„Dźwig wirujący jak derwisz” (o wierszach Agaty Puwalskiej)

Poznanie poetyckie nie ma charakteru absolutnego. Już samo istnienie w czasie zawiera w sobie postulat zmiany. Może ono docierać aż do istoty wiersza, ale nie może go wyrażać w formie tylko statycznej. Poznanie ma charakter względny i niejako kwantowy, dokonywa się przez pewne niejednostajne emisje energii uczuciowo-wzruszeniowej.

— Jan Brzękowski, „Integralizm w czasie”

W cią­gu kil­ku lat Aga­cie Puwal­skiej uda­ło się zade­biu­to­wać w Biu­rze Lite­rac­kim dobrze przy­ję­tym tomem haka! (2021), a następ­nie opu­bli­ko­wać trzy kolej­ne książ­ki, każ­dą u inne­go wydaw­cy, pra­wie że w rocz­nych odstę­pach, ponie­waż dwie ostat­nie nie­co przy­pad­kiem wyszły w tym samym roku: Para­no­ia Bebop (2022), otwar­te świa­ty (2024) i Fun­ky Forest: poemat pozo­ru (2024).

Czy to dużo? Licząc tem­pem Miło­sza Bie­drzyc­kie­go – spo­ro, zwłasz­cza jak na poet­kę, o któ­rej jesz­cze nie­daw­no nikt nie sły­szał, któ­ra w życie lite­rac­kie włą­czy­ła się dość póź­no, a prze­cież bez tru­du mogła­by wyzna­czać linie posta­wan­gar­do­wych inspi­ra­cji wespół z Julią Fie­dor­czuk, Joan­ną Muel­ler i Kirą Pie­trek już deka­dę temu. Licząc jed­nak tem­pem na przy­kład Grze­go­rza Wró­blew­skie­go (z wete­ra­nów) czy debiu­tu­ją­ce­go rów­nież jako lau­re­at „Poło­wu” dwa lata przed Puwal­ską Prze­my­sła­wa Sucha­nec­kie­go (by szu­kać wśród mło­dzie­ży z daw­nej Kra­kow­skiej Szko­ły Poezji, w któ­rej krę­gach pozo­sta­je rów­nież autor­ka) – w sam raz, żeby mówić już o dzie­le doj­rza­łym i żeby wspo­mnia­na Fie­dor­czuk mogła bez mino­de­rii na łamach „Dwu­ty­go­dni­ka” zapro­sić do „obcowani[a] z fascy­nu­ją­cym, choć w pierw­szej chwi­li nie­przy­stęp­nym pro­jek­tem”[1].

Okładka książki Agaty Puwalskiej pod tytułem „haka!”.
Agata Puwalska, „haka!”, Stronie Śląskie: Biuro Literackie, 2021.

Rze­czy­wi­ście wyda­je się, że mamy do czy­nie­nia z pro­jek­tem, i choć jest to sło­wo nie­szcze­gól­nie lubia­ne, zwłasz­cza przez star­szych czy­tel­ni­ków poezji (koja­rzy się z języ­kiem mar­ke­tin­gu i pró­bą uto­wa­ro­wie­nia oso­by poetyc­kiej), dobrze opi­su­je kolej­ne gesty lite­rac­kie Puwal­skiej. W tym przy­pad­ku cho­dzi bowiem nie o wyra­cho­wa­nie czy pró­bę nada­wa­nia – cza­sem na siłę – zbio­rom wier­szy kon­cep­tu­al­no-kom­po­zy­cyj­nych ram i upo­dab­nia­nia się w ten spo­sób do prog-roc­ko­we­go albu­mu muzycz­ne­go, lecz o inte­lek­tu­al­ne pod­gle­bie i świa­do­mość este­tycz­ną samej autor­ki. Puwal­ska pro­jek­tu­je swo­je książ­ki, jak­by zapra­sza­ła nas w śro­dek inte­rak­tyw­nej opo­wie­ści – niby zosta­wia wra­że­nie swo­bo­dy, lecz aran­żu­je dyna­mi­kę zda­rzeń, kon­tro­lu­je tem­po nar­ra­cji, pla­nu­je moż­li­we wej­ścia i kąty kame­ry. W cen­trum tego pro­jek­tu znaj­du­je się zaś eks­pe­ry­ment per­cep­cyj­ny – i ten histo­rycz­ny, na któ­ry moż­na się dzi­siaj powo­łać wyłącz­nie na zasa­dzie cyta­tu z tra­dy­cji awan­gar­do­wych, i ten współ­cze­sny, zwią­za­ny z testo­wa­niem „udźwi­gu” i „nośno­ści” wier­sza, a więc przede wszyst­kim jego komu­ni­ka­cyj­nych i ima­gi­na­cyj­nych moż­li­wo­ści.

Pozor­na nie­przy­stęp­ność, na któ­rą wska­zy­wa­ła Fie­dor­czuk, to tak­że szan­sa na kry­tycz­ną lek­tu­rę, a wręcz zachę­ta do niej. Wystar­czy wspo­mnieć, że ostat­nie książ­ki autor­ki obsy­pa­ne zosta­ły recen­zja­mi, ba, zdo­ła­ły nawet wywo­łać coś na kształt spo­ru o lep­sze, traf­niej­sze odczy­ta­nia, co wła­ści­wie nie zda­rza się już we współ­cze­snej kry­ty­ce[2]. W pew­nym sen­sie trzy póź­niej­sze tomy – spój­ne este­tycz­nie i teo­re­tycz­nie, wyni­ka­ją­ce z podob­nych fascy­na­cji awan­gar­do­wy­mi teo­ria­mi widze­nia i pró­ba­mi odnie­sie­nia ich do naszych doświad­czeń w obco­wa­niu z nowy­mi media­mi – dystan­su­ją debiut i wyzna­cza­ją inne ścież­ki roz­wo­ju, niż mogłem podej­rze­wać w 2021 roku, gdy recen­zo­wa­łem hakę![3] Wów­czas autor­ce bliż­sze były kate­go­rie antro­po­lo­gicz­ne – przy­glą­da­ła się ona temu, co obce, egzo­tycz­ne, szu­ka­jąc w tej obco­ści mecha­ni­zmów, któ­re mogły­by nas popro­wa­dzić w stro­nę innych rela­cji spo­łecz­nych i innych spo­so­bów empi­rycz­ne­go odbio­ru świa­ta. Moż­na powie­dzieć, że w opo­wie­ści o „czło­wie­ku jako miej­scu obra­zów” towa­rzy­szy­li jej raczej Marc Augé i Hans Bel­ting niż Was­si­ly Kan­din­sky, Wła­dy­sław Strze­miń­ski i O potrzeb­ne two­rze­nia widzeń Ste­fa­na The­mer­so­na.

