„Określenie Nowa Fala zawsze uważałem za nieudane i mylące”1 – przyznawał Stanisław Barańczak. Przede wszystkim nie było oryginalne, lecz przeszczepione, mimo to do powojennego pokolenia polskich poetów przylgnęło niczym tytuł podręcznikowego rozdziału. Być może poeci woleliby swetry w jaskrawych kolorach i zmiętoszone ramoneski. Podobałyby im się dziewczyny à la Jeanne Moreau, tajemnicze, w ciemnych okularach i jedwabnych chustach na włosach, albo à la Jean Seberg, roześmiane, w koszulkach i dżinsach. Flirtowaliby i analizowali Społeczeństwo spektaklu Guy Deborda. Zapewne od marca woleliby maj. Dane im były jednak odcienie szarości, przejściowe pory roku. Byli zmuszeni, jak pisał Stanisław Barańczak, „mieszkać kątem u siebie / cztery kąty a szpieg piąty”2. W tamtym czasie Nowa Fala była określeniem łatwiejszym do przyjęcia przez cenzurę niż Marzec ’68. W rozmowie z Krzysztofem Biedrzyckim Barańczak mówił: „fala kojarzy się, mnie przynajmniej, ze ślepą żywiołowością i zarazem mechaniczną monotonią”3. Poeta podkreślał, że władzy w latach 70. szczególnie zależało na tym, żeby pokolenie jak najszybciej zapomniało o swoich marcowych początkach.
W obiektywie Joanny Helander Stanisław Barańczak nosi się porządnie, jak przystało na nauczyciela akademickiego. Autor Tryptyku z betonu, zmęczenia i śniegu siedzi otoczony książkami. Ale właśnie złamał nogę, więc trzyma ją wysoko na biurku: „po amerykańsku”, choć dopiero za pewien czas zostanie profesorem Harvardu. Z kolei Ryszard Krynicki został sfotografowany w ogołoconym mieszkaniu wśród odrapanych ścian. Najważniejszym detalem są wełniane skarpety góralskie. Poeta siedzi na podłodze, pod żarówką bez klosza, na rozłożonych gazetach leżą kubek, zapałki i papierosy. Kiedy indziej kuli się na wietrze, w tle widać poznański blok i czekające na zabetonowanie nieużytki. Julian Kornhauser stoi na mostku, w dole wije się szara rzeczka. Adam Zagajewski zaś stoi na balkonie swojego krakowskiego mieszkania w bloku przy ulicy Chrobrego: barierka jest zardzewiała, w donicach zapewne nigdy nic nie rosło, na posadzce leżą szmata i przewiązane sznurkiem gazety. Sam młody poeta jest roześmiany. Jak twierdzi Joanna Helander, aby powstał dobry portret, konieczny jest kontakt modela z fotografem. Wyobrażam sobie, że powiedziała wówczas coś po śląsku. Jest z Rudy Śląskiej, Zagajewski spędził dzieciństwo w Gliwicach, ale jego rodzina pochodziła ze Lwowa. Napięcia między grupami kresowymi a śląskim „plemionami” opisał w eseju Dwa miasta. Zdaje się, że Helander z poczuciem humoru pokazała także „małą stabilizację” małżeństwa Alicji i Juliana Kornhauserów: szczęśliwą parę z siatką z Pewexu, na ulicy.
Fotografie Joanny Helander, a także filmy i diaporamy zrealizowane przez nią i Bo Perssona mogliśmy ostatnio podziwiać na wystawie Możność utrwalania w warszawskim Muzeum Literatury. W wydanym z tej okazji albumie Co będzie świadectwem. Pokolenie ’68 i inni znalazły się między innymi szkice Iwony Kurz i Krzysztofa Siwczyka, teksty Adama Michnika i Tadeusza Nyczka, wiersze Stanisława Barańczaka, Adama Zagajewskiego, Ryszarda Krynickiego i Juliana Kornhausera.
