Strona redakcyjna to ta czwarta albo druga strona książki, za stroną tytułową z imieniem i nazwiskiem autora, tytułem, nazwą wydawnictwa. Rzadko się tam zagląda, przeważnie ze względu na przekonanie, że to miejsce na technikalia zwykłemu czytelnikowi nieprzydatne. A to błąd. Ponieważ kiedy już tam się trafi, można, jak mnie to się stało, gdy wziąłem do ręki pierwsze polskie wydanie Lolity Nabokova, zauważyć, że nad metryką znajduje się jednowersowa informacja: „Wydanie bez redakcyjnego opracowania wydawcy”.
Przyznam, że to pierwszy i jak dotąd jedyny raz, kiedy trafiłem na taką notkę. Edycja Lolity, o której mowa, to przekład Roberta Stillera z 1991 roku, który ukazał się w Państwowym Instytucie Wydawniczym. Redakcyjne opracowanie, które nie miało miejsca, dotyczyło więc przekładu. To nie jest neutralna nota, taka skrótowość skrywa silne emocje: zniecierpliwienie, gniew, urazę? Można by wprawdzie domniemywać, że opracowania redakcyjnego nie było, ponieważ wydawca spieszył się z opublikowaniem powieści i z redakcją jej przekładu nie zdążył, ale to mało prawdopodobne. Za zamieszczeniem podobnej noty stoi raczej konflikt między redaktorem a tłumaczem, a sama nota jest próbą zabezpieczenia się przed ewentualnymi zarzutami, że wydawca nie dopilnował, by przekład ukazał się w starannie przygotowanej postaci. Piszę o tym przypadku, bo przeczy on praktyce wydawniczej: tłumacz i redaktor działają w jednej drużynie, w bliskim sojuszu dwóch ważnych instancji odpowiedzialnych za tekst. Tu doszło do ich rozwodu. Być może więc należało się spodziewać, że w „Gazecie Wyborczej” ukaże się wkrótce recenzja przekładu Lolity1 (tak, prasa udostępniała łamy krytyce przekładu). Autor recenzji nie przebierał w słowach:
Doznałem ogromnego rozczarowania. Oczywiście nie Nabokovem, lecz – oględnie mówiąc – dziwaczną polszczyzną, jaką nam zaproponował mistrz Stiller. Od samego niemal początku przypomina ona głaskanie „pod włos”. Starałem się jak najdłużej brać wszystko za dobrą monetę […], gdy jednak doszedłem do zdania na stronie 74, musiałem – przez szacunek dla Nabokova i samego siebie – powiedzieć: nie!!! To jest po prostu zła, nieudolna polszczyzna! Zdanie to brzmi:
„Wnętrze mojej dłoni wciąż jeszcze pełne było Lolity, jej gładkości – niby kość słoniowa – pełne gładkości jej po nieletniemu wklęsłych pleców, tego jak słoniowa kość gładkiego wrażenia poślizgliwości jej skóry pod cieniutką sukienką, którą moja dłoń przesuwała w górę i w dół, dopóki obejmowałem ją”.
Jakież bogactwo kuriozalnych wyrażeń!
Przytaczam fragment tej recenzji, ponieważ jej autor nie dość, że zacytował w niej szereg nieudolnych, czytaj: niezredagowanych fragmentów tego przekładu, nie dość, że się nad nimi popastwił, to jeszcze zaproponował swój przekład skrytykowanego wyżej zdania, Według niego mogło ono wyglądać na przykład tak:
Wnętrze mojej dłoni wciąż jeszcze było pełne Lolity, jej niedojrzałych, wklęsłych pleców, gładkich niby kość słoniowa i jak ona wywołujących wrażenie śliskości skóry pod cieniutkim materiałem sukienki przesuwanym przeze mnie ręką, gdy obejmowałem dziewczynkę.
Recenzent przedstawił poprawioną wersję inkryminowanego fragmentu, czyli ten fragment zredagował. Zwróćmy uwagę, że uczynił to w oderwaniu od tego, jak wygląda rzeczone zdanie w oryginale: impulsem, który skłonił go do poprawienia, była krytyczna ocena polszczyzny tego tekstu. Zareagował, jak pewnie zrobiłby to każdy solidny redaktor, na takie cuda jak „gładkie wrażenie poślizgliwości”, „gładkość niby kość słoniowa” czy „dopóki obejmowałem ją”. Złą – „kuriozalną” – polszczyznę, ewidentnie nie do obrony i na pewno nie do druku, zamienił w polszczyznę co najmniej drukowalną. Co ciekawe, Niedzielski jest tłumaczem literatury języka angielskiego, mógłby więc skonfrontować dziwaczne wybory Stillera ze stylistyką Nabokova, ale tego nie zrobił. Najwyraźniej uznał, że przekład Stillera, nawet gdyby znajdował oparcie w nie do końca normatywnej, transgresyjnej czy świadomie ułomnej angielszczyźnie autora Lolity, jest językowo nie do zaakceptowania.
