Czy redaktor przekładu jest strażnikiem normy?

Stro­na redak­cyj­na to ta czwar­ta albo dru­ga stro­na książ­ki, za stro­ną tytu­ło­wą z imie­niem i nazwi­skiem auto­ra, tytu­łem, nazwą wydaw­nic­twa. Rzad­ko się tam zaglą­da, prze­waż­nie ze wzglę­du na prze­ko­na­nie, że to miej­sce na tech­ni­ka­lia zwy­kłe­mu czy­tel­ni­ko­wi nie­przy­dat­ne. A to błąd. Ponie­waż kie­dy już tam się tra­fi, moż­na, jak mnie to się sta­ło, gdy wzią­łem do ręki pierw­sze pol­skie wyda­nie Loli­ty Nabo­ko­va, zauwa­żyć, że nad metry­ką znaj­du­je się jed­no­wer­so­wa infor­ma­cja: „Wyda­nie bez redak­cyj­ne­go opra­co­wa­nia wydaw­cy”.

Przy­znam, że to pierw­szy i jak dotąd jedy­ny raz, kie­dy tra­fi­łem na taką not­kę. Edy­cja Loli­ty, o któ­rej mowa, to prze­kład Rober­ta Stil­le­ra z 1991 roku, któ­ry uka­zał się w Pań­stwo­wym Insty­tu­cie Wydaw­ni­czym. Redak­cyj­ne opra­co­wa­nie, któ­re nie mia­ło miej­sca, doty­czy­ło więc prze­kła­du. To nie jest neu­tral­na nota, taka skró­to­wość skry­wa sil­ne emo­cje: znie­cier­pli­wie­nie, gniew, ura­zę? Moż­na by wpraw­dzie domnie­my­wać, że opra­co­wa­nia redak­cyj­ne­go nie było, ponie­waż wydaw­ca spie­szył się z opu­bli­ko­wa­niem powie­ści i z redak­cją jej prze­kła­du nie zdą­żył, ale to mało praw­do­po­dob­ne. Za zamiesz­cze­niem podob­nej noty stoi raczej kon­flikt mię­dzy redak­to­rem a tłu­ma­czem, a sama nota jest pró­bą zabez­pie­cze­nia się przed ewen­tu­al­ny­mi zarzu­ta­mi, że wydaw­ca nie dopil­no­wał, by prze­kład uka­zał się w sta­ran­nie przy­go­to­wa­nej posta­ci. Piszę o tym przy­pad­ku, bo prze­czy on prak­ty­ce wydaw­ni­czej: tłu­macz i redak­tor dzia­ła­ją w jed­nej dru­ży­nie, w bli­skim soju­szu dwóch waż­nych instan­cji odpo­wie­dzial­nych za tekst. Tu doszło do ich roz­wo­du. Być może więc nale­ża­ło się spo­dzie­wać, że w „Gaze­cie Wybor­czej” uka­że się wkrót­ce recen­zja prze­kła­du Loli­ty1 (tak, pra­sa udo­stęp­nia­ła łamy kry­ty­ce prze­kła­du). Autor recen­zji nie prze­bie­rał w sło­wach:

Dozna­łem ogrom­ne­go roz­cza­ro­wa­nia. Oczy­wi­ście nie Nabo­ko­vem, lecz – oględ­nie mówiąc – dzi­wacz­ną pol­sz­czy­zną, jaką nam zapro­po­no­wał mistrz Stil­ler. Od same­go nie­mal począt­ku przy­po­mi­na ona gła­ska­nie „pod włos”. Sta­ra­łem się jak naj­dłu­żej brać wszyst­ko za dobrą mone­tę […], gdy jed­nak dosze­dłem do zda­nia na stro­nie 74, musia­łem – przez sza­cu­nek dla Nabo­ko­va i same­go sie­bie – powie­dzieć: nie!!! To jest po pro­stu zła, nie­udol­na pol­sz­czy­zna! Zda­nie to brzmi:

Wnę­trze mojej dło­ni wciąż jesz­cze peł­ne było Loli­ty, jej gład­ko­ści – niby kość sło­nio­wa – peł­ne gład­ko­ści jej po nie­let­nie­mu wklę­słych ple­ców, tego jak sło­nio­wa kość gład­kie­go wra­że­nia pośli­zgli­wo­ści jej skó­ry pod cie­niut­ką sukien­ką, któ­rą moja dłoń prze­su­wa­ła w górę i w dół, dopó­ki obej­mo­wa­łem ją”.

Jakież bogac­two kurio­zal­nych wyra­żeń!

Przy­ta­czam frag­ment tej recen­zji, ponie­waż jej autor nie dość, że zacy­to­wał w niej sze­reg nie­udol­nych, czy­taj: nie­zre­da­go­wa­nych frag­men­tów tego prze­kła­du, nie dość, że się nad nimi popa­stwił, to jesz­cze zapro­po­no­wał swój prze­kład skry­ty­ko­wa­ne­go wyżej zda­nia, Według nie­go mogło ono wyglą­dać na przy­kład tak:

Wnę­trze mojej dło­ni wciąż jesz­cze było peł­ne Loli­ty, jej nie­doj­rza­łych, wklę­słych ple­ców, gład­kich niby kość sło­nio­wa i jak ona wywo­łu­ją­cych wra­że­nie śli­sko­ści skó­ry pod cie­niut­kim mate­ria­łem sukien­ki prze­su­wa­nym prze­ze mnie ręką, gdy obej­mo­wa­łem dziew­czyn­kę.