Okładka książki Agaty Puwalskiej pod tytułem „PARANOIA BEBOP”.
Agata Puwalska, „PARANOIA BEBOP”, Kraków: Fundacja KONTENT, 2022.

Od stro­ny tech­nicz­nej skut­ko­wa­ło to wręcz cze­cho­wi­czow­skim pole­ga­niem na eufo­nii, aso­nan­sach i pomi­nię­tej inter­punk­cji, co zosta­ło wyko­rzy­sta­ne do zatar­cia gra­nic zestro­jów akcen­to­wych i podzia­łów seman­tycz­nych, do roz­pusz­cze­nia prze­bie­gu wer­su i pod­da­nia go mię­dzy­wy­ra­zo­wym prze­pły­wom w gęstych, kata­lo­go­wych wyli­cze­niach, punk­to­wa­nych przez instruk­ta­żo­we cza­sow­ni­ki w dru­giej oso­bie („do wóz­ka wrzu­casz zapach bry­zę oce­anu smak reko­men­da­cję / z nowe­go por­ta­lu kil­ka godzin bez snu skra­dasz cudze emo­cje / poziom satys­fak­cji nigdy nie jest trwa­ły chwi­lo­wa nagro­da / jak pożar w ark­ty­ce pożar pod powie­ka­mi zmia­na deko­ra­cji”, „[…] odtwa­rzasz slajd / za slaj­dem jak ślad ze szkła z beto­nu roz­pro­szo­nych spoj­rzeń / roz­róż­niasz języ­ki choć obce prze­czu­wasz zna­cze­nie”)[4]. Czy rze­czy­wi­ście tań­czo­no w debiu­cie wojen­ną hakę – nie wiem, ale na pew­no poszu­ki­wa­no w języ­ku tego, co cie­le­sne, co wymy­ka się logi­ce i wpro­wa­dza prze­pły­wy, utrud­nia­ją­ce pod­miot­ce (i czy­tel­ni­kom) orien­ta­cję w prze­strze­ni. Być może naj­istot­niej­sza z tej per­spek­ty­wy była dekla­ra­cja z wier­sza surf poeti­ca (H, s. 16):

w zim­nie się zanu­rzam polu­ję na falę pły­nę pod jej grzbie­tem
cia­ło przy­kry­wam deską choć brak mi pomo­stu a w oczach wie­le słońc.

Pod­miot­ka Puwal­skiej zma­ga się z żywio­łem, wal­czy z falą i na falę cze­ka, tra­ci grunt pod sto­pa­mi, któ­rym jest prze­cież nie­sta­bil­na deska, ale robi to we w mia­rę bez­piecz­nych warun­kach, bawiąc się, rywa­li­zu­jąc, szu­ka­jąc przy­jem­no­ści i wyzwań, a przede wszyst­kim sama wysta­wia­jąc się na te eks­tre­mal­ne doświad­cze­nia i dekla­ru­jąc: „prze­kro­czyć chcę sie­bie”. W tym sen­sie zabu­rze­nia widze­nia, poklat­ko­we mon­ta­że, utra­ty orien­ta­cji w prze­strze­ni i pona­wia­ne dekla­ra­cje o wyśli­zgi­wa­niu się fun­da­men­tów – wszyst­ko to sta­no­wi swo­iste ćwi­cze­nia z odre­al­nia­nia i jest pierw­szym kro­kiem do usta­no­wie­nia rze­czy­wi­sto­ści „wie­lu słońc”.

Nie powin­no więc dzi­wić, że na oś kom­po­zy­cyj­ną (albo wehi­kuł sen­su) kolej­ne­go tomu Puwal­ska wybra­ła sta­tek kosmicz­ny – z jego umow­ną nie­waż­ko­ścią i zakwe­stio­no­wa­niem rela­cji pion–poziom, góra–dół. Mało tego – sta­tek ten już na wstę­pie wysła­ła w hiper­prze­strzeń roz­par­ce­lo­wa­nym na stro­nie, roz­strze­la­nym i po czę­ści wizu­al­nym wier­szem hiper­dro­ga, któ­ry otwie­ra dekla­ra­cja „roz­jazd”, a zamy­ka­ją wer­sy „nie­pew­ność p o d n i e c a / nie­li­ne­ar­nie odkła­da się / wybór” (PB, s. 5). Ten zaś płyn­nie prze­cho­dził w tekst roz­kład jaź­ni i jego eks­plo­zyw­ną puen­tę (PB, s. 6):

i czy przy­na­le­ży, i gdzie przy­na­le­ży
i czy się wpa­su­je, czy dopa­su­je
umie­ści zmie­ści uło­ży roz­ło­ży roz­pły­nie
roz­sz­czel­ni czy jed­nak

r o z s a d z i

Dobrze widać w tym przej­ściu, że ener­gia, któ­rą w hace!Puwal­ska kon­den­so­wa­ła w gęstym, sku­pio­nym wier­szu, pozba­wio­nym ukła­dów stro­ficz­nych i świa­tła mię­dzy wer­sa­mi, w każ­dym kolej­nym tomie coraz bar­dziej się roz­pra­sza. Tek­sty sta­ją się two­ra­mi prze­strzen­ny­mi, coraz odważ­niej zaj­mu­ją powierzch­nię stro­ny, roz­pa­da­ją się na niej i na powrót sku­pia­ją w geo­me­trycz­ne ukła­dy. Prze­wa­żać zaczy­na ten rodzaj myśle­nia, któ­ry Macie­ja Topol­skie­go, uważ­ne­go czy­tel­ni­ka i tłu­ma­cza Anne Car­son, dopro­wa­dził do poema­tu Połać. Puwal­ską pro­wa­dzi zaś wprost do Fun­ky Forest, kwa­so­we­go poema­tu, w któ­rym naj­czę­ściej powra­ca­ją­cym sło­wem jest „prze­strzeń”: roz­cią­ga­na, roz­sze­rza­na, trą­ca­na, otwie­ra­na i domy­ka­na, „prze­strzeń jak nie­to­perz” (FF, s. 41), gdy „oczy jak kul­ki drga­ją nie­prze­rwa­nie roz­po­star­te ramio­na szpa­gat nad prze­strze­nią” (FF, s. 17).