Transgresja w literaturze, jej płyn życia, jej druga natura, powinna bronić się sama. Naruszenie norm języka przekładu, jeżeli ma być funkcjonalne, nie powinno znajdować uzasadnienia w tym, że „autor też dziwnie pisze”. Autorska dziwność w literaturze zasługującej na to miano zawsze znajduje uzasadnienie w poetyce utworu – jest literacko, artystycznie, poetycko, ideowo użyteczna: czytelnik konfrontuje się z tą odmiennością, bierze się z nią za bary, może zżyma się na nią, ale otwarta lektura pozwala mu dostrzec – bądź wyczuć – integralny związek tej nienormatywności z przyjętą przez autora perspektywą narracyjną, z nieoczywistym obrazem świata, z podstawami realizującej się w utworze filozofii języka.
Sprawdźmy więc, co z tą transgresją w książce Nabokova. Przytoczony przez Niedzielskiego fragment Lolity w angielskojęzycznym oryginale wygląda tak:
The hollow of my hand was still ivory-full of Lolita – full of the feel of her pre-adolescently incurved back, that ivory-smooth, sliding sensation of her skin through the thin frock that I had worked up and down while I held her2.
Niejedno o tym zdaniu można powiedzieć, ale nie to, że jest „kuriozalne”. Jedno zdanie, poddane instrumentalizacji podkreślającej aliteracyjne powinowactwo słów, hollow of my hand, full of the feel, smooth, sliding sensation of her skin. Nabokov nie narusza zasad angielszczyzny, zdanie jest składniowo przejrzyste, z wyjątkiem jednego obrazu: to be ivory-full of sthg, które to wyrażenie znajduje potem swoje echo w znaczeniowo już oczywistym neologizmie ivory-smooth. Zrozumienie tego drugiego wyrażenia nie sprawia kłopotów: „gładki jak kość słoniowa”; to pierwsze nie jest jednoznaczne, eksplikacja jego sensu wymagałaby bardziej rozbudowanej frazy: „wnętrze mojej dłoni pełne było Lolity, jak gdyby była ona kością słoniową”. Albo: „wnętrze mojej dłoni pełne było kości słoniowej, jaką była Lolita”.
Niedzielski w swoim przekładzie pominął ten nowatorski obraz. Drugi tłumacz Lolity na polski, Michał Kłobukowski, którego przekład ukazał się sześć lat później, tak poradził sobie z cytowanym fragmentem:
Wnętrze mojej dłoni było jeszcze alabastrowo pełne Lolity – pełne wspomnień po dziecięco wklęsłych plecach, pełne gładkiego jak alabaster, posuwistego dotyku skóry przez lekką sukienkę, którą marszczyłem to w górę, to w dół, trzymając nimfetkę w ramionach3.
Kość słoniowa zniknęła – jest w polszczyźnie dwuczłonowa, za długa, a więc, tak samo jak jej desygnat, za mało plastyczna, by przemienić ją w poręczny przysłówek. Tłumacz najwyraźniej uznał, że Nabokov, pisząc o kości słoniowej, jaką była Lolita, miał na myśli biel, zamiana kości na alabaster zachowuje tę konotację. „Alabastrowo” to niecodzienny, choć w pełni poprawny przysłówek, samo wyrażenie jednak nie jest tak nowatorskie jak ivory-full. „Być pełnym kimś alabastrowo” wskazuje na cechę alabastru, którą posiada osoba wypełniająca wnętrze dłoni. Ginie – we wszystkich trzech przekładach – gra słów rozpoczynająca ten fragment. To, co po polsku tłumacze przekładają słownikowo na „wnętrze dłoni”, po angielsku nazywa się dosłownie „pustką dłoni”, albo jej „wgłębieniem”. Z tekstu wyłania się więc paradoks p e ł n e j alabastrowo p u s t k i, pustki wypełnionej (alabastrowością) Lolity.
Zgódźmy się, że Nabokov stawia przed tłumaczami trudne zadanie: dopowiadająca składnia, paradoks w grze słów, kilkakrotna aliteracja, ale z pewnością nie doprowadza zdania do stanu składniowej rozsypki i frazeologicznej ułomności, jakie znajdziemy w przekładzie Stillera.
Przywołuję ten fragment jego Lolity, który, przypomnę, ukazał się „bez redakcyjnego opracowania wydawcy”, i omawiam reakcję na ten przekład, ponieważ Niedzielski i Kłobukowski reprezentują tu dwa odmienne podejścia do tekstu: Kłobukowski tłumaczy Nabokova, towarzysząc angielskiemu zdaniu. Niedzielski Nabokova nie tłumaczy, ale poprawia chromy przekład Stillera. Ingerencja Niedzielskiego w cudzy tekst jest ingerencją, którą wiążemy z charakterem pracy redaktora, tej trzeciej – po autorze i tłumaczu – instancji odpowiadającej za ostateczny tekst przekładu.