Recen­zent przed­sta­wił popra­wio­ną wer­sję inkry­mi­no­wa­ne­go frag­men­tu, czy­li ten frag­ment zre­da­go­wał. Zwróć­my uwa­gę, że uczy­nił to w ode­rwa­niu od tego, jak wyglą­da rze­czo­ne zda­nie w ory­gi­na­le: impul­sem, któ­ry skło­nił go do popra­wie­nia, była kry­tycz­na oce­na pol­sz­czy­zny tego tek­stu. Zare­ago­wał, jak pew­nie zro­bił­by to każ­dy solid­ny redak­tor, na takie cuda jak „gład­kie wra­że­nie pośli­zgli­wo­ści”, „gład­kość niby kość sło­nio­wa” czy „dopó­ki obej­mo­wa­łem ją”. Złą – „kurio­zal­ną” – pol­sz­czy­znę, ewi­dent­nie nie do obro­ny i na pew­no nie do dru­ku, zamie­nił w pol­sz­czy­znę co naj­mniej dru­ko­wal­ną. Co cie­ka­we, Nie­dziel­ski jest tłu­ma­czem lite­ra­tu­ry języ­ka angiel­skie­go, mógł­by więc skon­fron­to­wać dzi­wacz­ne wybo­ry Stil­le­ra ze sty­li­sty­ką Nabo­ko­va, ale tego nie zro­bił. Naj­wy­raź­niej uznał, że prze­kład Stil­le­ra, nawet gdy­by znaj­do­wał opar­cie w nie do koń­ca nor­ma­tyw­nej, trans­gre­syj­nej czy świa­do­mie ułom­nej angielsz­czyź­nie auto­ra Loli­ty, jest języ­ko­wo nie do zaak­cep­to­wa­nia.

Trans­gre­sja w lite­ra­tu­rze, jej płyn życia, jej dru­ga natu­ra, powin­na bro­nić się sama. Naru­sze­nie norm języ­ka prze­kła­du, jeże­li ma być funk­cjo­nal­ne, nie powin­no znaj­do­wać uza­sad­nie­nia w tym, że „autor też dziw­nie pisze”. Autor­ska dziw­ność w lite­ra­tu­rze zasłu­gu­ją­cej na to mia­no zawsze znaj­du­je uza­sad­nie­nie w poety­ce utwo­ru – jest lite­rac­ko, arty­stycz­nie, poetyc­ko, ide­owo uży­tecz­na: czy­tel­nik kon­fron­tu­je się z tą odmien­no­ścią, bie­rze się z nią za bary, może zży­ma się na nią, ale otwar­ta lek­tu­ra pozwa­la mu dostrzec – bądź wyczuć – inte­gral­ny zwią­zek tej nie­nor­ma­tyw­no­ści z przy­ję­tą przez auto­ra per­spek­ty­wą nar­ra­cyj­ną, z nie­oczy­wi­stym obra­zem świa­ta, z pod­sta­wa­mi reali­zu­ją­cej się w utwo­rze filo­zo­fii języ­ka.

Sprawdź­my więc, co z tą trans­gre­sją w książ­ce Nabo­ko­va. Przy­to­czo­ny przez Nie­dziel­skie­go frag­ment Loli­ty w angiel­sko­ję­zycz­nym ory­gi­na­le wyglą­da tak:

The hol­low of my hand was still ivo­ry-full of Loli­ta – full of the feel of her pre-ado­le­scen­tly incu­rved back, that ivo­ry-smo­oth, sli­ding sen­sa­tion of her skin thro­ugh the thin frock that I had wor­ked up and down whi­le I held her2.

Nie­jed­no o tym zda­niu moż­na powie­dzieć, ale nie to, że jest „kurio­zal­ne”. Jed­no zda­nie, pod­da­ne instru­men­ta­li­za­cji pod­kre­śla­ją­cej ali­te­ra­cyj­ne powi­no­wac­two słów, hol­low of my hand, full of the feel, smo­oth, sli­ding sen­sa­tion of her skin. Nabo­kov nie naru­sza zasad angielsz­czy­zny, zda­nie jest skła­dnio­wo przej­rzy­ste, z wyjąt­kiem jed­ne­go obra­zu: to be ivo­ry-full of sthg, któ­re to wyra­że­nie znaj­du­je potem swo­je echo w zna­cze­nio­wo już oczy­wi­stym neo­lo­gi­zmie ivo­ry-smo­oth. Zro­zu­mie­nie tego dru­gie­go wyra­że­nia nie spra­wia kło­po­tów: „gład­ki jak kość sło­nio­wa”; to pierw­sze nie jest jed­no­znacz­ne, eks­pli­ka­cja jego sen­su wyma­ga­ła­by bar­dziej roz­bu­do­wa­nej fra­zy: „wnę­trze mojej dło­ni peł­ne było Loli­ty, jak gdy­by była ona kością sło­nio­wą”. Albo: „wnę­trze mojej dło­ni peł­ne było kości sło­nio­wej, jaką była Loli­ta”.

Nie­dziel­ski w swo­im prze­kła­dzie pomi­nął ten nowa­tor­ski obraz. Dru­gi tłu­macz Loli­ty na pol­ski, Michał Kło­bu­kow­ski, któ­re­go prze­kład uka­zał się sześć lat póź­niej, tak pora­dził sobie z cyto­wa­nym frag­men­tem:

Wnę­trze mojej dło­ni było jesz­cze ala­ba­stro­wo peł­ne Loli­ty – peł­ne wspo­mnień po dzie­cię­co wklę­słych ple­cach, peł­ne gład­kie­go jak ala­ba­ster, posu­wi­ste­go doty­ku skó­ry przez lek­ką sukien­kę, któ­rą marsz­czy­łem to w górę, to w dół, trzy­ma­jąc nim­fet­kę w ramio­nach3.

Kość sło­nio­wa znik­nę­ła – jest w pol­sz­czyź­nie dwu­czło­no­wa, za dłu­ga, a więc, tak samo jak jej desy­gnat, za mało pla­stycz­na, by prze­mie­nić ją w poręcz­ny przy­słó­wek. Tłu­macz naj­wy­raź­niej uznał, że Nabo­kov, pisząc o kości sło­nio­wej, jaką była Loli­ta, miał na myśli biel, zamia­na kości na ala­ba­ster zacho­wu­je tę kono­ta­cję. „Ala­ba­stro­wo” to nie­co­dzien­ny, choć w peł­ni popraw­ny przy­słó­wek, samo wyra­że­nie jed­nak nie jest tak nowa­tor­skie jak ivo­ry-full. „Być peł­nym kimś ala­ba­stro­wo” wska­zu­je na cechę ala­ba­stru, któ­rą posia­da oso­ba wypeł­nia­ją­ca wnę­trze dło­ni. Ginie – we wszyst­kich trzech prze­kła­dach – gra słów roz­po­czy­na­ją­ca ten frag­ment. To, co po pol­sku tłu­ma­cze prze­kła­da­ją słow­ni­ko­wo na „wnę­trze dło­ni”, po angiel­sku nazy­wa się dosłow­nie „pust­ką dło­ni”, albo jej „wgłę­bie­niem”. Z tek­stu wyła­nia się więc para­doks p e ł n e j ala­ba­stro­wo p u s t k i, pust­ki wypeł­nio­nej (ala­ba­stro­wo­ścią) Loli­ty.