To Helander zrobiła sesję nieśmiałej Wisławie Szymborskiej. Poetka zgodziła się na zdjęcia za namową Kornela Filipowicza; zapewne on dbał o to, żeby nie przejmowała się obiektywem. Na fotografiach Szymborska jest swobodna: trzyma filiżankę kawy, z rozkoszą zaciąga się papierosem. Po latach Helander towarzyszyła Szymborskiej podczas ceremonii noblowskiej: bodaj najpiękniejsze z tych zdjęć jest rozmyte, zapewne zrobione w ruchu: poetka naprzeciwko króla, z medalem w dłoniach, za chwilę zapomni, komu najpierw trzeba się ukłonić. Przeważnie w obiektywie Helander autorzy są jednak jak u siebie: Kornel Filipowicz w artystycznym nieładzie książek i papierów, Jan Błoński z idealnie uporządkowaną biblioteką za plecami, Hanna Krall na peronie, w płaszczu z kapturem, na chwilę przed podróżą. Nie pozują; fotografka postarała się, żeby na chwilę o sobie zapomnieli.
Jej styl nazwano „zapisem poetyckim”, to celne określenie, ponieważ prace te odbiegają od reportażu, suchej dokumentalistyki, dalekie są także od dosadności. Fotograficzny język Helander opiera się na niedopowiedzeniu, zaskakującym zderzeniu obrazów. W jednej z rozmów artystka zdradziła, że zawsze chciała nakręcić film o przyjaźni – i jej portrety układają się właśnie w taką opowieść. Helander nie obnaża swoich modeli, nie demaskuje ich, ale i nie upiększa. Nie stara się tworzyć przedstawień oficjalnych, nadających się na monument. Zresztą nigdy nie szukała gwiazd dbających o własny wyretuszowany wizerunek. Olgę Tokarczuk fotografowała po raz pierwszy kilka dekad temu, kiedy ta była roześmianą i zbuntowaną młodą pisarką.
Zdjęcia przedstawiające poetów Nowej Fali tworzą szczególny zbiór w dorobku Helander. Towarzyszyła ona twórcom przed długi czas, zanim ich teksty zapisały się w historii literatury. Wówczas byli jeszcze podobni do Krzysztofa Oremusa, bohatera powieści Ciepło, zimno, i zadawali kłopotliwe pytania, odrzucali drętwą nowomowę, recytowali wiersze z pamięci. Ewa Lipska jako głos pokolenia pisała: „My – rocznik powojenny otwarty na oścież / w pełnokomfortowym stanie swojego ciała / czytamy Sartre’a i książki telefoniczne”4.
Joanna Helander zalicza się do tego grona. Należy do generacji, o której czytamy:
my zazdrościmy tym
którzy w wysokich sznurowanych butach
przeszli przez wojnę
[…]
Oddano narodzeniem naszym cześć – zabitym.
A pamięć przestrzeloną dźwigamy
już my5.
Podobnie jak poeci, również Helander w pierwszym pokoleniu jest obciążona Historią – w jej wypadku szczególnie złożoną, ponieważ śląską po matce i niemiecko-żydowską po ojcu. W nakręconym wspólnie z Bo Perssonem filmie Powroty fotografka opowiada:
Mimo iż sama miałam szczęście urodzić się po wojnie, często układam plany i strategie przeżycia. Najwidoczniej to spadek po moim świętej pamięci ojcu – ciągła gotowość na wypadek katastrofy. Ponad trzydzieści lat temu w drodze do karczmy w Luboszycach z ekipą filmową uświadomiłam sobie, że gdyby mnie kiedyś rozwalono w przykopie w niewiadomym miejscu, lub rozstrzelano w ponurym więzieniu, nie miałabym nic przeciwko temu, aby wnuki mojej siostry pół wieku później spróbowały dowiedzieć się, jak i gdzie to się stało. Nie jestem Żydówką, ale staję się nią coraz bardziej6.
W marcu 1968 Helander (wówczas jeszcze Joanna Koszyk) należała do studenckiego komitetu strajkowego i była przesłuchiwana. Do więzienia trafiła zaraz później – za to, że razem z siostrą i koleżanką z akademika wywiesiły plakat z napisem „Moskale, precz od Czechosłowacji!”. Demonstracja trwała może dziesięć minut, ponieważ plakat został zdjęty przez „opiekuna społecznego” akademika. „Za każdą minutę dostałam miesiąc więzienia”7 – opowiada fotografka. Nie spodziewała się, że zostanie skazana. Przyznała się do wywieszenia plakatu i nie żałuje, ponieważ był słuszny. Przesłuchujący powtarzali wciąż te same pytania, nie mogli uwierzyć, że występowała z własnej inicjatywy, a jej działanie nie zostało zlecone przez szefa siatki konspiracyjnej. O swoich doświadczeniach mogłaby mówić słowami wiersza Ryszarda Krynickiego:
Może byliśmy dziećmi, nie mieliśmy doświadczenia,
wiedzieliśmy tylko, że zmusza się nas do wiary w kłamstwo.
