Patrolowanie białej wyobraźni

Clau­dia Ran­ki­ne zaczy­na swo­ją książ­kę nie­przy­pad­ko­wo od zapro­sze­nia czy­tel­ni­ków do bez­piecz­nej, przy­tul­nej domo­wej prze­strze­ni (koce, przy­ćmio­ne świa­tło, podusz­ki). Zanim zdą­ży­my się roz­go­ścić i zdjąć wierzch­nie okry­cia, poczu­cie domo­wo­ści zni­ka. Zosta­je­my z nie­go wytrą­ce­ni. Oka­zu­je się, że w tej książ­ce nie ma oaz spo­ko­ju, wszyst­kie są zanie­czysz­czo­ne przez akty mikro­ra­si­zmu.

Ina­czej niż James Bal­dwin czy Ta-Nehi­si Coates w swo­ich ese­jach, Ran­ki­ne uka­zu­je rasizm jako wdzie­ra­ją­cy się w prze­strze­nie i rela­cje pry­wat­ne, naj­in­tym­niej­sze, w samo cia­ło i umysł. Autor­ka czer­pie z tra­dy­cji Bal­dwi­na, uzu­peł­nia­jąc prze­kaz o aspekt cie­le­sny; dosłow­nie wni­ka­my bowiem w jej myśli i odczu­cia. Rasizm nie jest tu jedy­nie spo­łecz­nym i poli­tycz­nym kon­struk­tem, od któ­re­go moż­na uciec w pry­wat­ność. Nie tyl­ko ist­nie­je w rela­cjach zawo­do­wych, ofi­cjal­nych, ale rów­nież uobec­nia się tam, gdzie wie­lu z nas upa­tru­je swo­jej bez­piecz­nej przy­sta­ni i siły: w przy­jaź­niach i innych bli­skich wię­ziach. Jest odczu­wa­ny w cie­le, w czy­sto fizjo­lo­gicz­ny spo­sób: przez wyrzu­ty adre­na­li­ny, nie­po­kój, ucisk w żołąd­ku, mdło­ści, wymio­ty, pęche­rze na skó­rze. Ran­ki­ne wtła­cza nas w swo­je soma­tycz­ne obja­wy. Stres wywo­ła­ny przez kolej­ne sytu­acje pro­wa­dzi do obse­syj­nych myśli, bólów gło­wy, zagnież­dża się w snach, anek­tu­je każ­dą wol­ną prze­strzeń. Widzi­my, jak nara­sta, nie znaj­du­jąc ujścia. Drob­ne uszczy­pli­wo­ści, prze­ję­zy­cze­nia, uwa­gi. Prze­ja­wy mikro­agre­sji, któ­re w przy­pad­ku ich związ­ku z kolo­rem skó­ry nazy­wa­my mikro­ra­si­zmem, to wła­śnie pozor­nie bła­he akty wro­go­ści i prze­mo­cy słow­nej (na przy­kład obelg) wobec osób o innym niż bia­ły kolo­rze skó­ry. Ran­ki­ne swo­ją książ­ką poka­zu­je, że wła­śnie taki rodzaj dzia­łań i ana­lo­gicz­ne zanie­dba­nia skła­da­ją się na zja­wi­sko rasi­zmu, któ­re­go cię­żar z każ­dą inte­rak­cją się zwięk­sza i nigdy nie zni­ka. Nagro­ma­dze­nie tego typu sytu­acji szo­ku­je tak­że czy­tel­ni­ków podzie­la­ją­cych wąt­pli­wo­ści pod­mio­tu: „czy ona napraw­dę to powie­dzia­ła?”. Prze­cho­dzi­my przez kolej­ne sta­dia: szo­ku, nie­do­wie­rza­nia, żało­by, akcep­ta­cji, powol­ne­go zdro­wie­nia. Ina­czej, niż kie­dy w naszą prze­strzeń wdzie­ra się rasizm osób nie­zna­nych, kon­fron­ta­cja z oso­ba­mi, z któ­ry­mi pra­cu­je­my czy spę­dza­my wol­ny czas, bywa o wie­le trud­niej­sza. Nie­kie­dy pro­ble­ma­tycz­ne bywa­ją rów­nież bier­ność bli­skich czy nie­umie­jęt­ność przy­ję­cia emo­cji i bólu dru­giej stro­ny – odmo­wa zro­zu­mie­nia, brak empa­tii, co z pew­no­ścią utrud­nia pozo­sta­wa­nie w dobrych rela­cjach i zacho­wa­nie poczu­cia bez­pie­czeń­stwa. Jak poka­zu­je Ran­ki­ne, rasizm pole­ga na byciu dotkli­wie widocz­nym i obser­wo­wa­nym, a sku­tek podob­nych dłu­go­ter­mi­no­wych doświad­czeń to zamknię­cie jed­nost­ki i jej zni­ka­nie. Praw­dzi­wa przy­jaźń musi dopusz­czać doświad­cze­nia obu stron, ich peł­ną eks­pre­sję i przy­naj­mniej pró­bę wza­jem­ne­go zro­zu­mie­nia oraz wspar­cia. Tutaj przy­jaźń zawo­dzi. Na kwe­stię kolo­ru skó­ry w książ­ce Ran­ki­ne nakła­da się tak­że pro­ble­ma­ty­ka płci – opi­sy­wa­na w czę­ści dru­giej Oby­wa­tel­ki… Sere­na Wil­liams, czar­no­skó­ra kobie­ta, nie może uciec od ety­kie­tek. Jeśli zare­agu­je na nie­spra­wie­dli­wość, jest postrze­ga­na jako wście­kła czar­na kobie­ta, sza­lo­na i prze­wraż­li­wio­na; jeże­li nato­miast oka­że radość, jej zacho­wa­nie jest oce­nia­ne jako nie­sto­sow­ne. Słyn­ny crip walk, wyko­na­ny przez Wil­liams po wygra­nej na Igrzy­skach Olim­pij­skich w 2012 roku, został uzna­ny za dzi­wac­two; gdy jed­nak teni­sist­ka zapre­zen­to­wa­ła go w trak­cie wystę­pu Ken­dric­ka Lama­ra pod­czas Super Bowl NFL 2025 (kon­cert odbył się w ramach tak zwa­ne­go half time, dla wie­lu wyda­rze­nia waż­niej­sze­go od same­go meczu), ruch ów zmie­nił zna­cze­nie: stał się świa­dec­twem siły i swo­bo­dy (oraz pew­ną zło­śli­wo­ścią wobec Drake’a). Czar­na kobie­ta powin­na się uśmie­chać, usu­wać się w cień, nie powin­na spra­wiać pro­ble­mów ani prze­sa­dzać w wyra­ża­niu emo­cji. Rasizm (podob­nie jak dys­kry­mi­na­cja płcio­wa) potwier­dza słusz­ność sta­re­go femi­ni­stycz­ne­go hasła, że pry­wat­ne jest poli­tycz­ne.

