich słusz­no­ści. Jed­no­cze­śnie stwier­dzał: „poli­tycz­nie rzecz bio­rąc, Nowa Fala nie myli­ła się istot­nie, słusz­ność była po jej stro­nie”12.

Cza­sy się zmie­ni­ły i nie trze­ba już było, jak w Co jest gra­ne Barań­cza­ka, „pusz­czać do sie­bie oka, nie pusz­cza­jąc far­by”13. Poeci znów mogli pisać o miło­ści, a Joan­na Helan­der – wró­cić z apa­ra­tem na swo­je ślą­skie podwór­ko.

 

1 S. Barań­czak, Jestem pięk­no­du­chem, este­tą i par­na­si­stą, rozm. przepr. K. Bie­drzyc­ki, „NaGłos” 1991, nr 4, s. 77.

2 Ten­że, Miesz­kać [w:] tegoż, Wier­sze zebra­ne, Kra­ków: Wydaw­nic­two a5, 2006, s. 215.

3 Ten­że, Jestem pięk­no­du­chem…, s. 77.

4 E. Lip­ska, My, „Zin­te­gro­wa­na Plat­for­ma Edu­ka­cyj­na”, onli­ne: https://zpe.gov.pl/a/przeczytaj/DjfE9YEb0 [dostęp: 4.01.2026].

5 Tam­że.

6 Powroty/Aterkomster, reż. i scen. J. Helan­der, B. Per­s­son, Szwe­cja, 1992.

7 J. Helan­der, Cza­sem trze­ba coś robić na waria­ta, bo tyl­ko wte­dy rze­czy nie­moż­li­we mogą się udać, rozm. przepr. K. Naszkow­ska, „Wyso­kie Obca­sy” 2016, onli­ne: https://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/7,53662,21025119,czasem-trzeba-cos-robic-na-wariata-bo-tylko-wtedy-rzeczy.html [dostęp: 4.01.2026].

8 R. Kry­nic­ki, I napraw­dę nie wie­dzie­li­śmy [w:] tegoż, Wier­sze wybra­ne, Kra­ków: Wydaw­nic­two a5, 2014, s. 76.

9 J. Helan­der, Cza­sem trze­ba coś robić na waria­ta

10 Zob. S. Barań­czak, Ja wiem, że to nie­słusz­ne [w:] tegoż, Wier­sze zebra­ne, s. 197.

11 A. Zaga­jew­ski, W cudzym pięk­nie, Kra­ków: Wydaw­nic­two a5, 1998, s. 190.

12 Tam­że, s. 191.

13 S. Barań­czak, Co jest gra­ne [w:] tegoż, Wier­sze zebra­ne, s. 164.

– pisarka, eseistka i tłumaczka, z wykształcenia historyczka sztuki.

więcej →

Joanna Helander

– fotografka, reżyserka filmów dokumentalnych, pisarka i tłumaczka.

więcej →

Powiązane teksty

11.09.2025
Interferencje

Ludzie kultury right into pod tram. O niewidzialnej linii tramwajowej polskiej poezji

Skoro awangarda nie znosi przeszłości i pozytywnych o niej narracji, a muzea i archiwa nakazuje spalić, czy jej idealną wizją historii nie mogłaby być ta, która ma źródło w przyszłości, „zmienia przeszłość”, nie pozwala jej zastygnąć, skostnieć? – o wybranej twórczości Jerzego Jankowskiego, Darka Foksa i Anouk Herman pisze Marta Baron-Milian.

23.07.2025
Interferencje

Fajne korale. Język fotografii artystycznej oraz język poezji 

Jedną z nieoczywistych kwestii dotyczących odbioru poezji jest kwestia zmysłowości, także zmysłowości słów jako takich. Słowa mają podobne właściwości jak inne materiały artystyczne: farby, tkaniny, żywice – to stwierdzenie prowokacyjne, ale zachęcające, by podczas lektury śledzić przepływ własnej zmysłowej przyjemności – z Witkiem Orskim rozmawia Natalia Malek.