I naprawdę nie wiedzieliśmy, czego więcej chcemy,
oprócz poszanowania ludzkich praw i prawd8.
Podczas odsiadki dużo czytała, uczyła się więziennego języka, pewna złodziejka opowiedziała jej o tym, jak pracują kieszonkowcy. Ale przede wszystkim ten czas uświadomił artystce potworność realnego socjalizmu. Helander została relegowana z uczelni, później co prawda pozwolono jej wrócić, ale pozbawiono ją stypendium, nałożono na nią również zakaz mieszkania w akademiku. Z konieczności wróciła więc do Rudy Śląskiej, gdzie nie mogła dostać nawet pracy fizycznej. Nie zgodziła się na ofertę „współpracy”. Werbującemu ją ubekowi oświadczyła, że planuje wstąpić do klasztoru. Kiedy jej siostra wyszła za mąż za poznanego kilka lat wcześniej nad morzem Szweda, sama także poszła w jej ślady. W Szwecji została profesjonalną fotografką.
„Na szwedzkich papierach” przyjeżdżała do kraju. Dyrekcja galerii w Göteborgu poprosiła ją o zorganizowanie festiwalu polskiej kultury niezależnej. Wówczas Helander poznała Teatr Ósmego Dnia, czyli działających w Poznaniu poetów i malarzy swojego pokolenia. Próba ściągnięcia za granicę twórców mających problemy z cenzurą początkowo zdawała się mrzonką, ale po powstaniu „Solidarności” wszyscy otrzymali paszporty. Do Szwecji przybyli poeci Nowej Fali, artyści Teatru Ósmego Dnia, malarze Grupy Wprost, a także Agnieszka Holland. „Czasem trzeba robić rzeczy na wariata, nie myśleć o ograniczeniach, bo tylko wtedy rzeczy niemożliwe mogą się udać”9– mówiła po latach Helander w rozmowie z Krystyną Naszkowską.
Artystka wprawdzie oglądała Polskę z dystansu, lecz mimo wszystko było to dotkliwe i intymne doświadczenie. W 1980 roku fotografowała korytarz na poczcie w Krakowie, a w nim ludzi smutnych, znudzonych, zniecierpliwionych, zasłoniętych płachtami gazet. Nad zgromadzonymi tam osobami – propagandowe plakaty i hasła: „Walka ze złem twoim obywatelskim obowiązkiem. Najbardziej liczy się dobry osobisty przykład”, „Polak to patriota. Patriotyzm to rzetelna praca”, „Jedność narodu. Siła Polski”. Fotografka była wystarczająco daleko, aby dostrzec ironię tego rodzaju wątpliwych dekoracji. Równocześnie pozostawała dostatecznie blisko, by mieć świadomość, że te nachalne frazesy kształtują rzeczywistość. Emigracja była wymuszoną decyzją: dwudziestoparoletnia dziewczyna nie mogła ani studiować, ani nawet znaleźć pracy przy fabrycznej taśmie. Helander szykanowano także za to, że pokazuje się z czarnoskórym chłopakiem, studentem prawa z Konga. Kilka lat później, w 1977 roku, w rodzinnej Rudzie Śląskiej artystka uwieczniła na zdjęciach dwa ogromne plakaty komunistyczne. Po jednej stronie trawnika: „W socjalizmie: pełne zatrudnienie, prawo do wykształcenia. Prawo do odpoczynku, zabezpieczenie socjalne, rzeczywista demokracja, zakaz propagandy wojennej”. Po drugiej stronie: „W kapitalizmie: miliony bezrobotnych, militaryzm, antykomunizm, rasizm i nietolerancja, niepewność jutra”.