Zgódźmy się, że Nabokov stawia przed tłumaczami trudne zadanie: dopowiadająca składnia, paradoks w grze słów, kilkakrotna aliteracja, ale z pewnością nie doprowadza zdania do stanu składniowej rozsypki i frazeologicznej ułomności, jakie znajdziemy w przekładzie Stillera.

Przy­wo­łu­ję ten frag­ment jego Loli­ty, któ­ry, przy­po­mnę, uka­zał się „bez redak­cyj­ne­go opra­co­wa­nia wydaw­cy”, i oma­wiam reak­cję na ten prze­kład, ponie­waż Nie­dziel­ski i Kło­bu­kow­ski repre­zen­tu­ją tu dwa odmien­ne podej­ścia do tek­stu: Kło­bu­kow­ski tłu­ma­czy Nabo­ko­va, towa­rzy­sząc angiel­skie­mu zda­niu. Nie­dziel­ski Nabo­ko­va nie tłu­ma­czy, ale popra­wia chro­my prze­kład Stil­le­ra. Inge­ren­cja Nie­dziel­skie­go w cudzy tekst jest inge­ren­cją, któ­rą wią­że­my z cha­rak­te­rem pra­cy redak­to­ra, tej trze­ciej – po auto­rze i tłu­ma­czu – instan­cji odpo­wia­da­ją­cej za osta­tecz­ny tekst prze­kła­du.

Na stro­nie redak­cyj­nej Loli­ty Stil­le­ra nie znaj­dzie­my nazwi­ska redak­to­ra – zro­zu­mia­łe, gdy redak­cji tek­stu nie było. Na stro­nie redak­cyj­nej Loli­ty Kło­bu­kow­skie­go nazwi­sko redak­to­ra nie tyl­ko znaj­dzie­my, ale i je roz­po­zna­my: Leszek Engel­king. Ten tłu­macz, poeta, pro­za­ik i kry­tyk wystę­pu­je tu w kolej­nej roli. To, że toż­sa­mość redak­to­ra ujaw­nia się już na star­cie, czy­li na dru­giej lub czwar­tej stro­nie książ­ki, nie jest jed­nak regu­łą – w wie­lu publi­ka­cjach wydaw­ca prze­su­wa tę infor­ma­cję, wraz z całą stro­ną redak­cyj­ną, na koniec książ­ki.

Do nie­daw­na mówi­ło się o nie­wi­dzial­no­ści tłu­ma­czy, dziś, kie­dy doko­na­li oni – kie­dy doko­na­li­śmy – coming outu, a nasze nazwi­ska poja­wia­ją się na okład­kach tłu­ma­czo­nych przez nas ksią­żek, praw­dzi­wie nie­wi­dzial­ny­mi posta­cia­mi w pro­ce­sie prze­kła­du lite­ra­tu­ry są redak­to­rzy. Nie wymie­nia się ich nazwisk w recen­zjach ani nawet w pogłę­bio­nych dys­ku­sjach o prze­kła­dach – trud­no bowiem oce­nić wkład ich pra­cy w osta­tecz­ną wer­sję tek­stu. Oce­nia­jąc czyjś prze­kład, może­my porów­ny­wać go z ory­gi­na­łem lub z wcze­śniej­szy­mi prze­kła­da­mi tego utwo­ru. Nie może­my porów­nać tek­stu, któ­ry dosta­je­my w opu­bli­ko­wa­nej książ­ce, z tek­stem pier­wot­nym, odda­nym wydaw­nic­twu przez tłu­ma­cza, bo do tego dru­gie­go nie mamy dostę­pu. Pra­ca redak­to­ra toczy się za zamknię­ty­mi drzwia­mi, czę­sto za klau­zu­lą taj­no­ści w pod­pi­sy­wa­nych z wydaw­cą umo­wach. To, jak twór­cza bywa jego pra­ca, może ujaw­nić wyłącz­nie tłu­macz, o ile nie będzie się bał, że uszczu­pli to jego wła­sne zasłu­gi. Tyl­ko dzię­ki tłu­ma­czo­wi, któ­ry wymie­ni nazwi­sko redak­to­ra w podzię­ko­wa­niach albo opo­wie w wywia­dzie czy na spo­tka­niu autor­skim o współ­pra­cy z redak­to­rem, jeśli nie skwi­tu­je jej jed­nym zda­niem, redak­tor wycho­dzi z nie­by­tu. Dużo czę­ściej redak­tor, choć nie jest wymie­nio­ny z nazwi­ska, sta­je się zakap­tu­rzo­nym anty­bo­ha­te­rem w roz­mo­wach pry­wat­nych, wpi­sach w mediach spo­łecz­no­ścio­wych, felie­to­nach czy wywia­dach, gdy tłu­macz przy­ta­cza jakąś absur­dal­ną popraw­kę redak­cyj­ną, poża­li się na upór redak­to­ra i opo­wie o bra­ku zro­zu­mie­nia mię­dzy oso­ba­mi ska­za­ny­mi na współ­pra­cę. Poza prze­cie­ka­mi od tłu­ma­cza redak­tor pozo­sta­je wiel­kim nie­obec­nym, a jego pra­ca nadal ska­za­na jest na nie­wi­dzial­ność. I to nie dla­te­go, że jest pra­cą mecha­nicz­ną. Bywa­ło, że pod­czas posie­dzeń kapi­tuł nagród lite­rac­kich, w któ­rych bra­łem udział, kie­dy roz­ma­wia­li­śmy o nomi­na­cjach za naj­lep­szy prze­kład, dowia­dy­wa­łem się, że prze­kład, owszem, jest świet­ny, ale „mówi się na mie­ście”, że tak napraw­dę to zasłu­ga redak­to­ra.