Oby­wa­tel­ka… skła­da się z sied­miu czę­ści, w któ­rych oso­bi­ste doświad­cze­nia prze­pla­ta­ją się z ana­li­zą wyda­rzeń spor­to­wych, tek­stów kul­tu­ry oraz poezją. Może­my zanu­rzyć się w wie­lość opo­wie­ści, któ­re pro­wa­dzą nas coraz głę­biej, w sam śro­dek cia­ła i umy­słu pod­mio­tu. Doświad­cza­nie rasi­zmu jest tak obez­wład­nia­ją­ce i trud­ne do wyra­że­nia, że nie­zbęd­na oka­zu­je się tutaj zmia­na for­my: prze­cho­dzi­my zatem od pro­zy do poezji, jako tej bar­dziej odsła­nia­ją­cej i intym­nej, a potem od poezji do sztuk wizu­al­nych, zdol­nych wyra­żać to, cze­go język już nie jest w sta­nie. Obra­zy, choć rzad­ko napa­wa­ją­ce nadzie­ją, pozo­sta­wia­ją na nią prze­strzeń, gdy sam tekst sta­je się cięż­ki, gęsty, trud­ny do unie­sie­nia. To książ­ka wstrzą­sa­ją­ca za spra­wą swo­jej intym­no­ści i nagro­ma­dze­nia bólu; książ­ka, przy któ­rej się pła­cze. Spoj­rze­nie na sztu­kę może to doświad­cze­nie pogłę­bić, ale może też – dzię­ki wymia­ro­wi este­tycz­ne­mu oglą­da­nych dzieł – pozwo­lić odbior­com na zaczerp­nię­cie odde­chu. Jed­nym z cie­kaw­szych zabie­gów jest włą­cze­nie do książ­ki sce­na­riu­szy z poetyc­kich wide­oese­jów two­rzo­nych przez Ran­ki­ne z Joh­nem Luca­sem. Docie­ra­nie do gra­nic języ­ka wymu­sza zmia­nę for­my wyra­zu; krót­kie fil­mo­we ese­je sku­pia­ją się na bole­snych wyda­rze­niach z naj­now­szej histo­rii Sta­nów Zjed­no­czo­nych Ame­ry­ki, głów­nie na mor­der­stwach popeł­nio­nych w wyni­ku poli­cyj­nej bru­tal­no­ści. Tutaj zbrod­nie te prze­ka­za­ne zosta­ły w for­mie sce­na­riu­szy poszcze­gól­nych odcin­ków, któ­re moż­na odna­leźć tak­że w sie­ci (dla peł­niej­sze­go doświad­cze­nia).

Obok pra­cy lite­rac­kiej Ran­ki­ne wyko­nu­je w Oby­wa­tel­ce… tak­że pra­cę kura­tor­ską, two­rząc mul­ti­me­dial­ną wysta­wę. Gro­ma­dzi na niej twór­ców z róż­nych dys­cy­plin i form wyra­zu: rzeź­bia­rzy, per­for­me­rów, arty­stów kola­żu, sztu­ki figu­ra­tyw­nej, femi­ni­stycz­nej, kon­cep­tu­al­nej, abs­trak­cyj­nej. Posłu­gu­je się foto­gra­fia­mi, wide­oese­ja­mi wła­sne­go współ­au­tor­stwa, nagra­nia­mi meczów, a nawet inter­ne­to­wych influ­en­ce­rów. Włą­cze­nie war­stwy wizu­al­nej do książ­ki o rasie jest ryzy­kow­nym zabie­giem. Może spro­wa­dzić zamiesz­czo­ne w niej obra­zy jedy­nie do funk­cji ilu­stra­cyj­nej, do bar­dzo wąskie­go, ogra­ni­cza­ją­ce­go zna­cze­nia. Kura­tor­ski dobór dzieł Ran­ki­ne jest zara­zem dość bez­piecz­ny i moż­li­wie róż­no­rod­ny, repre­zen­ta­cyj­ny. Zna­la­złam tutaj swo­ich ulu­bień­ców, twór­ców obser­wo­wa­nych od lat, ale też sto­sun­ko­wo mło­dych i mało zna­nych. Wła­śnie dzię­ki Ran­ki­ne nie­któ­rych odkry­łam na nowo (na przy­kład Davi­da Ham­mon­sa), z inny­mi zetknę­łam się po raz pierw­szy (Wan­ge­chi Mutu). Zapew­ne więk­szość z poja­wia­ją­cych się tutaj arty­stów jest nie­zna­na szer­szej publicz­no­ści w Pol­sce, tym waż­niej­sze wyda­je się, aby przy lek­tu­rze Oby­wa­tel­ki… nie spro­wa­dzać ich dzieł jedy­nie do aspek­tu toż­sa­mo­ścio­we­go. Było­by to sprzecz­ne z samym celem sztu­ki, z inten­cja­mi jej twór­ców, a tak­że kry­ty­ków i akty­wi­stów, dłu­go wal­czą­cych naj­pierw o uzna­nie Afro­ame­ry­ka­nów i włą­cze­nie ich prac do kano­nu sztu­ki, a z cza­sem tak­że o spoj­rze­nie się­ga­ją­ce poza stric­te etniczne/socjologiczne uję­cie. Jak zauwa­ży­ła Kalia Bro­oks Nel­son:

Pisa­nie o sztu­ce, szcze­gól­nie w wyko­na­niu bia­łych kry­ty­ków, tra­dy­cyj­nie zma­ga­ło się z wyra­że­niem i doce­nie­niem inter­sek­cjo­nal­nych war­to­ści sztu­ki two­rzo­nej przez czar­nych arty­stów1.

Ran­ki­ne przy­ta­cza w dru­giej czę­ści książ­ki sło­wa youtu­be­ra Jay­so­na Mus­so­na z nagra­nia How to Be a Suc­cess­ful Artist: „kwiat nama­lo­wa­ny przez czar­nu­cha sta­je się kwia­tem nie­wol­ni­czym, kwia­tem de Ami­stad”. Następ­nie autor­ka komen­tu­je: „daje on tym samym do zro­zu­mie­nia, że każ­da rela­cja mię­dzy bia­łym widzem a czar­nym arty­stą sta­je się z miej­sca rela­cją mię­dzy bia­łym czło­wie­kiem a czar­ną wła­sno­ścią”2. Ude­rza­ją­ce, że dokład­nie tych słów użył jeden z bia­łych kolek­cjo­ne­rów, zwra­ca­jąc się do artyst­ki Toy­in Ojih Odu­to­li (repro­duk­cja jej pra­cy znaj­du­je się w Oby­wa­tel­ce…): „I own you”3. Artyst­ka wspo­mi­na, że bia­li odbior­cy z wyż­szych sfer akcep­tu­ją jej obra­zy, ponie­waż malo­wa­ne przez nią posta­cie są im bli­skie ze wzglę­du na to, co posia­da­ją, gdzie miesz­ka­ją i jak wyglą­da­ją. Wykre­owa­ne przez nią ary­sto­kra­tycz­ne rody łatwiej utoż­sa­miać z bogac­twem niż z czło­wie­czeń­stwem. W rze­czy­wi­sto­ści czar­ni rzad­ko dys­po­nu­ją dzie­dzi­czo­ny­mi z poko­le­nia na poko­le­nie dobra­mi. W ten spo­sób docho­dzi do zmia­ny per­spek­ty­wy: z przed­mio­tu sztu­ki na jej peł­no­praw­ny pod­miot. Wyda­je się, że lite­ra­tu­ra daw­no wyprze­dzi­ła sztu­ki wizu­al­ne.