Z per­spek­ty­wy patro­na­tów trzy ostat­nie książ­ki są w znacz­nie więk­szym stop­niu kon­struk­ty­wi­stycz­ne niż debiut, zawie­ra­ją wię­cej sil­nych prze­rzut­ni, elips, częst­sze jest tu wyko­rzy­sty­wa­nie orga­ni­za­cji tabu­lar­nej, gier wizu­al­nych w prze­strze­ni stro­ny i posłu­gi­wa­nia się myśle­niem o tek­ście w kate­go­riach archi­tek­to­nicz­nych. Wię­cej jest tak­że ele­men­tów kata­lo­go­wych czy dia­gra­ma­tycz­nych oraz zabaw, któ­re opar­te są raczej na juk­sta­po­zy­cyj­nych zesta­wie­niach blo­ków tek­stu niż na prze­pły­wie stru­mie­nia gło­su. Sytu­acje lirycz­ne rów­nież coraz bar­dziej się roz­sz­czel­nia­ją, a boha­te­ro­wie są zale­d­wie poten­cjal­ny­mi figu­ra­mi myśli, wrzu­ca­ny­mi w świat zain­sce­ni­zo­wa­ny na potrze­by ich dzia­łań. Te histo­rie opo­wia­da się więc tro­chę na niby, cho­ciaż Puwal­ska opo­wia­dać lubi, a jej poszcze­gól­ne wier­sze i całe tomy są prze­cież skon­stru­owa­ny­mi mon­ta­ża­mi, zapi­sa­mi pra­cy kame­ry two­rzą­cej nie­ustan­ną ilu­zję akcji, wyda­rza­nia się, nastę­po­wa­nia po sobie epi­zo­dów.

Dromologie i dromaderki

Moż­na jed­nak na tę ewo­lu­cję spoj­rzeć ina­czej i poszu­kać ele­men­tów wspól­nych dla całe­go dotych­cza­so­we­go pisa­nia autor­ki. Maory­ska haka to prze­cież eks­ta­tycz­ny taniec, ple­mien­ny ruch ciał, wią­za­nie (spo­łecz­ne) i spek­takl (widzial­no­ści), nała­do­wa­ny kine­tycz­ną ener­gią. Debiu­tanc­ki tom opo­wia­dał więc o ruchu i sam tak­że był nie­by­wa­le ruchli­wy, nawet jeśli logi­kę tego ruchu wyzna­cza­ły kalej­do­skop i pętla: tury­stycz­ne kata­lo­gi, migo­tli­we pęk­nię­cia foto­gra­ficz­nych klisz i ulot­ne wglą­dy w kolej­ne sta­ny lirycz­ne­go „ja”, wycho­dzą­ce­go poza sie­bie i do sie­bie wra­ca­ją­ce­go. Para­no­ia Bebop to opo­wieść o kosmicz­nym dry­fie, o bez­wied­nym ruchu w pętli na pustym baku, ale rów­no­cze­śnie to tom, któ­ry co kil­ka stron raczy nas wier­sza­mi przy­spie­sza­ją­cy­mi, celo­wo poru­szo­ny­mi, cele­bru­ją­cy­mi wyso­kie pręd­ko­ści (od desko­rol­ki po wehi­kuł jaź­ni, czy­li tytu­ło­wy sta­tek, abor­da­żem wzię­ty z seria­lu ani­me Cow­boy Bebop).

W Fun­ky Forest – wypra­wie w głę­bi­ny i na obrze­ża świa­do­mo­ści, luź­no nawią­zu­ją­cej do japoń­skie­go fil­mu Kat­su­hi­to Ishii i Shu­ni­chi­ro Miki, sygno­wa­nej zapro­sze­niem do pusz­czy „alfa­be­tów i uśmie­chów”, pusz­czy moż­li­we­go i wyśnio­ne­go, a poży­czo­nej wprost od Ste­fa­na The­mer­so­na – fun­ko­wy wajb swo­bod­nych prze­pły­wów i gięt­kich fraz łago­dził rygo­ry­stycz­ną kon­struk­cję, któ­ra bez tego przy­po­mi­na­ła­by pew­nie kostycz­ny pro­jekt Sło­jów zadrzew­nych Tymo­te­usza Kar­po­wi­cza. Dzię­ki róż­nym odkształ­ce­niom i przy­spie­sze­niom nar­ra­cyj­nym bli­żej jej jed­nak do namięt­ne­go Don Juana Witol­da Wirp­szy – otrzy­mu­je­my poemat elip­tycz­ny, wygię­ty w krzy­wym zwier­cia­dle, kon­stru­ują­cy się i dekon­stru­ują­cy na oczach czy­tel­nicz­ki i powo­łu­ją­cy do życia swo­ich boha­te­rów (Boha­te­ra i Boha­ter­kę) wyłącz­nie po to, by w koń­co­wych aktach doko­nać ich znie­sie­nia (a więc syn­te­zy) w Boha­ter­stwo, a póź­niej zno­wu wydo­być pęk­nię­cie. Otwie­ra­ją (na nie­skoń­czo­ność) i zara­zem domy­ka­ją (ponie­waż to ostat­ni tekst) ten gro­te­sko­wy poemat dro­gi – jak w fina­le Ody­sei kosmicz­nej – fra­zy: „co jesz­cze? / powie­dzieć o czło­wie­ku / i jego pustych prze­strze­niach o dziec­ku / sku­lo­nym w kuli prze­ta­cza­ją­cym się / we wnętrz­no­ściach świa­ta” (FF, s. 42). Te „puste prze­strze­nie”, w któ­rych Puwal­ska pró­bu­je wyobra­zić sobie hipo­te­tycz­ne obiek­ty i któ­re zasie­dla swo­ją wyobraź­nią, to przy­miar­ka do nie­eu­kli­de­so­wych geo­me­trii, swe­go cza­su sta­no­wią­cych przed­miot marzeń kubi­stów. Z kolei w otwar­tych świa­tach – z mot­ta­mi z Wła­dy­sła­wa Strze­miń­skie­go, Beno­ît Man­del­bro­ta i For­re­sta Gan­de­ra – już w pierw­szym wier­szu czy­ta­my: „nie pozo­sta­je nic // inne­go. tyl­ko ruszyć”. Jeste­śmy więc pro­wa­dze­ni przez tytu­ło­we otwar­te świa­ty, świa­ty wir­tu­al­ne, „żeby odkryć miej­sce w słoń­cu peł­ne / strze­li­stych two­rów i ruchu i życia” (O, s. 38).