Piotr Fast i Ali­na Świe­ściak w arty­ku­le poświę­co­nym funk­cjom redak­to­ra kon­tra­stu­ją ją z pra­cą tłu­ma­cza, któ­re­mu przy­pi­sa­na jest rola „repre­zen­tan­ta auto­ra w nowym kon­tek­ście kul­tu­ro­wym i języ­ko­wym”4, a tak­że przy­wi­lej twór­czych inge­ren­cji w prze­kła­da­nym tek­ście. Auto­rom arty­ku­łu cho­dzi o redak­to­ra, zwa­ne­go też adiu­sta­to­rem, któ­ry jest instan­cją wewnątrz­tek­sto­wą, w odróż­nie­niu od oso­by odpo­wie­dzial­nej za plan wydaw­ni­czy, ana­li­zu­ją­cej rynek książ­ki, decy­du­ją­cej o wyso­ko­ści nakła­du, czy­li peł­nią­cej role poza­tek­sto­wą.

Jego [redak­to­ra] zada­niem – w odróż­nie­niu od roli tłu­ma­cza – jest nie tyle dopil­no­wa­nie, by zacho­wa­na zosta­ła zasa­da wier­no­ści (jak­kol­wiek ją roz­mieć) wobec ory­gi­na­łu, czy­li repre­zen­to­wa­nie inte­re­sów auto­ra, ile wła­śnie nad­zór nad popraw­no­ścią języ­ko­wą tek­stu prze­kła­du. W isto­cie więc ów wewnątrz­tek­sto­wy czy wir­tu­al­ny redak­tor w pro­ce­sie tłu­ma­cze­nia jest sygni­fi­ka­to­rem popraw­no­ści tek­stu w języ­ku prze­kła­du, sta­je się on oso­bo­wym kore­la­tem nor­my języ­ka prze­kła­du.

For­mu­łu­jąc to rady­kal­nie, nale­ży powie­dzieć, iż funk­cją owe­go teo­re­tycz­ne­go wewnątrz­tek­sto­we­go redak­to­ra jest bez­względ­ne prze­strze­ga­nie popraw­no­ści i nor­ma­tyw­no­ści języ­ka. Redak­tor w prze­kła­dzie to obse­sja popraw­no­ści tek­stu5.

Takie uję­cie roli redak­to­ra jako straż­ni­ka nor­my nie odzwier­cie­dla w peł­ni zło­żo­nych ról peł­nio­nych przez real­nych, a nie wir­tu­al­nych redak­to­rów. Prak­ty­ka wska­zu­je na coś inne­go, mia­no­wi­cie na zbli­że­nie się ról redak­to­ra i tłu­ma­cza do tego stop­nia, że na pew­nym eta­pie pra­cy nad prze­kła­dem tłu­macz i redak­tor – nie zawsze, ale i nie­rzad­ko – sta­no­wią fak­tycz­nie dwu­oso­bo­wy team. Redak­tor, zwłasz­cza zna­ją­cy język ory­gi­na­łu, a do tego oso­ba, któ­ra czę­sto sama jest twór­cą – poetą, pro­za­ikiem, tłu­ma­czem – wycho­dzi poza rolę „oso­bo­we­go kore­la­tu nor­my języ­ko­wej”.

Znajomość języka oryginału pozwala redaktorowi na wykonywanie pracy zbliżonej do pracy tłumacza, a więc na przemieszczaniu się między dwoma tekstami w odmiennych językach, pracy w ruchu wahadłowym między tekstem oryginału a przekładem.

W odróż­nie­niu od oma­wia­nej wyżej popraw­ki Lecha Nie­dziel­skie­go ów dwu­ję­zycz­ny redak­tor czy­ta tekst prze­kła­du na tle tek­stu ory­gi­na­łu – co zna­czy, że jego suge­stie redak­cyj­ne nie ogra­ni­cza­ją się do kwe­stii popraw­no­ścio­wych przed­sta­wio­ne­go mu przez tłu­ma­cza tek­stu, ale doty­czą tak­że ade­kwat­no­ści prze­kła­du i mogą być pro­po­zy­cja­mi inne­go odczy­ta­nia ory­gi­na­łu. Redak­tor nie­rzad­ko sta­je się wte­dy współ­tłu­ma­czem, bywa nawet, że gdy tłu­macz hono­ro­wo wyco­fa swo­je nazwi­sko pod moc­no prze­re­da­go­wa­nym prze­kła­dem, sta­je się nim nomi­nal­nie i tra­fia na stro­nę tytu­ło­wą. A to zna­czy, że musi być otwar­ty na moż­li­wo­ści wykra­cza­ją­ce poza nor­mę języ­ko­wą. Nie ma, powtó­rzę rzecz oczy­wi­stą, twór­czo­ści bez trans­gre­sji, w tym języ­ko­wej, bez pod­wa­ża­nia nor­my, spraw­dza­nia jej gra­nic. Wie­lu redak­to­rów, jak wspo­mnia­łem, to twór­cy: są wśród nich zwią­za­ni z kon­kret­ny­mi ofi­cy­na­mi zna­ko­mi­ci poeci, jak Joan­na Muel­ler (Biu­ro Lite­rac­kie), Dariusz Sośnic­ki (W.A.B., Fil­try), Miłosz Bie­drzyc­ki (Ha!art), Adam Plusz­ka (W.A.B., Mar­gi­ne­sy). Jako samo­dziel­ni twór­cy chęt­niej wcho­dzą w rolę redak­to­rów współ­tłu­ma­czy, pro­po­nu­jąc roz­wią­za­nia pro­ble­mów prze­kła­do­wych czy języ­ko­wych w peł­nym tego sło­wa zna­cze­niu: a u t o r s k i e. Nie ustę­pu­ją im w tym inni redak­to­rzy, z któ­ry­mi współ­pra­co­wa­łem nad prze­kła­da­mi, jak Agniesz­ka Pokoj­ska (Znak) czy Karol Porę­ba (Osso­li­neum), obo­je dublu­ją­cy tak­że w roli tłu­ma­czy lite­ra­tu­ry anglo­ję­zycz­nej.