Spró­bu­ję więc wymknąć się tym spo­strze­że­niom i spraw­dzić, dokąd powio­dą mnie wybra­ne pra­ce zamiesz­czo­ne w Oby­wa­tel­ce… Arty­ści, któ­rzy poja­wia­ją się zbio­rze Ran­ki­ne, dają upust doświad­cze­niom zwią­za­nym z rasą, sek­su­al­no­ścią oraz sta­tu­sem imi­gran­ta. Więk­szość z nich uro­dzi­ła się w Sta­nach Zjed­no­czo­nych (jak choć­by Glenn Ligon, Car­rie Mae Weems, Nick Cave, David Ham­mons), część to emi­gran­ci z Nige­rii (Odu­to­la) czy Kenii (Wan­ge­chi Mutu), są wśród nich tak­że ame­ry­kań­scy arty­ści chiń­skie­go pocho­dze­nia (Mel Chin) oraz bia­li (Kate Clark oraz Wil­liam Tur­ner). Książ­kę zamy­ka repro­duk­cja obra­zu Tur­ne­ra.

Nasza skó­ra jest orga­nem, któ­re­go głów­ne zada­nie ma pole­gać na ochro­nie nasze­go wnę­trza przed świa­tem. O ile jed­nak nie prze­ci­ska­ją się przez nią zaraz­ki, pły­ny czy przed­mio­ty, to już emo­cje, sło­wa, sytu­acje „bie­rze­my do sie­bie”. Ran­ki­ne przy­po­mi­na sobie: „To, co cię spo­ty­ka, nie nale­ży do cie­bie, doty­czy cię tyl­ko ponie­kąd. Nie jest two­je. Nie jest tyl­ko two­je”4 [pod­kre­śle­nie – M.K.] – jest też nasze. Całą książ­kę moż­na czy­tać jako zapis zma­ga­nia się z dyle­ma­tem, czy brać świat do sie­bie, a jeśli nie, to jak w nim funk­cjo­no­wać bez zuba­ża­nia sie­bie? I jaka w tym rola, nas – osób, któ­re przy­na­le­żą do gru­py, któ­ra wyko­rzy­stu­je i pogwał­ca pra­wa innych? Jak wziąć na sie­bie tro­chę cię­ża­ru, któ­ry Ran­ki­ne przed nami odsła­nia, tego cię­ża­ru, któ­re­go nie była w sta­nie przy­jąć zna­jo­ma pisar­ki? W cyto­wa­nym frag­men­cie waż­nym ele­men­tem jest przej­ście od „ty”, zaim­ka sygna­li­zu­ją­ce­go wyż­szość, do „ja”, któ­re jest tutaj zarów­no wyra­zem zado­mo­wie­nia się w swo­im cie­le, jak i utoż­sa­mie­nia zewnętrz­ne­go świa­ta z innym. Wła­śnie to zada­nie sta­wia nam sztu­ka: zoba­czyć w dzie­łach czar­no­skó­rych arty­stów po pro­stu czło­wie­ka albo wła­sne ja, a nie jedy­nie obce nam, poj­mo­wa­ne czy­sto inte­lek­tu­al­nie doświad­cze­nia i świa­ty. Takie wej­ście w tekst i w obraz jest nie­przy­jem­ne, to wej­ście w cia­ło, któ­re boli i któ­re pamię­ta.

Skó­ra, jej odcień, może być barie­rą w kon­tak­tach ze świa­tem, zapra­szać do nie­chcia­nych inte­rak­cji. Ale też być same w sobie całym świa­tem, jak na Ucer­ta­in, yet Rese­rved Toy­in Ojih Odu­to­li, rysun­ku z 2012 roku wyko­na­nym dłu­go­pi­sem i ołów­kiem. Ta repre­zen­ta­tyw­na dla sty­lu artyst­ki pra­ca czy­ni z czar­nej skó­ry kon­ste­la­cję migo­tli­wych barw, czę­sto porów­ny­wa­nych do efek­tu mię­si­stej tka­ni­ny, ska­ry­fi­ka­cji, warstw geo­lo­gicz­nych czy nawet topo­gra­fii5. Poły­skli­we kolo­ry uwo­dzą odbior­ców. Postać widocz­na na rysun­ku zadzie­ra gło­wę w geście nie­pew­no­ści, jak­by chcia­ła dodać sobie tro­chę odwa­gi i zdy­stan­so­wać się. Te splo­ty zie­lo­nych, poma­rań­czo­wych, żół­tych i nie­bie­skich roze­dr­ga­nych linii może­my inter­pre­to­wać w kon­tek­ście tek­stów Ran­ki­ne jako prze­pusz­czal­ność świa­ta, ale rów­nież jako zobra­zo­wa­ne uze­wnętrz­nia­nie bogac­twa oraz pięk­na świa­ta wewnętrz­ne­go. To tak­że mniej opty­mi­stycz­na moż­li­wość prze­ło­że­nia na język arty­stycz­ny słów Ran­ki­ne z ostat­niej czę­ści książ­ki: „jak opie­ko­wać się ran­nym cia­łem, takim cia­łem, któ­re nie jest w sta­nie zacho­wać tre­ści swo­je­go życia”6, zupeł­nie jak­by życie i towa­rzy­szą­cy mu ból musia­ły wydo­stać się na zewnątrz. Moż­li­we jest rów­nież odczy­ta­nie tej pra­cy jak zabliź­nio­nych ran po każ­dym akcie mikro­agre­sji. Kolor skó­ry nie tyl­ko bywa źró­dłem bólu i desy­gna­tem inno­ści, ale tak­że zachwy­tu, otwar­cia. Posta­ci Odu­to­li zachwy­ca­ją chy­ba naj­moc­niej spo­śród wszyst­kich arty­stów zamiesz­czo­nych w zbio­rze. Jej póź­niej­sze pra­ce okre­śla się nie­kie­dy „wizu­al­ną nar­ra­cją”, ponie­waż artyst­ka two­rzy nowe świa­ty i całe histo­rie, w któ­rych osa­dza posta­ci ze swo­ich rysun­ków, cze­go naj­słyn­niej­szym przy­kła­dem była wysta­wa w Whit­ney Museum z prze­ło­mu 2017/2018 roku To Wan­der Deter­mi­ned zbie­ra­ją­ca por­tre­ty pocho­dzą­ce z kolek­cji dwóch fik­cyj­nych nige­ryj­skich rodów w wykre­owa­nym świe­cie, w któ­rym homo­sek­su­alizm jest nor­mą, a hete­ro­sek­su­alizm rzad­ko­ścią), czy zamknię­ta na począt­ku tego roku wysta­wa w ber­liń­skim ham­bur­ger Bahn­hof U22 – Adi­ja­tu Stra­ße, gdzie prze­strzeń wysta­wo­wa zosta­ła zamie­nio­na w wymy­ślo­ną sta­cje metra z wyobra­żo­ny­mi przy­stan­ka­mi. Pra­ce Odu­to­li, wyko­na­ne głów­nie paste­la­mi, węglem i dłu­go­pi­sem, oglą­da­ne z bli­ska hip­no­ty­zu­ją. Deli­kat­ne, ale wyraź­ne kolo­ry prze­ni­ka­ją się, posta­ci prze­ła­my­wa­ne są przez geo­me­trycz­ne wzo­ry, fak­tu­ry tka­nin i tła, na któ­rych widzi­my boha­te­rów. Może­my ich umiej­sco­wić w teraź­niej­szo­ści lub rów­no­le­głym świe­cie – jako taki wła­śnie stwo­rzy­ła go artyst­ka, inspi­ru­ją­ca się pisar­stwem Z.N. Hur­ston, Odu­to­la czer­pie ze świa­ta przed­sta­wio­ne­go (nie­miec­ka sta­cja U‑Bahn), roz­bu­do­wu­jąc go i eks­tra­po­lu­jąc w nowe świa­ty (nie­ist­nie­ją­ce sta­cje). Ran­ki­ne nie­ja­ko powta­rza prak­ty­kę wizu­al­nej nar­ra­cji artyst­ki, któ­ra tutaj wyra­sta z rze­czy­wi­stych doświad­czeń opi­sa­nych w Oby­wa­tel­ce…, prze­ra­dza­jąc się w coś poten­cjal­nie nowe­go i pięk­ne­go.