Cała poezja Puwal­skiej wyda­rza się więc w dro­dze, w krę­gu meta­fo­ry­ki ruchu, nie­co tyl­ko zmie­nia pola seman­tycz­ne: z tań­czą­cych ciał i prze­pły­wów sen­sów na ruchy świa­do­mo­ści, na przy­spie­sze­nia per­cep­cyj­ne, któ­rych ojcem i mat­ką jest awan­gar­do­wa dro­mo­lo­gia rodem z tek­stów Filip­pa Mari­net­tie­go i innych wło­skich futu­ry­stów, a tak­że Tytu­sa Czy­żew­skie­go, Ana­to­la Ster­na, Jalu Kur­ka i Ste­fa­na The­mer­so­na – ale i z wier­cą­cych się nie­spo­koj­nie, zno­szo­nych z miej­sca na miej­sce łazi­ków sur­re­ali­zmu. Cała pozo­sta­je też eks­ta­tycz­na, jeśli zja­wi­sko to ujmie­my nie jako rodzaj świę­te­go pobu­dze­nia, sza­mań­skie­go transu (haka), lecz celo­we­go wykra­cza­nia ku moż­li­we­mu. W tym sen­sie jest rów­nież źró­dło­wo deleu­zjań­ska, lecz nie cho­dzi mi o szu­ka­nie na siłę patro­na czy powo­ły­wa­nie się na kate­go­rie, któ­re poet­ka mogła­by wyko­rzy­stać, żeby wpi­sać się w okre­ślo­ny nurt we współ­cze­snej kry­ty­ce lite­rac­kiej. Jak auto­ra Róż­ni­cy i powtó­rze­nia inte­re­so­wa­ła gno­se­olo­gia prze­cho­dzą­ca w onto­lo­gię – a więc teo­ria pozna­nia zmie­nia­ła się w jego twór­czo­ści w teo­rię wyła­nia­nia się form i kon­sty­tu­owa­nia bytów – tak Puwal­ska nie­ustan­nie pyta o warun­ki brze­go­we myśle­nia oraz o bycie, któ­re dopie­ro szu­ka swo­jej for­my, zara­zem za wszel­ką cenę chcąc unik­nąć skost­nie­nia („by uchwy­cić i nazwać ina­czej żeby / nie zasty­gło w nie­wy­god­nych sło­wach”, PB, s. 26).

Trud­no jed­nak zigno­ro­wać takie wer­sy, jak: „ente­eeeeeeeeeeeeeeeeeeee / okrą­że­nia w ruchu / jed­no­staj­nym nowe pod­ze­spo­ły / w tym cza­sie zasta­nym / w tym / cza­sie osty­głym / roz­wa­żyć inne for­my” (PB, s. 41), „oczy jak drzwi obro­to­we na tym pole­ga przej­ście” (FF, s. 5) czy „nie zawsze wia­do­mo jak krą­ży real­ne i któ­ra praw­da / ma zasto­so­wa­nie” (O, s. 38). Wyda­je się, że spo­ra część tego ruchu ma w wier­szach Puwal­skiej cha­rak­ter koli­sty – to ron­da i pętle (loops), krą­że­nie po orbi­cie, obra­ca­nie się wokół wła­snej osi, powra­ca­nie do punk­tu wyj­ścia, wiro­wa­nie w krę­gu i przed ocza­mi, man­tro­wa­nie „om” i zakli­na­nie „otu­li­ny ego”. Moż­na odnieść wra­że­nie, że świat w poezji Puwal­skiej natu­ral­nie się porząd­ku­je, sku­pia w jed­nym punk­cie, sam dąży do home­osta­zy i domknię­cia, dla­te­go trze­ba wło­żyć wie­le sił w kwe­stio­no­wa­nie tej zasa­dy, roz­bi­ja­nie two­rzy­deł i szu­ka­nie dro­gi „dla tych co wcho­dzą przez okno!” (O, s. 25).

Okładka książki Agaty Puwalskiej pod tytułem „Funky Forest. Poemat pozoru”.
Agata Puwalska, „Funky Forest. Poemat pozoru”, Łódź: Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział w Łodzi/Dom Literatury w Łodzi, 2024.

Co cie­ka­we – wbrew róż­nym neo­awan­gar­do­wym wymy­kom ku teo­rii afek­tów czy wzmo­żo­nej wizyj­no­ści (od ośmie­lo­nej wyobraź­ni po „šala­mu­nizm pol­ski”) – język w poezji Puwal­skiej peł­ni przede wszyst­kim funk­cje infor­ma­cyj­ne i poznaw­cze; zobo­wią­za­ny jest pew­ne­go rodza­ju mime­tycz­nym pak­tem, któ­ry nie­ustan­nie zapra­sza nas do eks­plo­ro­wa­nia świa­tów (moż­li­wych, otwie­ra­ją­cych się, rucho­mych, pro­jek­to­wa­nych na naszych oczach i zapa­da­ją­cych się w sie­bie). Nie uwo­dzi i nie okła­mu­je czy­tel­ni­ka, nie pro­wa­dzi tro­po­lo­gicz­nej i słow­ni­ko­wej gry w zmył­ki rodem z post­struk­tu­ra­li­stycz­nych ese­jów. Raczej: infor­mu­je i nazy­wa, wyła­nia z sie­bie nowe kształ­ty i nowe posta­cie meta­for – „chi­me­ry mię­dzy zna­kiem a bytem” (O, s. 8). Opo­wia­da jed­nak wła­sne przy­go­dy i tym samym uka­zu­je, jak to się dzie­je, że wła­śnie dzię­ki języ­ko­wi mózg mapu­je prze­strzeń i czas, wytwa­rza­jąc kon­kret­ne sta­ny (tej czy innej) rze­czy­wi­sto­ści. Czy będzie to pozor­nie sand­bo­xo­wa logi­ka „otwar­tych świa­tów”, czy alter­na­tyw­ny „poemat pozo­ru” w Fun­ky Forest, pozwa­la­ją­cy wyobraź­ni na cią­głe antro­po­mor­fi­za­cje, zawsze idzie o samo wyła­nia­nie się, o napię­cie mię­dzy napisanym/zastanym a wyda­rza­ją­cym się, o sens utrwa­lo­ny w ruchu, w prze­sko­ku (juk­sta­po­zy­cji, prze­rzut­ni), na sty­ku mię­dzy powierzch­nia­mi („nagła stra­ta mocy wypię­trze­nie zmy­słów cią­gła pra­ca koli­zji”, O, s. 37). Inny­mi sło­wy – powtó­rzę się – cho­dzi o filo­zo­fię gene­zy. Gdy spoj­rzy­my na czte­ry dotych­cza­so­we książ­ki Puwal­skiej jak na czte­ry róż­ne eks­pe­ry­men­ty zwią­za­ne z nie­ustan­nym testo­wa­niem (zawsze prze­cież ucie­le­śnio­nej) per­cep­cji przez stwa­rza­nie w języ­ku (w poje­dyn­czym wier­szu lub w prze­bie­gu całe­go tomu) pola, po któ­rym może ona hasać, bez tru­du dostrze­że­my, że jest to pro­po­zy­cja spój­na, rady­kal­na i na tle mło­dej poezji dość wyjąt­ko­wa, autor­ka bowiem od począt­ku bie­rze odpo­wie­dzial­ność za swo­je lite­rac­kie cele. To nie eks­pe­ry­men­tal­ność sama w sobie wyróż­nia tę twór­czość, lecz kon­se­kwen­cja, z jaką każ­dej książ­ce z osob­na Puwal­ska wyzna­cza pewien zakres cha­rak­te­ry­stycz­nych ruchów.