By nie popaść w goło­sło­wie czy nad­mier­ne teo­re­ty­zo­wa­nie, odwo­łam się do wła­snych doświad­czeń. Redak­to­rzy na przy­kład nie­rzad­ko odpo­wia­da­ją za osta­tecz­ną postać tytu­łu tłu­ma­czo­ne­go utwo­ru, zwłasz­cza kie­dy tytuł prze­kła­du odbie­ga od ory­gi­na­łu. Mimo to jako przed­sta­wi­cie­le inte­re­sów wydaw­cy bio­rą pod uwa­gę nie tyle ade­kwat­ność prze­kła­du tytu­łu, ile jego nośność, atrak­cyj­ność, „zapa­mię­ty­wal­ność”. Usta­le­nie tytu­łu jest bowiem pierw­szym ruchem mar­ke­tin­go­wej stra­te­gii, waż­niej­szym niż zamó­wie­nie blur­bów na okład­kę. Tytuł prze­ło­żo­nej prze­ze mnie powie­ści Edmun­da White’a Zuch wymy­ślił redak­tor, tak­że poeta, Tade­usz Pió­ro. Ory­gi­nal­ny tytuł, A Boy’s Own Sto­ry, prze­ło­ży­łem dosłow­nie jako Opo­wieść chłop­ca (po latach Adam Wie­de­mann zapro­po­no­wał Histo­rię chłop­ca przez nie­go same­go opo­wie­dzia­ną). Zuch miał tę prze­wa­gę nad inny­mi pro­po­zy­cja­mi, że nawią­zy­wał do wie­lo­znacz­no­ści angiel­skie­go tytu­łu: „A Boy’s Own” to ame­ry­kań­skie pismo dla chłop­ców, kształ­tu­ją­ce przy­szłych sil­nych, odważ­nych, przed­się­bior­czych męż­czyzn. Tytuł White’a iro­nicz­nie odno­sił się do pro­pa­go­wa­nych przez to pismo wyobra­żeń męsko­ści. Sło­wo „zuch” przy­wo­ły­wa­ło podob­ne sko­ja­rze­nia, kogoś mło­de­go i dziel­ne­go, kto wkrót­ce będzie praw­dzi­wym męż­czy­zną, a tak­że tytuł pol­skie­go cza­so­pi­sma wyda­wa­ne­go w latach 1957–1965, przez pewien czas współ­o­praw­ne­go ze „Świa­tem Mło­dych”.

Tego rodza­ju inge­ren­cję redak­to­ra w tekst prze­kła­do­wy trud­no spro­wa­dzić do funk­cji „bez­względ­ne­go prze­strze­ga­nia popraw­no­ści i nor­ma­tyw­no­ści języ­ka”. Z jed­nej stro­ny redak­tor wycho­dzi tu poza tekst, bio­rąc pod uwa­gę rela­cje mię­dzy tek­stem a kon­tek­stem ryn­ko­wym czy ogól­no­kul­tu­ro­wym; z dru­giej – w obrę­bie tek­stu postę­pu­je twór­czo, wyka­zu­je kom­pe­ten­cje autor­skie, nada­jąc dzie­łu nowy, dale­ki od ory­gi­nal­ne­go, choć z nie­go wywie­dzio­ny tytuł.

Dzię­ki współ­pra­cy z Joan­ną Muel­ler nad prze­kła­dem tomu wier­szy irlandz­kiej poet­ki Doire­ann Ní Ghrio­fy To Star the Dark, któ­ry to tom Joan­na reda­go­wa­ła, uda­ło mi się – mię­dzy inny­mi – dojść do sfor­mu­ło­wa­nia for­tun­ne­go, jak sądzę, tytu­łu prze­kła­du. Moją pierw­szą pro­po­zy­cję W ciem­ność sypiąc gwiaz­da­mi odrzu­ci­li­śmy po namy­śle jako za dłu­gą i prze­po­ety­zo­wa­ną. Pro­po­zy­cja redak­tor­ki, by tytuł skró­cić do Roz­gwieź­dzić mrok, nie prze­ko­na­ła mnie, poetyc­kość nadal kłu­je tu w oczy, bo gwiaz­dy, bo mrok, a do tego z bez­oko­licz­ni­kiem, któ­ry w tytu­łach zawsze mi tro­chę zgrzy­ta. Pozwo­lę sobie przy­to­czyć frag­men­ty kore­spon­den­cji mailo­wej mię­dzy redak­tor­ką a mną, doty­czą­cą tej kwe­stii:

Joan­na Muel­ler: Jasne, nie cho­dzi o dłu­gość tytu­łu w ogó­le – bar­dziej o jego „uskła­dnio­wio­ną”, dłu­gą for­mę w tym przy­pad­ku, u Ní Ghrio­fy to jest jed­nak tytuł zwię­zły (choć wia­do­mo, że upo­etycz­nio­ny), do tego opar­ty na brzmie­nio­wo-wizu­al­nej grze „Star/Dark” (ta sama dłu­gość wyra­zów, rym, no i chy­ba nie­co udziw­nio­na for­ma „to star?”), więc to tytuł ope­ru­ją­cy raczej w obrę­bie związ­ku dwóch wyra­zów niż więk­szych cało­stek skła­dnio­wych. Jej tytuł fak­tycz­nie pobrzmie­wa moc­no poetyc­ko, ale z wier­szy tej poet­ki, któ­re znam (w ory­gi­na­le, ale też w prze­kła­dach Nata­lii Malek), ona wca­le taka poetyc­ko-pate­tycz­na nie jest, raczej to jed­na z rze­czo­wych, kon­kret­nych, przy­ziem­nych wręcz poetek, ucie­ka­ją­cych od misty­cy­zmu i pozio­mu meta, praw­da?

 

„Roz­gwieź­dzić mrok” oczy­wi­ście ma w sobie okrop­ny bez­oko­licz­nik (choć mi koja­rzy się też ze sło­wem „roz­gnieść”, bo gwiaz­dy roz­gnia­ta­ją mrok), ale z kolei „sypiąc”, któ­ry zapro­po­no­wa­łeś, to imie­słów, obie for­my dość sła­be w poezji. Myśla­łam o czymś, co było­by bar­dziej zwię­złe i odda­wa­ło grę „Star/Dark”, może coś w sty­lu elip­tycz­ne­go „gwiaz­dy w mrok” (co z kolei koja­rzy mi się z wygwiz­dy­wa­niem mro­ku), „iskry w mrok” (ale te iskry jakoś mi nie gra­ją), „skry w mrok” (tu z kolei było­by czte­ry na czte­ry lite­ry i była­by gra gło­sek k i r, ale pew­nie to zbyt już lin­gwi­stycz­ne?).