Dru­gą pra­cą, któ­ra nie­sie w sobie ziar­no nowe­go świa­ta i opty­mi­zmu jest jeden z oko­ło 500 stwo­rzo­nych przez Nic­ka Cave’a słyn­nych Sound­su­its (kostiu­mów dźwię­ko­wych). Cave to arty­sta pra­cu­ją­cy z ist­nie­ją­cy­mi już przed­mio­ta­mi, z któ­rych two­rzy rzeź­by, asam­bla­że i kostiu­my. To tak­że tan­cerz i per­for­mer uro­dzo­ny w 1959 roku. Cho­ciaż obiekt zmiesz­czo­ny w książ­ce skła­da się z naszy­wa­nych kwia­tów, rosną­cych z cia­ła, dając pięk­ny este­tycz­ny efekt, cała seria wywo­dzi się z bole­snych doświad­czeń. Cave zaczął two­rzyć swo­je Body­su­its po pobi­ciu Rod­neya Kin­ga (1991) oraz zamiesz­kach z 1992 roku, któ­re były spo­łecz­ną odpo­wie­dzią na zaj­ście. Kostiu­my powsta­ją z odpad­ków i resz­tek, takich jak pla­sti­ko­we kwia­ty, zabaw­ki, skraw­ki tka­nin, meta­li, ich nazwa zwią­za­na jest z cha­rak­te­ry­stycz­ny­mi dźwię­ków, jakie wyda­ją w ruchu. Strój z Oby­wa­tel­ki… dosłow­nie roz­kwi­ta i uka­zu­je poten­cjal­ne naro­dzi­ny pięk­na na grun­cie naj­trud­niej­szych doświad­czeń. Baza kostiu­mu jest czar­na, co wywo­łu­je sko­ja­rze­nia z kolo­rem skó­ry i doświad­cze­nia­mi raso­wy­mi. Cave prze­kształ­ca to, co nie­chcia­ne, porzu­co­ne, ale i nazna­czo­ne: uży­wa przed­mio­tów opre­syj­nych, będą­cych nośni­ka­mi rasi­zmu i prze­kształ­ca je w czy­ste pięk­no (w jed­nym z kostiu­mów może­my zoba­czyć wiel­ki bia­ły kap­tur, przy­wo­dzą­cy na myśl stro­je Ku Klux Kla­nu, któ­ry został prze­two­rzo­ny w pięk­ną kom­po­zy­cję). Widać w nich tak­że nawią­za­nia do mody hau­te coutu­re, łączą w sobie rzeź­bę, taniec, per­for­man­ce i modę. Mie­nią się w świe­tle, ale są one tak­że zbro­ją zdol­ną do ochro­ny przed świa­tem, sta­no­wią dodat­ko­wą war­stwą ochron­ną. Jak pod­kre­śla ich twór­ca: ukry­wa­ją rasę, płeć, kla­sę noszą­cej je oso­by uwal­nia­jąc ją od ich cię­ża­ru7. To zastą­pie­nie jed­nej inno­ści (bole­snej) kolej­ną (kar­na­wa­ło­wą, etnicz­ną). Cave jest czar­nym, queero­wym arty­stą, któ­ry doświad­cza wyklu­cze­nia tak­że na innych polach niż raso­we. Kostiu­my więc są tak­że spo­so­bem na doda­nie sobie siły, dowar­to­ścio­wa­nie cia­ła i zaak­cep­to­wa­nie przez świat innych form męsko­ści. Pra­ce są zróż­ni­co­wa­ne pod wzglę­dem fak­tu­ry, zesta­wie­nia czę­ści mato­wych z błysz­czą­cy­mi, orga­nicz­nych ze sztucz­ny­mi. Jed­nym z moich ulu­bio­nych jest kostium przy­wo­dzą­cy na myśl odzież ochron­ną uży­wa­ną w stre­fach ska­że­nia lub (jak sama wolę myśleć) śre­dnio­wiecz­ny strój psz­cze­lar­ski, z wikli­no­wą maską zastą­pio­ną tutaj sta­rym liczy­dłem. Co samo w sobie ma wie­le zna­czeń, choć­by co do spo­so­bu patrze­nia na świat. Podob­ny do nie­go jest zbu­do­wa­ny z krze­sła oraz guzi­ków, rów­nież przy­po­mi­na­ją­cy ska­fan­der, cho­ciaż w nie­zwy­kle wyra­fi­no­wa­ny spo­sób, nada­ją­cy się na galę. Nawet samo obser­wo­wa­nie stro­jów noszo­nych przez arty­stę, jest inspi­ru­ją­ce i zacie­ra gra­ni­ce mię­dzy sztu­ką a modą, życiem a muzeum; to też po pro­stu for­ma zaba­wy i este­ty­za­cji codzien­no­ści. Sound­su­its dają nie­skoń­czo­ne moż­li­wo­ści inter­pre­ta­cji, nie­któ­re z nich może­my oglą­dać w for­mie wideo w ruchu i tań­cu, kie­dy wresz­cie oży­wa­ją. Cave ofe­ru­je nam wie­lość inter­pre­ta­cji na pozio­mie całej serii, jak i poszcze­gól­nych prac. Tym, co w nich powta­rza jest deli­kat­ność, czu­łość, empa­tia i to też może­my zoba­czyć w kostiu­mie wybra­nym przez Ran­ki­ne. Świat two­rzo­ny przez Cave’a to bez­piecz­ny azyl w Inno­ści, kry­jów­ka, któ­ra wyra­sta­jąc z uprze­dzeń, daje nam odro­bi­nę rado­ści i pięk­na. Zanu­rze­nie się w świat Cave’a było dla mnie naj­bar­dziej koją­ce i eks­cy­tu­ją­ce, co tym cen­niej­sze, że w lite­rac­kim wymia­rze Oby­wa­tel­ki… próż­no szu­kać miej­sca wytchnie­nia.