To tak­że lite­ra­tu­ra nie­ko­niecz­nie przy­jem­na – tu rację ma Fie­dor­czuk, ponie­waż przy­jem­ność wią­że­my dziś na ogół z łatwym efek­tem emo­cjo­nal­nej iden­ty­fi­ka­cji lub z ele­gij­nym tonem, któ­ry ukle­pu­je uprzed­nio osa­dzo­ne sen­sy (wszak „opie­wać oka­le­czo­ny świat” jest znacz­nie łatwiej, niż afir­mo­wać ten zale­d­wie moż­li­wy, wyła­nia­ją­cy się z pozor­nych poru­szeń). Tym­cza­sem w wier­szach Puwal­skiej trwa pro­ces nazy­wa­nia doznań i efek­tów pozna­nia („nie­ubła­ga­na namięt­ność gdy wszyst­ko otwar­te / gdy każ­dą moż­li­wość prze­ży­wa się / na nowo a nawet nie trze­ba”, O, s. 11), a wra­że­nie dyna­mi­ki tej poezji – bo są to wier­sze wyso­ce sen­su­al­ne i wszę­do­byl­skie – zawdzię­cza­my cze­muś inne­mu (o tym za chwi­lę). Bez wąt­pie­nia jest ona cere­bral­na, sku­pio­na na pro­ce­sach myślo­wych i utka­na z abs­trak­cyj­nych pojęć, któ­re są istot­nym ele­men­tem tych tek­stów. Mimo róż­nych „efek­tów dra­ma­tycz­nych”, takich jak: antro­po­mor­fi­za­cje, wtrą­ce­nia czy adre­so­wa­nie gło­sów (w tym licz­ne apo­stro­fy, wykrzyk­nie­nia i pyta­nia reto­rycz­ne), tek­sty Puwal­skiej two­rzą zale­d­wie pozo­ry sytu­acji lirycz­nych, nawet w Fun­ky Forest otwar­tych świa­tach, mają­cych w nie­co więk­szej mie­rze nar­ra­cyj­ny cha­rak­ter i cza­sem ocie­ra­ją­cych się o kon­fe­sję. Nic nie może się tam osta­tecz­nie wyda­rzyć ani zary­so­wać, nie spo­sób rów­nież przy­pi­sać ról poszcze­gól­nym pod­mio­tom ani wyobra­zić sobie całej sce­ny; to nadal głów­nie pocho­dy abs­trak­cyj­nych słów usta­wio­nych w kolej­ne twier­dze­nia i pyta­nia, w któ­re od cza­su do cza­su wpra­sza się jakiś poli­fo­nicz­ny głos, wybrzmie­wa­ją­cy na pra­wach zakłó­ce­nia – nawia­so­wy, arty­ku­łu­ją­cy wąt­pli­wość („co tu się wyda­rzy­ło?”, O, s. 8). Bry­ły obra­zów sta­bi­li­zu­ją się na chwi­lę zgod­nie z logi­ką pare­ido­lii i zaraz kru­szą, jak­by­śmy pró­bo­wa­li osie­dlić się na powierzch­ni Sola­ris i zdać z tego dzien­ni­ko­wą rela­cję (O, s. 45–48; O, s. 38):

Awangardowe geometrie

Wyda­je się, że w gro­nie współ­cze­snych miło­śni­ków dia­lo­gu z prze­szło­ścią Aga­ta Puwal­ska i Mar­cin Mokry podob­nie myślą o awan­gar­do­wej spu­ściź­nie. Obo­je trak­tu­ją ją nie jako zestaw środ­ków i osią­gnięć, któ­re przez osmo­zę wchło­nę­li­śmy w pono­wo­cze­sny model liry­ki i któ­re zmu­sza­ją nas do cią­głych (choć prze­cież pozo­ro­wa­nych) gier z komu­ni­ka­tyw­no­ścią w hom­ma­ge à Sosnow­ski. Obo­je trwa­ją raczej w kura­tor­skim dia­lo­gu z kon­kret­ny­mi auto­ra­mi, podej­mo­wa­nym ze stra­co­nych pozy­cji i – bogat­si o wie­dzę doty­czą­cą kolej­nych klęsk awan­gar­dy – zmu­sze­ni są szu­kać roz­wią­zań obok awan­gar­do­wych ruin: albo w huma­ni­stycz­nej wspól­no­cie tro­ski (to Mokry), albo w eks­ta­tycz­nej woli życia, pra­gnie­niu wypo­wie­dze­nia go, wykro­cze­nia poza lęk, by „posta­wić krok w inten­syw­nej otchła­ni któ­ra nie prze­ra­ża” (O, s. 38) – to z kolei Puwal­ska. Z wie­lu tego rodza­ju roz­mów, raczej świa­dectw pry­wat­nej lek­tu­ry niż edu­ka­cji histo­rycz­no­li­te­rac­kiej, w samym ser­cu kon­ste­la­cji, któ­rą zakre­śla­ją wier­sze autor­ki haki!, umie­ścił­bym Jana Brzę­kow­skie­go i jego meta­re­alizm.