Moja odpo­wiedź była pró­bą odej­ścia od gwiazd w imię zacho­wa­nia kon­den­sa­cji i muzy­ki fra­zy angiel­skiej:

J.J.: Dzię­ki, Joan­no, że podzie­li­łaś się tymi prze­my­śle­nia­mi. Coraz mniej czu­ję się przy­wią­za­ny do „gwiazd”, któ­re pier­wot­nie chcia­łem za wszel­ką cenę zacho­wać w tytu­le. Wiersz, z któ­re­go pocho­dzi cytat, doty­czy poża­ru domu, myślę więc, że skry lub iskry są do przy­ję­cia. Cho­dzą mi po gło­wie, ten­ta­tyw­nie, dwie wer­sje ze „skra­mi”:

 

1) „Skra­mi w mrok”

2) „Skry na mrok”

 

Pierw­sza wer­sja może ryzy­kow­na z uwa­gi na podo­bień­stwo pierw­sze­go wyra­zu z pew­nym cza­sow­ni­kiem w licz­bie mno­giej. Dru­ga wyda­je mi się cie­kaw­sza – dałem „na”, bo lepiej brzmi mi zestaw trzech sylab SsS niż dwie syla­by akcen­to­wa­ne SS (skry w mrok), dosta­je­my ład­ną sto­pę amfi­ma­kro­wą, ale czy to aby nie jest zbyt wysi­lo­na skład­nia?

Odpo­wiedź Joan­ny przy­szła nie­mal natych­miast:

J.M.: Od razu wpa­dło mi w ucho „Skry na mrok”, wła­śnie w tej dziw­nej for­mie (ta dziw­ność chy­ba odpo­wia­da dziw­no­ści wyj­ścio­we­go tytu­łu), otwie­ra­ją­cej na róż­ne odczy­ta­nia, skró­to­wej, dla mnie super wspa­nia­łe! „Skra­mi w mrok” jest – prócz tego abiek­tal­ne­go sko­ja­rze­nia (któ­re nie­ste­ty i mi przy­szło do łba) – zwy­czaj­ne (choć porząd­ne), nie przy­cią­ga aż tak wzro­ku. A „Skry na mrok” bar­dzo przy­cią­ga, zacie­ka­wia, od razu bym się­ga­ła po tę książ­kę (któ­rej swo­ją dro­gą – nie mogę się docze­kać).

Cytu­ję tu frag­men­ty maili, któ­re kur­so­wa­ły mię­dzy mną a redak­tor­ką pod­czas pra­cy nad prze­kła­dem. Ujaw­niam je za jej zgo­dą oraz w poczu­ciu, że na mnie jako tłu­ma­czu – a więc na naocz­nym świad­ku pra­cy redak­tor­skiej – spo­czy­wa obo­wią­zek odda­nia spra­wie­dli­wo­ści nie­wi­dzial­nym redak­to­rom. Ujaw­niam je w prze­ko­na­niu, że mogą stać się waż­nym mate­ria­łem poglą­do­wym, dowo­dem na to, jak – zakła­dam, że nie­rzad­ko – wyglą­da współ­pra­ca tłu­ma­cza lite­ra­tu­ry z redak­to­rem. To chy­ba prze­ko­nu­ją­ce świa­dec­two towa­rzy­szą­cej mi od daw­na pew­no­ści, że prze­kład lite­ra­tu­ry jest zawsze dzie­łem wie­lo­gło­so­wym, wie­lo­au­tor­skim, efek­tem zespo­ło­wej pra­cy wie­lu osób, któ­rzy z jed­nej stro­ny peł­nią odmien­ne funk­cje, z dru­giej – w tych odmien­nych funk­cjach współ­pra­cu­ją ze sobą tak, że ich role zbli­ża­ją się do sie­bie, wza­jem na sie­bie nacho­dzą: tłu­macz czę­sto funk­cjo­nu­je jak autor, ale też jako redak­tor tłu­ma­czo­ne­go tek­stu; redak­tor nie­rzad­ko funk­cjo­nu­je jak tłu­macz; autor z kolei czę­sto przej­mu­je na sie­bie podej­mo­wa­nie nie­któ­rych decy­zji prze­kła­do­wych i redak­tor­skich, zarzą­dza – z bli­ska lub z dale­ka – prze­kła­dem swo­je­go utwo­ru. Wyty­cze­nie nie­prze­kra­czal­nych gra­nic mię­dzy kom­pe­ten­cja­mi każ­dej z tych osób jest nie tyle nie­moż­li­we, ile nie­po­trzeb­ne. Rela­cję mię­dzy tłu­ma­czem a redak­to­rem zazwy­czaj okre­śla czas: naj­pierw tłu­macz pra­cu­je nad tek­stem, póź­niej redak­tor tekst przej­mu­je. „Naj­pierw – póź­niej” to chy­ba stan­dar­do­wa rela­cja, ale z pew­no­ścią nie­je­dy­na: jak sta­ra­łem się zade­mon­stro­wać, tłu­macz i redak­tor mogą pra­co­wać nad tek­stem jed­no­cze­śnie, sta­jąc się wte­dy współ­au­to­ra­mi powsta­ją­ce­go prze­kła­du, z któ­rych po wyda­niu dzie­ła tyl­ko jeden, jeśli dzie­ło się spodo­ba, zbie­ra pochwa­ły. Reak­cją na prze­kład nie­uda­ny jest nato­miast woła­nie: „Gdzie, u licha, był redak­tor!?”.

Choć nie do koń­ca zga­dzam się z zało­że­niem, że redak­tor jest straż­ni­kiem nor­my, przyj­mu­ję, że jego zada­niem bywa nie tyle wygła­dze­nie prze­kła­du pod obo­wią­zu­ją­ce regu­ły, ile uspra­wie­dli­wie­nie przed czy­tel­ni­ka­mi przy­pad­ków odcho­dze­nia od nor­my w reda­go­wa­nym prze­kła­dzie. Wyja­śnie­nia mogą doma­gać się róż­ne, obec­ne w prze­kła­dzie i nie znor­ma­li­zo­wa­ne przez redak­to­ra trans­gre­sje zarów­no języ­ko­we, jak i kul­tu­ro­we. Powieść Zdep­ta­ny kwia­tu­szek Ronal­da Fir­ban­ka6 to popis języ­ko­wej i lite­rac­kiej non­sza­lan­cji, w któ­rej autor żon­glu­je fra­ze­olo­gią, a bywa też, że śmia­ło, ba! zuchwa­le poczy­na sobie z zasa­da­mi gra­ma­ty­ki. Tłu­macz musi tę śmia­łość zro­zu­mieć i od auto­ra ją prze­jąć:

Wyglą­da na to, że zarów­no król Jerz, jak kró­lo­wa Glo­ria w cią­gu dnia nigdy się nie kła­dzie! [s. 135]

 

It seems that neither King Geo, nor Queen Glo­ry, ever lie down of a day7 [s. 82].