Okładka książki Claudii Rankine pod tytułem „Obywatelka. Amerykańska liryka”.
Claudia Rankine, „Obywatelka. Amerykańska liryka”, tłum. Joanna Mąkowska, Kraków: Karakter, 2025.

Jeśli potrak­to­wać Oby­wa­tel­kę… jako zamysł kura­tor­ski, to Glenn Ligon był­by posta­cią cen­tral­ną tej wysta­wy. Rozu­miem i podzie­lam sła­bość Ran­ki­ne do Ligo­na – to jeden z naj­bar­dziej roz­po­zna­wal­nych i uzna­nych czar­nych arty­stów, choć jego pra­ce mogą wydać się trud­ne w odbio­rze. Pra­cu­je opie­ra­jąc swo­je pra­ce na rein­ter­pre­ta­cji dzieł pisa­rzy czy innych twór­ców, jego naj­słyn­niej­sze pra­ce to cyta­ty nano­szo­ne na płót­no, któ­re powo­li się roz­pa­da­ją i sta­ją nie­czy­tel­ne prze­cho­dząc w abs­trak­cję: jest to pro­ces podob­ny do powta­rza­nia słów do momen­tu, w któ­rym tra­cą swo­je zna­cze­nie, zosta­jąc jedy­nie dźwię­kiem. Z cza­sem arty­sta zwró­cił się tak­że ku neo­nom, sztu­ce wideo, zwięk­szał też par­tie tek­stu powra­ca­jąc do utwo­rów Jame­sa Bal­dwi­na, w zbio­rze znaj­dzie­my aż dwie jego pra­ce. W czę­ści II Ran­ki­ne w kon­tek­ście sióstr Wil­liams wspo­mi­na sło­wa Zory Neale Hur­ston: „czu­ję się naj­bar­dziej kolo­ro­wa, gdy jestem wrzu­co­na na wyraź­ne, bia­łe tło” i zaraz doda­je, że te wła­śnie sło­wa zna­la­zły się na obra­zie Ligo­na z 1992 roku, Unti­tled: Four Etchings, komen­tu­jąc: „wyglą­da to jak rekla­ma pew­ne­go aspek­tu życia skie­ro­wa­na do wszyst­kich czar­nych ciał”8. Bia­łe tło jest tezą całej książ­ki, rasa uwi­dacz­nia się jedy­nie na tle spo­łe­czeń­stwa w for­mie kon­tra­stu, ponie­waż jest kon­struk­tem spo­łecz­nym. Ist­nie­je jedy­nie w kon­tek­ście, nie jako przy­na­leż­na ludziom od uro­dze­nia esen­cja ich jeste­stwa. Pra­ce Ligo­na czer­pią­ce z tek­stów lite­rac­kich (wspo­mnia­nych: Bal­dwi­na i Hur­ston) mają for­mat ludz­kie­go cia­ła i do cia­ła się odno­szą. Arty­sta w wywia­dach zwra­ca tak­że uwa­gę na uży­cie w tych pra­cach zaim­ka „ja”, nad któ­rym Ran­ki­ne rów­nież pochy­la się w Oby­wa­tel­ce… To wystę­po­wa­nie w swo­im imie­niu i nada­wa­nie sobie zna­cze­nia w opo­zy­cji do bycia okre­śla­nym przez spo­łe­czeń­stwo i obsa­dzo­nym w roli Inne­go. W roz­mo­wie z Andrew Maer­kle Ligon powie­dział: „Pro­blem sztu­ki pole­ga na tym, że two­rzy się este­tycz­ne obiek­ty, a te obiek­ty nie mogą nie porząd­ko­wać cha­otycz­nych, skom­pli­ko­wa­nych spraw”9 i wyda­je mi się to bar­dzo traf­nym okre­śle­niem jego prac. Ligon prze­trwa­rza tek­sty klu­czo­we dla czar­nej kul­tu­ry, jak i nie­zwy­kle dla niej pro­ble­ma­tycz­ne, co widać w jego pra­cy Negro Sun­shi­ne będą­cej cyta­tem z książ­ki Ger­tru­de Ste­in, w wide­owa­ria­cji na temat fil­mu Cha­ta Wuja Toma czy rekon­tek­stu­ali­za­cji zdjęć Map­ple­thor­pa. Ligon czę­sto pra­cu­je z for­ma­mi lustrza­ny­mi, odbi­ja zna­ne nam już obra­zy i tro­py aby pogłę­bić rozu­mie­nie rasy lub zmie­nić wydźwięk pew­nych prac. Wyko­rzy­sta­nie kon­tro­wer­syj­nych żar­tów Pry­ora w jego pra­cach z kolei pla­su­je się na prze­cię­ciu rasy oraz sek­su­al­no­ści, kom­pli­ku­jąc raczej niż wyja­śnia­jąc. Wyko­rzy­stu­je w niej sło­wa, któ­re wzbu­dza­ją w nas pro­test. Jego twór­czość wyma­ga duże­go zaan­ga­żo­wa­nia inte­lek­tu­al­ne­go, nie tyl­ko emo­cjo­nal­ne­go. Pierw­sza z pre­zen­to­wa­nych prac powsta­ła w roku 1992, dru­ga w 2000 i może­my zaob­ser­wo­wać zmia­nę for­my oraz medium. W póź­niej­szej pra­cy Ligon wyko­rzy­stał pył węglo­wy – odpad, pozo­sta­łość po for­mach prze­twa­rza­nia węgla, aby wpro­wa­dzić nad­da­tek for­my i zna­cze­nia (zbęd­ność, bycie odpa­dem, ale też mate­riał, któ­ry jest czar­ny i osia­da na obra­zie). Pra­ca Bez tytu­łu (speech/crowd) #2 z 2000 roku jest stwo­rzo­na na pod­sta­wie foto­gra­fii z Mil­lion Man March z 1995 roku i jest jed­ną z kil­ku prac zain­spi­ro­wa­nych tym wyda­rze­niem. Po czę­ści jest to dekon­tek­stu­ali­za­cja – bez dodat­ko­wych infor­ma­cji nie wie­my czym jest to zgro­ma­dze­nie, ani co za nim stoi. To czy­ni obraz mniej czy­tel­nym, widz nie wie do koń­ca, co o nim myśleć. Doda­tek mia­łu spra­wia, że obraz wyda­je się star­szy niż jest, lek­ko znisz­czo­ny, ziar­ni­sty. Ligon miał ambi­wa­lent­ny sto­su­nek do tego zgro­ma­dze­nia wska­zu­jąc na brak uczest­nic­twa w nim kobiet oraz kon­trast kla­sycz­nej męsko­ści z queero­wo­ścią. Wyda­rze­niu towa­rzy­szył też „dzień nie­obec­no­ści”, czy­li akcja zachę­ca­ją­ca do pozo­sta­nia w domach i odmo­wy wyko­ny­wa­nia pra­cy. Napię­cie mię­dzy widocz­no­ścią Afro­ame­ry­ka­nów w prze­strze­ni miej­skiej oraz wyco­fa­nie się z codzien­nych obo­wiąz­ków jest inte­re­su­ją­cą arty­stę grą. Poru­sza­ne przez Ligo­na zagad­nie­nia czę­sto wprost odno­szą się do rasy (jak pra­ce repro­du­ko­wa­ne w Oby­wa­tel­ce…) i cho­ciaż wyglą­da­ją nie­zwy­kle este­tycz­nie, to jed­nak pró­bu­ją w sobie zawrzeć spra­wy bar­dzo skom­pli­ko­wa­ne.