Nawet jeśli w tej chwi­li atrak­cyj­niej­si wyda­ją się nam Jerzy Jan­kow­ski i Alek­san­der Wat (stu­le­cie futu­ry­zmu), Tade­usz Peiper i Julian Przy­boś (stu­le­cie „Zwrot­ni­cy”), Fran­cisz­ka i Ste­fan The­mer­so­no­wie (dzie­cię­cość, saty­ra, wizu­al­ność) i Ana­tol Stern (odkry­cie zagi­nio­nej Euro­py) czy wresz­cie wizyj­ne Leono­ra Car­ring­ton i Reme­dios Varo (mamy wszak w koń­cu i stu­le­cie sur­re­ali­zmu, a z tej oka­zji docze­ka­li­śmy się po latach prze­kła­du kla­sycz­nej mono­gra­fii Whit­ney Cha­dwick Artyst­ki i sur­re­alizm), to wła­śnie za pomo­cą poję­cia meta­re­ali­zmu, któ­rym Brzę­kow­ski rzu­cił wyzwa­nie i Tade­uszo­wi Peipe­ro­wi, i  André Bre­to­no­wi, moż­na w mia­rę ade­kwat­nie opi­sać wier­sze autor­ki. Rzecz pole­ga­ła w dużej mie­rze na odej­ściu od kon­struk­ty­wi­stycz­nej, pseu­do­ni­mu­ją­cej meta­fo­ry, któ­rej pod­po­rząd­ko­wa­ny był cały układ wier­sza, ku obra­zo­wi jako cią­go­wi takich meta­for, obra­zo­wi w ruchu, zor­ga­ni­zo­wa­ne­mu nar­ra­cyj­nie – na zasa­dzie prze­pły­wu snu czy pro­jek­cji fil­mo­wej, z wpi­sa­nym w ten ruch ele­men­tem tem­po­ral­nym (żaden obiekt nie ist­nie­je prze­cież w świa­do­mo­ści poza cza­sem i poza pro­ce­sem per­cep­cyj­nym, jak twier­dził autor Tęt­na). Zamiast skró­tu i oszczęd­no­ści Brzę­kow­ski pro­po­no­wał nad­da­tek, zamiast elip­sy – aso­cja­cyj­ne cią­gi, gene­ru­ją­ce nowe zna­cze­nia i wpra­wia­ją­ce w ruch rela­cje mię­dzy sło­wa­mi, zamiast kon­struk­cji – mię­dzy­sło­wie otwie­ra­ją­ce się na tre­ści pod­świa­do­me (stąd klu­czo­wa była dla nie­go teza doty­czą­ca „wyobraź­ni wyzwo­lo­nej”, jak zaty­tu­ło­wał cały zbiór póź­nych szki­ców; stąd tak­że klu­czo­wa rola tego, co w poezji Puwal­skiej „pomię­dzy” kolej­ny­mi akta­mi nazy­wa­nia i mapo­wa­nia, zmy­śla­nia i usta­na­wia­nia). Brzę­kow­ski rady­kal­nie prze­ciw­sta­wiał się zara­zem pisa­niu auto­ma­tycz­ne­mu sur­re­ali­stów, uciecz­ce od sen­su i inten­cji ku sztu­ce opar­tej na samych poru­sze­niach i wra­że­niach.

Wszyst­kie te ele­men­ty odnaj­dzie­my w wier­szach Puwal­skiej, począw­szy od sen­so­twór­czych aso­cja­cji, przez myśle­nie w kate­go­rii zdań jako meta­fo­rycz­nych cią­gów obra­zo­wych, for­mal­ne­go zapo­ży­cza­nia się w innych rodza­jach sztu­ki (wide­oklip, fol­der zdję­cio­wy, serial, ani­ma­cja, per­for­man­ce, gra – to wszyst­ko ramy per­cep­cyj­ne, wzor­ce dla „nowe­go czy­ta­nia”), a skoń­czyw­szy na polu­zo­wy­wa­niu kon­struk­ty­wi­stycz­nych gra­nic wier­sza, na celo­wym wpra­wia­niu go w oscy­la­cję, któ­rej skut­kiem jest coś w rodza­ju cią­głej zmia­ny reguł kadro­wa­nia (tro­chę jak w ani­ma­cjach Wil­lia­ma Kentridge’a). Jak pisał autor Na kato­dzie:

W moich wier­szach jest wie­le kon­kre­tów zaczerp­nię­tych z rze­czy­wi­sto­ści, ale ich wza­jem­ne powią­za­nia są nie­re­al­ne. Tak jak we śnie. Te ele­men­ty wyobraź­ni jak­by pre-egzy­sto­wa­ły we mnie przed ich wyzwo­le­niem w wier­szu. I to mnie dopro­wa­dzi­ło do kon­cep­cji „wyobraź­ni wyzwo­lo­nej” i meta­re­ali­zmu. Jak to wie­lo­krot­nie pod­kre­śla­łem, w prze­ci­wień­stwie do sur­re­ali­stycz­ne­go zapi­su auto­ma­tycz­ne­go, moja wyobraź­nia była wyobraź­nią kon­tro­lo­wa­ną, posia­da­ją­cą wyraź­nie okre­ślo­ną struk­tu­rę[5].

Bez wąt­pie­nia Puwal­ska zgo­dzi­ła­by się tak­że z nastę­pu­ją­cą wypo­wie­dzią:

Sta­ny wyobra­że­nio­we muszą być twór­cze i już sam ten fakt nada­je im cha­rak­ter gwał­tow­ny, napa­stli­wy, odkryw­czy. Fan­ta­zja poety jest zdo­byw­cza i narzu­ca się z nie­od­par­tą siłą. Zawie­ra ona w sobie ele­ment wal­ki i zwy­cię­stwa. Wyobraź­nia poety jest wresz­cie pró­bą wyj­ścia poza zewnętrz­ną, ota­cza­ją­cą nas rze­czy­wi­stość. Łączy ona w sobie jed­nak ele­men­ty zaczerp­nię­te ze świa­ta zewnętrz­ne­go z ele­men­ta­mi nie­re­al­ny­mi, któ­rych byt okre­śla­ny jest warun­ka­mi ist­nie­ją­cy­mi tyl­ko w nas samych. W tym sen­sie jest więc ona pro­jek­cją świa­ta[6].