 

Klę­cząc przy oknie celi dla postu­lan­tek, Lau­ra de Nazian­zi przy­po­mnia­ła sobie, że miał naj­po­god­niej­szy, zupeł­nie jak ten, jak nie­raz pla­no­wa­ła, nastać świt w dniu jej wese­la! [s. 144]

 

Kne­eling at the case­ment of a postulant’s cel, Lau­ra de Nazian­zi recal­led that sere­ne, and just thus, had she often plan­ned must dawn her bri­dal day! [s. 88]

Tak ryzy­kow­ne zda­nia mogły­by wzbu­dzić wśród nie­któ­rych – powiem od razu: wśród mniej uważ­nych – czy­tel­ni­ków podej­rze­nie, że tłu­macz stra­cił czuj­ność, a wydaw­nic­two poską­pi­ło na redak­to­ra. Choć więc tłu­macz, zna­ko­mi­ty skąd­inąd poeta, cha­rak­te­ry­zu­je styl Fir­ban­ka w swo­im posło­wiu, redak­cja posta­no­wi­ła dopi­sać kil­ka słów wyja­śnie­nia extra od sie­bie. Po Od tłu­ma­cza mamy więc Od wydaw­cy, a w zasa­dzie „od redak­to­ra” Tade­usza Pió­ry, któ­ry już z pozy­cji insty­tu­cjo­nal­nej, jak­by uprze­dza­jąc zdzi­wie­nie czy­tel­ni­ków, raz jesz­cze zwra­ca im uwa­gę na „języ­ko­wą bez­czel­ność Fir­ban­ka”, któ­ra „się­ga zeni­tu w powie­ści Zdep­ta­ny kwia­tu­szek mię­dzy inny­mi dla­te­go, że pod­wa­ża to, co przy wszel­kich typo­gra­ficz­nych waria­cjach uzna­je­my za nie­zmien­ne: gra­ma­ty­kę”8.

Inne­go rodza­ju wyja­śnie­nie decy­zji trans­la­tor­skich dosta­je­my od redak­to­ra tomu opo­wia­dań Sylvii Plath w nowym prze­kła­dzie Agi Zano. Tu redak­tor w imie­niu „Redak­cji” tłu­ma­czy się z zacho­wa­nia w prze­kła­dzie form „uzna­wa­nych dziś nie­wąt­pli­wie za rasi­stow­skie i able­istycz­ne, i to w kon­tek­stach zupeł­nie dla tek­stu neu­tral­nych”9. Cho­dzi o sło­wa takie jak Negro („Murzyn”), crip­ple („kale­ka”) czy Indian („India­nin”). Redak­tor, uprze­dza­jąc ewen­tu­al­ne zarzu­ty, że w 2025 roku wydaw­nic­two wypusz­cza w świat książ­kę z nie­po­praw­nym poli­tycz­nie słow­nic­twem, poda­je powód, dla któ­re­go tak się sta­ło: „Żad­ne­go z tych okre­śleń nie zastą­pio­no słow­nic­twem neu­tral­nym: ani tłu­macz­ka, ani redak­cja, ani korek­ta nie mają bowiem pra­wa zakła­my­wać realiów poło­wy XX wie­ku”.

Mogło­by się zda­wać, że wyja­śnie­nie tego rodza­ju powin­no raczej paść w sło­wie od tłu­macz­ki (w prze­kła­dzie szki­ców Bal­dwi­na to tłu­macz uspra­wie­dli­wia uży­cie słów takich jak „Murzyn”10), głos redak­to­ra to jed­nak głos oso­by odpo­wia­da­ją­cej za kształt tek­stu skie­ro­wa­ne­go do dru­ku, oso­by domy­ka­ją­cej pra­ce nad książ­ką, a tym samym jedy­nej, któ­ra z wymie­nio­nej trój­ki może wypo­wia­dać się w imie­niu wszyst­kich trzech instan­cji. Redak­tor, widzi­my to raz jesz­cze, nie jest tu przed­sta­wi­cie­lem nor­my, ponie­waż dzi­siej­sza nor­ma naka­zy­wa­ła­by mu raczej popra­wić prze­kład, tak by zna­la­zły się w nim neu­tral­ne okre­śle­nia; redak­tor jest tu, razem z tłu­macz­ką, rzecz­ni­kiem oby­cza­jo­wej trans­gre­sji, obo­je naru­sza­ją nor­mę w imię zacho­wa­nia praw­dy o cza­sach, w któ­rych powsta­ły tłu­ma­czo­ne tek­sty.

Nie­do­strze­ga­na pra­ca redak­to­rów, mają­cych real­ny wpływ na osta­tecz­ny kształt prze­kła­du, czę­sto dale­ko wykra­cza poza „bez­względ­ne prze­strze­ga­nie popraw­no­ści i nor­ma­tyw­no­ści języ­ka”11 – zwłasz­cza w lite­ra­tu­rze, któ­ra nie zna sło­wa „bez­względ­nie”, a nor­my raczej rede­fi­niu­je i two­rzy, niż się do nich pokor­nie dosto­so­wu­je. Nie­wi­dzial­ność pra­cy redak­to­rów wyni­ka z nie­do­stęp­no­ści (dla osób postron­nych) tek­stów, nad któ­ry­mi z tłu­ma­cza­mi pra­cu­ją – czy­li pierw­szych wer­sji prze­kła­du. Tak­że z nie­pi­sa­nej zasa­dy, że redak­tor nie dzie­li się infor­ma­cja­mi o szcze­gó­łach pra­cy z tłu­ma­czem. Ich ujaw­nia­nie, zwłasz­cza jeśli towa­rzy­szą temu kry­tycz­ne opi­nie, jak to się sta­ło w przy­pad­ku wspo­mnień Anny Sta­niew­skiej o współ­pra­cy z Macie­jem Słom­czyń­skim, odma­wia­ją­cych temu tłu­ma­czo­wi pod­sta­wo­wych umie­jęt­no­ści języ­ko­wych, jest wyjąt­kiem potwier­dza­ją­cym regu­łę12. Swo­ją rolę w pod­trzy­my­wa­niu nie­wi­dzial­no­ści redak­to­ra ma też zapew­ne sys­tem praw autor­skich – widzial­ny redak­tor z widzial­ny­mi efek­ta­mi swo­jej widzial­nej pra­cy moc­no by kwe­stie autor­stwa skom­pli­ko­wał13.