Czar­no­skó­re cia­ło jest cia­łem skraj­nie publicz­nym i poli­tycz­nym. Ran­ki­ne z bólem pisze:

Gdy kła­dziesz swo­je cia­ło w cie­le, w któ­re wcho­dzi się tak, jak­by skó­ra i kości były miej­sca­mi publicz­ny­mi, gdy kła­dziesz swo­je cia­ło w cie­le, w któ­re wcho­dzi się tak, jak­byś była zie­mią, po któ­rej się kro­czy10.

Odbie­ram to rów­no­cze­śnie jako objaw dyso­cja­cji, zarów­no od wła­sne­go cia­ła jaki i jego spo­łecz­nej repre­zen­ta­cji. Ale też brak pry­wat­no­ści, ile­kroć opusz­cza się wła­sne miesz­ka­nie (a jak już wie­my z same­go tek­stu, nawet tam jest się prze­śla­do­wa­nym przez myśli i wspo­mnie­nia). Czar­ne cia­ło jest fun­da­men­tem ame­ry­kań­skie­go dobro­by­tu zbu­do­wa­ne­go na nie­wol­nic­twie. Tę część tek­stu ilu­stru­je kolaż Sle­eping Heads Wan­ge­chi Mutu, kenij­skiej artyst­ki two­rzą­cej głów­nie rzeź­by oraz kola­że. Jest to bru­tal­ny obraz kobie­ty skła­da­ją­cej się z krwi, tka­nek (swo­je­go wnę­trza) oraz dło­ni zaci­ska­ją­cych się wokół jej szyi oraz ust. To bar­dzo dotkli­wy obraz cia­ła uci­sza­ne­go, ale też pozba­wio­ne­go tej zewnętrz­nej war­stwy skó­ry, skraj­nie odkry­te­go, a więc odczu­wa­ją­ce­go wszyst­ko. Artyst­ka czę­sto wypo­wia­da się na temat nie­re­ali­stycz­nych ocze­ki­wań wobec kobie­cej uro­dy i bra­ku lito­ści dla tego, co odstę­pu­je od wyobra­że­niem współ­cze­sne­go ide­ału. Dyk­ta­tu­ra aktu­al­nie obo­wią­zu­ją­ce­go pięk­na to też spo­sób na zamy­ka­nie kobie­tom ust i wymu­sza­nie na nich kon­kret­ne­go zacho­wa­nia. Kobie­ty, szcze­gól­nie o innym niż bia­ły kolo­rze skó­ry, kara­ne są bar­dziej dotkli­wie za nie­po­słu­szeń­stwo wobec ide­ału cichej, skrom­nej i pięk­nej. Kolaż Mutu jest nie­zgo­dą na taki stan rze­czy. Ale sło­wa Ran­ki­ne o cie­le przy­wo­dzą też na myśl cykl prac Body Prints Davi­da Ham­mon­sa, w któ­rych odbi­jał swo­je cia­ło na papie­rze, czę­sto zastę­pu­jąc sobą inne posta­cie, wypeł­nia­jąc, cał­kiem dosłow­nie, ich nie­obec­ność. Ten cykl (1968–1979) to zabieg nada­nia czar­ne­mu cia­łu war­to­ści, pozo­sta­wie­nie cie­le­sne­go śla­du. Arty­sta pokry­wał swo­je cia­ło tłusz­czem (lub cia­ła innych osób) i odbi­jał je na papie­rze, któ­ry póź­niej opró­szał pyłem węglo­wym i sprosz­ko­wa­nym pig­men­tem . To two­rzy bar­dzo oso­bi­sty, intym­ny obraz. Pra­ce z tej serii przy­po­mi­na­ją zdję­cia rent­ge­now­skie, testy Ror­scha­cha a nawet ekto­pla­zmę – ślad ducha. Szcze­gól­nie w połą­cze­niu z fla­gą dają nie­kie­dy upior­ne wra­że­nie ciał, któ­re znik­nę­ły. Posta­ci wyglą­da­ją na roz­pa­cza­ją­ce, modlą­ce się, zawo­dzą­ce. To jak ślad i spoj­rze­nie z przy­szło­ści na to jak Afro­ame­ry­ka­nie są trak­to­wa­ni przez swo­je pań­stwo. Naj­lep­szy komen­tarz do tej serii pocho­dzi z recen­zji kry­ty­ka sztu­ki Ale­xan­dre Sti­pa­no­vi­cha: „[Ham­mons – M.K.] zapra­sza widzów do połą­cze­nia foren­sycz­nych kro­pek na miej­scu poli­tycz­nej zbrod­ni”11. Rze­czy­wi­ście, pra­ce te wyglą­da­ją jak śla­dy na miej­scu zbrod­ni, w tym wypad­ku pod posta­cią pań­stwo­wej, raso­wo moty­wo­wa­nej prze­mo­cy. Jed­nak Ran­ki­ne wybra­ła do swo­jej książ­ki inną pra­cę Ham­mon­sa, któ­rą łatwo prze­ga­pić i potrak­to­wać jedy­nie jako część okład­ki, odse­pa­ro­wa­ną od wnę­trza książ­ki, jed­nak jest to hono­ro­we miej­sce, widocz­ne rów­nież dla nie-czy­tel­ni­ków (lub jesz­cze-nie-czy­tel­ni­ków). Ham­mon­sa okre­śla się jako kapła­na lub szar­la­ta­na czar­nej sztu­ki, a jego podej­ście jako anty-sztu­kę (głów­nie z powo­du nie­chę­ci do esta­bli­sh­men­tu i świat­ka sztu­ki; arty­sta czę­sto odma­wia udzia­łu w wysta­wach czy spo­tka­niach). Rów­nie popu­lar­ne co Body prints sta­ły się jego per­for­men­sy, foto­gra­fie oraz insta­la­cje, szcze­gól­nie zapre­zen­to­wa­ne w Ace Gal­le­ry Con­cer­to in Black and Blue z prze­ło­mu 2002 i 2003 roku (powtó­rzo­na w 2025 roku w Hau­ser & Wirth, wie­lo­krot­nie wspo­mi­na­na choć­by przez Ligo­na w jego ese­jach). Repro­du­ko­wa­na pra­ca In the Hood to zdję­cie przy­pię­te­go do ścia­ny czar­ne­go kap­tu­ra stwo­rzo­na w 1993 roku. Ta nie­zwy­kła zwię­złość for­my jest zro­zu­mia­ła dla każ­de­go odbior­cy. Blu­za z kap­tu­rem, a w zasa­dzie sam kap­tur jest ele­men­tem kul­tu­ry mło­dych czar­nych męż­czyzn, nio­są­cym jed­no­znacz­ne sko­ja­rze­nia z poli­cyj­ną bru­tal­no­ścią i insty­tu­cjo­nal­nym rasi­zmem. To sym­bol zbyt czę­sto (szcze­gól­nie już po stwo­rze­niu pra­cy) uży­wa­ny przez orga­ny ści­ga­nia jako wytłu­ma­cze­nie swo­ich dzia­łań w myśl zasa­dy, że kap­tur jest ele­men­tem masko­wa­nia twa­rzy, a więc i złych zamia­rów. Roz­dzie­lo­ny z resz­tą mate­ria­łu, wyszarp­nię­ty z niej, zno­wu (jak w przy­pad­ku poprzed­nich prac arty­sty) świad­czy o nie­obec­no­ści i prze­mo­cy. Kap­tur jest też sym­bo­lem, w któ­ry wtła­cza­my set­ki mło­dych, czar­no­skó­rych męż­czyzn, ujed­no­li­ca­jąc całą gru­pę spo­łecz­no-demo­gra­ficz­ną. Tym, co kore­spon­du­je z pra­ca­mi Ham­mon­sa w tek­ście Ran­ki­ne jest zda­nie: „ponie­waż bia­li nie potra­fią patro­lo­wać swo­jej wyobraź­ni czar­ni umie­ra­ją”12 – jego In the Hood poka­zu­je wła­śnie brak wyobraź­ni bia­łych, któ­ry spro­wa­dza wszyst­kich do jed­ne­go ste­reo­ty­pu. To prze­pis na skie­ro­wa­nie bia­łe­go poczu­cia zagro­że­nia do wnę­trza, przyj­rze­nie się temu co pro­jek­tu­je­my na innych. Zamiast ocze­ki­wa­nia cią­głych zmian od czar­no­skó­rych Ame­ry­ka­nów, może war­to przyj­rzeć się bia­łym obra­zom i wyobra­że­niom.