Ale z Brzę­kow­skim łączy ją rów­nież prze­strzen­ne myśle­nie o wier­szu, trak­to­wa­nie go jako widzial­nej kon­struk­cji ze zdań, wyra­zów, blo­ków i grup słów. W tym sen­sie wiersz dzie­je się dwu­krot­nie: w oku oraz w gło­wie czy­tel­ni­ka. Nie wska­zu­ję tego rodza­ju podo­bieństw, żeby dowieść wtór­no­ści pro­po­zy­cji autor­ki haki!, zresz­tą o ile wiem, Puwal­ska nawet nie­spe­cjal­nie pozna­ła jesz­cze twór­czość nasze­go pary­skie­go awan­gar­dzi­sty. Prze­ciw­nie: tak jak uwa­żam, że cere­bral­no-oni­rycz­ne wier­sze Brzę­kow­skie­go są nie­odro­bio­ną lek­cją naszej awan­gar­dy – pro­po­zy­cją nie­zmier­nie cie­ka­wej wizji wyła­nia­nia się moż­li­wych świa­tów, wol­nych od mime­tycz­nych zobo­wią­zań (staw­ką pozo­sta­wa­ła zawsze rze­czy­wi­stość, ale nie była to rze­czy­wi­stość kro­ni­kar­skie­go zapi­su, ku któ­rej zdą­żał osta­tecz­nie Peiper, lecz wła­śnie „pro­jek­cja świa­ta”), tak samo w poezji Puwal­skiej dostrze­gam podob­ną szan­sę – otwar­cia się na auto­no­mię wier­sza, pozwa­la­ją­ce­go zmie­nić eks­pe­ry­ment z poetyc­kim widze­niem w ana­li­zę pro­ce­sów poznaw­czych.

Okładka książki Agaty Puwalskiej pod tytułem „otwarte światy”.
Agata Puwalska, „otwarte światy”, Kraków–Rybnik–Edynburg: Katalog Press, 2024.

Wyśpiewanie przestrzeni

Gdy­bym jed­nak miał – w tym krót­kim z zało­że­nia szki­cu – wska­zać jed­ną cechę cha­rak­te­ry­zu­ją­cą Puwal­ską jako poet­kę, była­by to skłon­ność tej autor­ki do wzno­szą­cej into­na­cji wier­sza, do myśle­nia anty­ka­den­cja­mi. Nie cho­dzi o spo­sób czy­ta­nia, któ­ry w pew­nej mie­rze tak­że tro­chę kie­ru­je odbio­rem, ale o zapi­sy­wa­nie prze­bie­gu wer­su w ten spo­sób, że na ogół koń­czy się on – wbrew regu­łom pol­sz­czy­zny, wbrew ele­gij­nym tonom więk­szo­ści zna­nych mi wier­szy pisa­nych na poważ­nie (a prze­cież Puwal­ska jest poważ­na i poważ­nie trak­tu­je czy­tel­ni­ka) w tona­cji molo­wej – czy­li koń­czy się wyżej, niż zaczy­na. Prze­rzut­nie i czę­ste wykrzyk­nie­nia dodat­ko­wo potę­gu­ją to wra­że­nie: że jeste­śmy nie­ustan­nie zachę­ca­ni do pod­krę­ce­nia pozio­mu gło­su, że wycho­dzi­my w wyso­kie tony tam, gdzie mogli­by­śmy się osu­nąć w smu­tek i doomer­skie roz­pa­mię­ty­wa­nie. Gdy pod­miot­ka w hace! skan­du­je „ka mate! ka ora!”, „mogę umrzeć! / mogę umrzeć! mogę żyć! mogę żyć!” (H, s. 46) albo po kata­lo­gu wyli­czeń pyta nagle: „wia­dra uła­ma­ne huś­taw­ki odgię­te zna­ki dro­go­we – gdzie jechać?” (H, s. 7), nie tyle odsła­nia się w kon­fe­syj­nym akcie prze­ła­my­wa­nia wła­snej nie­mo­cy, ile wła­śnie „pod­krę­ca” ener­gię wier­sza. Podob­nie dzia­ła to w pyta­niach reto­rycz­nych („czy masz może zdję­cie całej zie­mi? to nie­oczy­wi­ste”, O, s. 13), w wykrzyk­nie­niach z otwar­tych świa­tów („ale mind­fuck!”, O, s. 9) oraz gdy w para­lel­nych tek­stach cow­boy bebop się rady­ka­li­zu­jecow­boy bebop ma wyje­ba­ne (i podzi­wia focz­ki) naj­pierw pasti­szu­je się Mari­net­tie­go, wykrzy­ku­jąc orga­zmicz­ne „TAK TAK TAK!”, a potem paro­diu­je Zbi­gnie­wa Her­ber­ta (PB, s. 17):

W tym „i wszyst­ko!” jest zawar­ta wszyst­ko­żer­ność wier­sza, jego głód i zdol­ność do pochła­nia­nia kolej­nych reje­strów, ale rów­nież cha­rak­te­ry­stycz­na dla tego pisa­nia afir­ma­cyj­ność.

Może wła­śnie to zaska­ku­je naj­bar­dziej: że Puwal­ska poży­czy­ła od histo­rycz­nej awan­gar­dy (tej pierw­szej) Stim­mung, eks­ta­tycz­ną radość, a od tej dru­giej (neo – od wizu­al­nych poema­tów The­mer­so­nów po twór­czość Witol­da Wirp­szy i Tymo­te­usza Kar­po­wi­cza) tech­ni­ki nega­cji, któ­re tę eks­ta­zę pro­ble­ma­ty­zu­ją, ale jej nie prze­zwy­cię­ża­ją. W prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści twór­ców się­ga­ją­cych po pięk­ną przy­go­dę z XX wie­kiem i ówcze­sną kate­go­rią eks­pe­ry­men­tu autor­ka haki! nie potrze­bu­je więc ani este­tyk wznio­sło­ści (jej poezja pro­gra­mo­wo prze­zwy­cię­ża nicość i strach przed nią, zapeł­nia miej­sca puste, nie pozwa­la­jąc wkraść się nostal­gii), ani cią­głe­go prze­cze­nia, nice­stwie­nia, po któ­rym nie spo­sób iść dalej (ani ina­czej) niż ku świa­tłu i epi­fa­nii. Prze­ciw­nie: im bar­dziej abs­trak­cyj­no-wizyj­ny cha­rak­ter mają jej obra­zy, im wię­cej w nich logi­ki snu, tym sil­niej zako­rze­nia­ją się w rze­czy­wi­sto­ści, sta­ją się tym real­niej­sze i bar­dziej nama­cal­ne.