W procesie powstawania literatury przekładowej redaktor może pełnić rolę rzecznika wydawcy, dbając o zachowanie jego wypracowanego profilu i marki, znając oczekiwania i możliwości rynkowe, widząc przekład w kontekście rozwiązań edytorskich innych wydawanych przez daną oficynę książek.

Bywa tak­że, co waż­niej­sze, rzecz­ni­kiem czy­tel­ni­ków, jest bowiem pierw­szym czy­tel­ni­kiem spo­rzą­dzo­ne­go przez tłu­ma­cza prze­kła­du, któ­ry ma przy­wi­lej zada­wa­nia tłu­ma­czo­wi pytań i dzie­le­nia się z nim wra­że­nia­mi po lek­tu­rze. Ale przede wszyst­kim jest towa­rzy­szem podró­ży tłu­ma­cza, do któ­re­go dołą­czył na póź­niej­szym, co nie zna­czy łatwiej­szym, eta­pie wędrów­ki przez tekst.

Uwa­żam więc, że naj­wyż­szy czas na redak­tor­ski coming out. Doma­gał­bym się go, nie tyle spo­dzie­wa­jąc się nazwisk redak­to­rów na okład­kach ksią­żek, ile gra­ficz­ne­go wyróż­nie­nia ich pra­cy na stro­nie zaty­tu­ło­wej, może rów­nież tytu­ło­wej (błysz­czą prze­cież na niej, nie wzbu­dza­jąc zresz­tą niczy­je­go zdzi­wie­nia, redak­to­rzy wybo­rów tek­stów), a przede wszyst­kim w dys­ku­sjach o prze­kła­dach – tu wie­le, jeśli nie wszyst­ko zale­ży od nas, tłu­ma­czy. Powszech­niej­sza świa­do­mość wie­lo­aspek­to­wej, a czę­sto twór­czej pra­cy redak­to­ra, w osta­tecz­nej instan­cji przy­czy­nia się do pogłę­bie­nia wie­dzy o prze­kła­dzie, któ­re może nam wszyst­kim tyl­ko wyjść na dobre.

 

1 L. Nie­dziel­ski, Dłu­go tłu­mio­ny czmych, „Gaze­ta Wybor­cza” 10.12.1991.

2 V. Nabo­kov, Loli­ta, Lon­don: Pen­gu­in Books, 1995, s. 67.

3 Ten­że, Loli­ta, tłum. M. Kło­bu­kow­ski, War­sza­wa: Da Capo, 1997, s. 79–80.

4 P. Fast, A. Świe­ściak, Redak­tor w prze­kła­dzie i jego rola wewnątrz­tek­sto­wa [w:] tych­że, Trans­la­to­lo­gicz­ne wypra­wy i prze­chadz­ki, Katowice–Częstochowa: „Śląsk” Wydaw­nic­two Nauko­we; Wydaw­nic­two Wyż­szej Szko­ły Lin­gwi­stycz­nej, 2010, s. 26.

5 Tam­że, s. 33.

6 R. Fir­bank, Zdep­ta­ny kwia­tu­szek, tłum. A. Sosnow­ski, War­sza­wa: PIW, 1998.

7 Popraw­na angielsz­czy­zna wyma­ga­ła­by uży­cia cza­sow­ni­ka w licz­bie poje­dyn­czej.

8 T. Pió­ro, Od wydaw­cy [w:] R. Fir­bank, Zdep­ta­ny kwia­tu­szek, s. 164.

9 Od redak­cji [w:] S. Plath, John­ny Pani­ka i Biblia Snów oraz inne opo­wia­da­nia, tłum. A. Zano, War­sza­wa: Mar­gi­ne­sy, 2024, s. 474.

10 J. Bal­dwin, Zapi­ski syna tego kra­ju, tłum. M. Den­der­ski, Kra­ków: Wydaw­nic­two Karak­ter, 2019.

11 P. Fast, A. Świe­ściak, Redak­tor w prze­kła­dzie…, s. 33.

12 A. Sta­niew­ska, Maciej Słom­czyń­ski vs. Wil­liam Sha­ke­spe­are, „Puls” 1984/1985, nr 24, s. 126–140.

13 Dla zrów­no­wa­że­nia tego obra­zu muszę dodać, że ist­nie­ją nagro­dy przy­zna­wa­ne wła­śnie redak­to­rom. Przy­zna­je je pol­ski PEN Club. Przez kil­ka lat nagra­dza­no redak­to­rów rów­nież na Festi­wa­lu Języ­ka Pol­skie­go w Szcze­brze­szy­nie, pierw­szą lau­re­at­ką w 2018 roku zosta­ła Marian­na Soko­łow­ska, w następ­nych latach wyróż­nio­no Mał­go­rza­tę Szczu­rek, Janu­sza Degle­ra, Tere­sę Chy­liń­ską i Andrze­ja Sta­ni­sła­wa Kowal­czy­ka.

– poeta, tłumacz, krytyk literacki, profesor nauk humanistycznych, filolog angielski.

więcej →

Powiązane teksty

02.02.2026
Szkice

Zapaść sensów, powrót mitu i stany splątane fantastyki

Mimo że oba utwory dotyczą osobnych zjawisk, ich interpretacje prowadzą ku podobnym polom problemowym. Można je określić jako opowieść o kryzysie wielkich narracji, o nierozerwalnej więzi mitu z ludzką egzystencją oraz o katastrofizmie wpisanym w ludzkie doświadczenie – o najnowszych książkach Jacka Soboty i Jakuba Walickiego pisze Łukasz Kucharczyk.