Książ­kę zamy­ka repro­duk­cja obraz Wil­lia­ma Tur­ne­ra The Sla­ve Ship. Widocz­ny w lewej czę­ści obra­zu sta­tek w jasnej poświa­cie bry­zy mor­skiej kon­tra­stu­je z hor­ro­rem dzie­ją­cym się w wodach oce­anu. Czar­ni nie­wol­ni­cy toną­cy i zja­da­ni przez mor­skie ryby-potwo­ry. Zbli­że­nie na pra­wą stro­nę obra­zu uka­zu­je dan­tej­skie sce­ny, całość poka­zu­je nam podział na nie­bo i pie­kło, spo­kój stat­ku i gro­zę tego, co zosta­wia za sobą. Oto w jaki spo­sób zaczę­ła się dro­ga do trud­ne­go oby­wa­tel­stwa roz­po­czę­te­go ponad 400 lat temu, przed powsta­niem same­go kra­ju. Ran­ki­ne powra­ca do momen­tu, któ­ry choć odle­gły w cza­sie, wciąż wpły­wa na spo­sób ist­nie­nia czar­no­skó­rych oby­wa­te­li w spo­łe­czeń­stwie Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Nie jest to opty­mi­stycz­ne zakoń­cze­nie dla książ­ki o rasie. Wyra­ża brak nadziei i rezy­gna­cję. Cho­ciaż ten nie­wiel­kich roz­mia­rów tomik jest nie­zwy­kle oso­bi­sty, skła­da­ją się nań kolek­tyw­ne doświad­cze­nia. Bycie oby­wa­tel­ką ozna­cza doświad­cza­nie rasi­zmu oraz prze­mo­cy, tak ze stro­ny jed­no­stek, jak i struk­tur pań­stwo­wych. Bycie oby­wa­tel­ką to bycie rzu­co­ną na bia­łe tło i słu­że­nie jako wewnętrz­ny Inny, nega­tyw, zaprze­cze­nie. Autor­ka wie­lo­krot­nie powra­ca do tej myśli zaczerp­nię­tej od Hur­ston i towa­rzy­szą­ce­go jej kon­tra­stu mię­dzy byciem widzia­ną w spo­łe­czeń­stwie jako Inna, a byciem widzia­ną jako jed­nost­ka, tak jak widzi­my naszych bli­skich i przy­ja­ciół. Samo sfor­mu­ło­wa­nie bycia rzu­co­ną na bia­łe tło nie­sie w sobie prze­moc i dzia­ła­nie, któ­re jest nam zada­wa­ne, a więc poza naszą kon­tro­lą. Bycie w roli Inne­go, wyróż­nia­ją­ce­go się, na któ­re­go się patrzy i pod któ­re­go adre­sem robi się uwa­gi jest wyczer­pu­ją­ce. Ran­ki­ne pisze: „Nie jesteś cho­ra, jesteś ran­na – boli cię przez resz­tę życia” oraz „Nikt nie widzi, tyl­ko ty wiesz, że nie jesteś cho­ra, nie jesteś sza­lo­na, nie jesteś wście­kła, nie jesteś smut­na – jesteś ran­na, po pro­stu.”13 dyso­nans mię­dzy „ja” pry­wat­nym a „ja” spo­łecz­nym (narzu­co­nym przez innych) pro­wa­dzi do poczu­cia sza­leń­stwa, ponie­waż spo­łe­czeń­stwo nie­ustan­nie negu­je jakie­kol­wiek emo­cjo­nal­ne reak­cje na rasizm. Wyda­je się, że doj­ście do tej praw­dy jest dla autor­ki wyczer­pu­ją­ce. Funk­cjo­no­wa­nie na tle bia­ło­ści spra­wia, że nie moż­na nale­żeć do sie­bie, ponie­waż cia­ło sta­je się czymś skraj­nie poli­tycz­nym. Ran­ki­ne wpusz­cza nas do środ­ka, odsła­nia się aby­śmy wresz­cie mogli pojąć ogrom pono­szo­nych przez nią kon­se­kwen­cji nasze­go bra­ku wyobraź­ni.