Czy coś w debiu­tanc­kim tomie zdra­dza­ło ten zamysł? Czy wizu­al­ność – pomy­śla­na jako nie­ustan­na pro­jek­cja obra­zu (nama­lo­wa­ne­go, utrwa­lo­ne­go na zdję­ciu, wywo­ła­ne­go z pamię­ci) w prze­strzeń (wyśnio­ną, hipo­te­tycz­ną, poten­cjal­ną, ale mate­rial­nie ogra­ni­czo­ną) – pra­co­wa­ła już wów­czas w kate­go­riach „pro­jek­cji świa­ta”, ale zosta­ła prze­oczo­na w recep­cji?

Oczy­wi­ście z tyłu gło­wy poja­wia się pyta­nie: czy spo­sób, w jaki Puwal­ska myśli o two­rze­niu widzeń i prze­pi­sy­wa­niu ich mię­dzy media­mi (pra­gnie­nie, obraz, język, wyobra­że­nie, eks­pre­sja i arty­ku­la­cja, cała eko­no­mia zna­ku spa­ko­wa­na w for­mę wier­szo­wą), nie pacy­fi­ku­je cza­sem innej sfe­ry – roz­strzy­gnięć poli­tycz­nych doty­czą­cych dzie­le­nia sen­so­rium? Czy w jej meta­re­ali­stycz­nym pro­jek­cie jest miej­sce na – cytu­jąc Jaku­ba Korn­hau­se­ra i jego książ­kę o awan­gar­dzie – „straj­ki, zakłó­ce­nia, defor­ma­cje”? Kie­dy autor­ka chce „lustro­wać świa­ty przez zamknię­te oczy” (O, s. 35), nie mam wąt­pli­wo­ści, że cho­dzi jej nie tyl­ko o łaciń­skie lustra­re i jego praw­no-poli­tycz­ną histo­rię, ale rów­nież o lustro defor­mu­ją­ce, któ­re odbi­ja, naśla­du­je, zagi­na i prze­krzy­wia. Dla Puwal­skiej liczą się więc nie same otwar­cia i zamknię­cia, pro­ce­sy gro­dzeń i szu­ka­nie linii ujścia, napię­cie mię­dzy wir­tu­al­nym i real­nym, lecz wszyst­kie fał­do­wa­nia, zgię­cia, roz­my­cia, kaf­kow­skie defor­ma­cje (Ein­stel­lung), w któ­re wers wychy­la się „jak skrzy­wio­ne waha­dło” (O, s. 27), zmie­nia­jąc pole seman­tycz­ne w burzo­wą chmu­rę.

[1] J. Fie­dor­czuk, Ten frag­ment snu podo­ba mi się naj­bar­dziej, „Dwu­ty­go­dnik” 2024, nr 397.

[2] W „Odrze” (2025, nr 1) o Otwar­tych świa­tach pisa­ła Karo­li­na Gór­nic­ka, a wcze­śniej na łamach „Małe­go For­ma­tu” swój felie­ton poświę­ci­ła im Basia Rojek (2024, nr 11–12), pole­mi­zu­jąc z recen­zją Agniesz­ki Soko­łow­skiej w „Zakła­dzie” (nr 9). Dodaj­my do tego pole­ce­nie „z cen­tra­li”, czy­li wła­śnie tekst Julii Fie­dor­czuk w „Dwu­ty­go­dni­ku”. Kolej­ne pew­nie jesz­cze nadej­dą.

[3] J. Skur­tys, Pie­śni nie­win­no­ści i doświad­cze­nia, „BiBLio­te­ka” 2021, onli­ne: https://www.biuroliterackie.pl/biblioteka/recenzje/piesni-niewinnosci-i-doswiadczenia/ [dostęp: 15.07.2025].

[4] Sto­su­ję nastę­pu­ją­ce skró­ty: Haka!, Stro­nie Ślą­skie 2021 – H; Para­no­ia Bebop, Kra­ków 2022 – PB; otwar­te świa­ty, Kraków–Rybnik–Edynburg 2024 – O; Fun­ky Forest: poemat pozo­ru, Łódź 2024 – FF. Tutaj: H, s. 19 i 22.

[5] J. Brzę­kow­ski, Od „Zwrot­ni­cy” do anty­wa­lo­rów i kontr­asen­su. Cyt. za: A.K. Waś­kie­wicz, Rygo­ry wyobraź­ni wyzwo­lo­nej. O meta­re­ali­zmie Jana Brzę­kow­skie­go, „Pamięt­nik Lite­rac­ki” 1972, z. 3.

[6] Ten­że, Wyobraź­nia wyzwo­lo­na. Szki­ce i wspo­mnie­nia, Kra­ków 1976, s. 65.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Czytaj także

31.03.2026 Recenzje

Topografia nieobecności

Agata Puwalska próbuje podkreślić, że każde spojrzenie jest zdolne zmienić obiekt czy zjawisko, na którym się skupia. Poetka nie szuka jednak nowej możliwości poznania pozazmysłowego, ponieważ szybko orientuje się, że wszystkie interakcje ze światem obciążone są perspektywą podmiotową – o Alis Ubbo Agaty Puwalskiej pisze Karolina Górnicka.

29.12.2025 Recenzje

Na kanwie nocy

To tylko dwadzieścia trzy wiersze, niewiele ponad trzydzieści słów w tych najbardziej obszernych: obiektywistyczne obserwacje, liryczne konfesje, akty oskarżenia, humanistyczne gesty przeprosin i próby wchodzenia w interakcję z tym, co poza nami – o najnowszym tomie poetyckim Wyrazy współczucia Julii Szychowiak pisze Jakub Skurtys.

18.06.2025 Recenzje

Psujujuju

A gdyby tak zacząć od prowokacji: że najlepszą frazą z debiutanckiego tomu Łukasza Krajewskiego jest tytuł (w wierszu Pop! powtórzony trzy razy niczym demoniczna mantra)? Miłuj diabelskie pisklę, które wyszło z jajka zepsutego to zdanie tak zakręcone i przestylizowane, a zarazem niosące w sobie tak znaczny ciężar metafizyczny, że trudno go nie polubić – pisze Jakub Skurtys.

13.08.2026 Laba

Pocztówka znaleziona w trzcinie

Laba i lato: najlepsza para pod słońcem. Szykujemy się na letnie przygody z książkami – ruszajcie z nami! W cyklu wakacyjnych tekstów prezentujemy pocztówki literackie, reportaże z wydarzeń kulturalnych (uwaga na wypowiedzi publiczności!), rozmowy o letnich lekturach. Dzisiaj publikujemy reportaż Krzysztofa Żwirskiego z festiwalu Stolica Języka Polskiego w Szczebrzeszynie.