Od początku lat 80. XX wieku Helander przyjeżdżała do Polski w towarzystwie Bo Perssona. W tym samym czasie oboje zaprosili do Szwecji Teatr Ósmego Dnia: ona do Göteborga, on do Sztokholmu. Od tamtej pory dzielili życie twórcze. W 1982 roku organizowali pomoc medyczną dla Polski, a przy okazji zostali łącznikami opozycji z Zachodem. Wspólnie stworzyli kilkanaście filmów. Ze zdjęć Helander komponowali diaporamy: ruchome obrazy, albumy przedstawiające ludzi, którzy „wiedzieli, że to niesłuszne”10, a później rozeszli się w różne strony. Podczas powrotów do kraju Helander wspierała powstawanie kultury niezależnej, wydawniczego podziemia. Jak wspominał Tadeusz Nyczek:
[zarówno – A.A.] dla mnie, jak i dla licznych przyjaciół i znajomych, którzy mentalnie wywodzimy się z Marca ’68, Joanna i jej twórcza robota była po prostu naszą wspólną sprawą, niezbywalną częścią życia przez ponad pół wieku. I nadal dla wielu wciąż trwającą, choć czas wyrywa nas po kawałku, zostawiając tylko pamięć.
„Brak świateł”– to spływający białą farbą napis na deskach barakowozu, o który w 1982 roku opierał się Ryszard Krynicki. Kilkanaście lat później poeta w czarnym płaszczu pozował na tle graffiti: „Tu, kurwa, przychodzą same czubki”. Z biegiem lat dążący do coraz zwięźlejszej formy autor nie miał nic przeciwko towarzystwu cudzego nielegalnie wysmarowanego na ścianie zdania.
Każdy z poetów Nowej Fali poszedł swoją drogą. „Nowa Fala – stąd bierze się jej siła i słabość – czerpała z emocji zbiorowych, przeczuwanych nieraz tylko czy hipotetycznych”11 – pisał Adam Zagajewski. Po latach poeta wytykał własnej formacji przesadną namiętność w głoszeniu poglądów i zbytnie przekonanie o ich słuszności. Jednocześnie stwierdzał: „politycznie rzecz biorąc, Nowa Fala nie myliła się istotnie, słuszność była po jej stronie”12.
Czasy się zmieniły i nie trzeba już było, jak w Co jest grane Barańczaka, „puszczać do siebie oka, nie puszczając farby”13. Poeci znów mogli pisać o miłości, a Joanna Helander – wrócić z aparatem na swoje śląskie podwórko.
1 S. Barańczak, Jestem pięknoduchem, estetą i parnasistą, rozm. przepr. K. Biedrzycki, „NaGłos” 1991, nr 4, s. 77.
2 Tenże, Mieszkać [w:] tegoż, Wiersze zebrane, Kraków: Wydawnictwo a5, 2006, s. 215.
3 Tenże, Jestem pięknoduchem…, s. 77.
4 E. Lipska, My, „Zintegrowana Platforma Edukacyjna”, online: https://zpe.gov.pl/a/przeczytaj/DjfE9YEb0 [dostęp: 4.01.2026].
5 Tamże.
6 Powroty/Aterkomster, reż. i scen. J. Helander, B. Persson, Szwecja, 1992.
7 J. Helander, Czasem trzeba coś robić na wariata, bo tylko wtedy rzeczy niemożliwe mogą się udać, rozm. przepr. K. Naszkowska, „Wysokie Obcasy” 2016, online: https://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/7,53662,21025119,czasem-trzeba-cos-robic-na-wariata-bo-tylko-wtedy-rzeczy.html [dostęp: 4.01.2026].
8 R. Krynicki, I naprawdę nie wiedzieliśmy [w:] tegoż, Wiersze wybrane, Kraków: Wydawnictwo a5, 2014, s. 76.
9 J. Helander, Czasem trzeba coś robić na wariata…
10 Zob. S. Barańczak, Ja wiem, że to niesłuszne [w:] tegoż, Wiersze zebrane, s. 197.
11 A. Zagajewski, W cudzym pięknie, Kraków: Wydawnictwo a5, 1998, s. 190.
12 Tamże, s. 191.
13 S. Barańczak, Co jest grane [w:] tegoż, Wiersze zebrane, s. 164.