Ran­ki­ne nie poda­je nam obra­zów na tacy, w for­mie wizu­al­nej ilu­stra­cji słów: posze­rza­ją nasze rozu­mie­nie tek­stu, nad­da­ją mu kolej­ne war­stwy, słu­żąc za punkt wyj­ścia do pogłę­bie­nia emo­cji. Doty­czy to nie tyl­ko tych prac, któ­re Ran­ki­ne wybra­ła, ale pro­wa­dzi tak­że do całe­go dorob­ku wspo­mnia­nych arty­stów, wska­zu­jąc na pogłę­bio­ną pra­cę, niczym przy orga­ni­zo­wa­niu muze­al­nej wysta­wy (w takim wypad­ku, tej wysta­wie może towa­rzy­szyć boga­ty pro­gram wyda­rzeń, jeśli tyl­ko sobie na to pozwo­li­my). Może­my ten wie­lo­głos zapre­zen­to­wa­ny przez autor­kę pocią­gnąć dalej, nad­bu­do­wać nowe tek­sty kul­tu­ry i oso­bi­ste zna­cze­nia, powtó­rzyć gest Ran­ki­ne wobec jej wła­snej książ­ki. Takie otwo­rze­nie na wkład oso­bi­sty czy­tel­ni­ków świad­czy o umie­jęt­no­ści Ran­ki­ne do budze­nia zain­te­re­so­wa­nia, do zosta­wia­nia uchy­lo­nych drzwi. Wie­lo­ga­tun­ko­wość i immer­syj­ność Oby­wa­tel­ki… odda­je spo­sób, w jaki doświad­cza­my świa­ta w XXI wie­ku – nasze prze­ży­cia oraz doświad­cze­nia innych są zapo­śred­ni­czo­ne i uka­za­ne w for­mie pio­se­nek, fil­mów, ksią­żek, obra­zów. Mówi­my o nich ina­czej w zależ­no­ści od for­my i ta wie­lo­gło­so­wość oddzia­łu­je nie tyl­ko na nasz inte­lekt i emo­cje, ale rów­nież anga­żu­jąc zmy­sły poprzez muzy­kę i sztu­kę. Doświad­cze­nie rasi­zmu zosta­je nam uka­za­ne jako wszech­ogar­nia­ją­ce i tak też je odczu­wa­my dzię­ki nagro­ma­dze­niu w Oby­wa­tel­ce… róż­nych środ­ków wyra­zu: od poezji do sztu­ki, muzy­ki i ese­jów wizu­al­nych.

Jako czy­tel­ni­cy może­my wró­cić po tej podró­ży do bez­piecz­nej domo­wej prze­strze­ni tak jak wra­ca­my po całym dniu zwie­dza­nia muze­ów, peł­ni wra­żeń i poru­sze­ni, ale też zmę­cze­ni. Oby­wa­tel­ka… zosta­wia nas z proś­bą o patro­lo­wa­nie swo­jej wła­snej wyobraź­ni, któ­rą może­my zigno­ro­wać lub też odpo­wie­dzieć na jej wezwa­nie.

 

1 K. Bro­oks Nel­son, Legi­bi­li­ty Cri­sis. Race and Con­tem­po­ra­ry Art Wri­ting [w:] Art Wri­ting in Cri­sis, red. B. Hay­lock, M. Pat­ty, Lon­don: Stern­berg Press, 2021, s. 18.

2 C. Ran­ki­ne, Oby­wa­tel­ka. Ame­ry­kań­ska liry­ka, tłum. J. Mąkow­ska, Kra­ków: Karak­ter, 2025, s. 36.

3 S. Fra­go­so, A Por­tra­it of Artist Toy­in Ojih Odu­to­la [w:] Talk Easy with Sam Fra­go­so, 19.09.2021, onli­ne: https://open.spotify.com/episode/5O5FKZpRcZkBmgoVnnNImg [dostęp: 6.04.2026].

4 C. Ran­ki­ne, Oby­wa­tel­ka…, s. 143.

5 S. Bar­da­ouil, T. Ojih Odu­to­la, The Sole Demand for Cla­ri­ty Kills the Work. You’ve Got to Hold the Myste­ry [w:] Toy­in Ojih Odu­to­la U22 – Adjia­tu Stras­se, Ber­lin: Natio­nal­ga­le­rie Sta­atli­che Muse­en zu Ber­lin, 2025, s. 47.

6 C. Ran­ki­ne, Oby­wa­tel­ka…, s. 145.

7 N. Cave, Thick Skin, Art21 Exten­ded Play, onli­ne: https://www.youtube.com/watch?v=S6cG5wYxRcw [dostęp: 6.04.2026].

8 C. Ran­ki­ne, Oby­wa­tel­ka…, s. 27.

9 G. Ligon, A. Maer­kle, Écriture/Erasure/Ecstasis [w:] G. Ligon, Distin­gu­ishing Piss from Rain. Wri­tings and Inte­rviews, New York: Hau­ser & Wirth Publi­shers, 2024, s. 256.

10 C. Ran­ki­ne, Oby­wa­tel­ka…, s. 146.

11 A. Sti­pa­no­vich, David Ham­mons „Body Prints, 1968–1979”, New York: Flash Art, 2021, onli­ne: https://flash—art.com/2021/05/david-hammons-the-drawing-center/ [dostęp: 6.04.2026].

12 C. Ran­ki­ne, Oby­wa­tel­ka…, s. 137.

13 Tam­że, s. 141–147.

Magdalena Kargul, fot. ze zbiorów autorki

– krytyczka, absolwentka polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego.

więcej →

Fallback Avatar

– amerykańska poetka, eseistka i dramaturżka.

więcej →

Powiązane teksty

11.09.2025
Interferencje

Ludzie kultury right into pod tram. O niewidzialnej linii tramwajowej polskiej poezji

Skoro awangarda nie znosi przeszłości i pozytywnych o niej narracji, a muzea i archiwa nakazuje spalić, czy jej idealną wizją historii nie mogłaby być ta, która ma źródło w przyszłości, „zmienia przeszłość”, nie pozwala jej zastygnąć, skostnieć? – o wybranej twórczości Jerzego Jankowskiego, Darka Foksa i Anouk Herman pisze Marta Baron-Milian.