Na stronie redakcyjnej Lolity Stillera nie znajdziemy nazwiska redaktora – zrozumiałe, gdy redakcji tekstu nie było. Na stronie redakcyjnej Lolity Kłobukowskiego nazwisko redaktora nie tylko znajdziemy, ale i je rozpoznamy: Leszek Engelking. Ten tłumacz, poeta, prozaik i krytyk występuje tu w kolejnej roli. To, że tożsamość redaktora ujawnia się już na starcie, czyli na drugiej lub czwartej stronie książki, nie jest jednak regułą – w wielu publikacjach wydawca przesuwa tę informację, wraz z całą stroną redakcyjną, na koniec książki.
Do niedawna mówiło się o niewidzialności tłumaczy, dziś, kiedy dokonali oni – kiedy dokonaliśmy – coming outu, a nasze nazwiska pojawiają się na okładkach tłumaczonych przez nas książek, prawdziwie niewidzialnymi postaciami w procesie przekładu literatury są redaktorzy. Nie wymienia się ich nazwisk w recenzjach ani nawet w pogłębionych dyskusjach o przekładach – trudno bowiem ocenić wkład ich pracy w ostateczną wersję tekstu. Oceniając czyjś przekład, możemy porównywać go z oryginałem lub z wcześniejszymi przekładami tego utworu. Nie możemy porównać tekstu, który dostajemy w opublikowanej książce, z tekstem pierwotnym, oddanym wydawnictwu przez tłumacza, bo do tego drugiego nie mamy dostępu. Praca redaktora toczy się za zamkniętymi drzwiami, często za klauzulą tajności w podpisywanych z wydawcą umowach. To, jak twórcza bywa jego praca, może ujawnić wyłącznie tłumacz, o ile nie będzie się bał, że uszczupli to jego własne zasługi. Tylko dzięki tłumaczowi, który wymieni nazwisko redaktora w podziękowaniach albo opowie w wywiadzie czy na spotkaniu autorskim o współpracy z redaktorem, jeśli nie skwituje jej jednym zdaniem, redaktor wychodzi z niebytu. Dużo częściej redaktor, choć nie jest wymieniony z nazwiska, staje się zakapturzonym antybohaterem w rozmowach prywatnych, wpisach w mediach społecznościowych, felietonach czy wywiadach, gdy tłumacz przytacza jakąś absurdalną poprawkę redakcyjną, pożali się na upór redaktora i opowie o braku zrozumienia między osobami skazanymi na współpracę. Poza przeciekami od tłumacza redaktor pozostaje wielkim nieobecnym, a jego praca nadal skazana jest na niewidzialność. I to nie dlatego, że jest pracą mechaniczną. Bywało, że podczas posiedzeń kapituł nagród literackich, w których brałem udział, kiedy rozmawialiśmy o nominacjach za najlepszy przekład, dowiadywałem się, że przekład, owszem, jest świetny, ale „mówi się na mieście”, że tak naprawdę to zasługa redaktora.
Piotr Fast i Alina Świeściak w artykule poświęconym funkcjom redaktora kontrastują ją z pracą tłumacza, któremu przypisana jest rola „reprezentanta autora w nowym kontekście kulturowym i językowym”4, a także przywilej twórczych ingerencji w przekładanym tekście. Autorom artykułu chodzi o redaktora, zwanego też adiustatorem, który jest instancją wewnątrztekstową, w odróżnieniu od osoby odpowiedzialnej za plan wydawniczy, analizującej rynek książki, decydującej o wysokości nakładu, czyli pełniącej role pozatekstową.
Jego [redaktora] zadaniem – w odróżnieniu od roli tłumacza – jest nie tyle dopilnowanie, by zachowana została zasada wierności (jakkolwiek ją rozmieć) wobec oryginału, czyli reprezentowanie interesów autora, ile właśnie nadzór nad poprawnością językową tekstu przekładu. W istocie więc ów wewnątrztekstowy czy wirtualny redaktor w procesie tłumaczenia jest sygnifikatorem poprawności tekstu w języku przekładu, staje się on osobowym korelatem normy języka przekładu.
Formułując to radykalnie, należy powiedzieć, iż funkcją owego teoretycznego wewnątrztekstowego redaktora jest bezwzględne przestrzeganie poprawności i normatywności języka. Redaktor w przekładzie to obsesja poprawności tekstu5.
Takie ujęcie roli redaktora jako strażnika normy nie odzwierciedla w pełni złożonych ról pełnionych przez realnych, a nie wirtualnych redaktorów. Praktyka wskazuje na coś innego, mianowicie na zbliżenie się ról redaktora i tłumacza do tego stopnia, że na pewnym etapie pracy nad przekładem tłumacz i redaktor – nie zawsze, ale i nierzadko – stanowią faktycznie dwuosobowy team. Redaktor, zwłaszcza znający język oryginału, a do tego osoba, która często sama jest twórcą – poetą, prozaikiem, tłumaczem – wychodzi poza rolę „osobowego korelatu normy językowej”.
Znajomość języka oryginału pozwala redaktorowi na wykonywanie pracy zbliżonej do pracy tłumacza, a więc na przemieszczaniu się między dwoma tekstami w odmiennych językach, pracy w ruchu wahadłowym między tekstem oryginału a przekładem.
W odróżnieniu od omawianej wyżej poprawki Lecha Niedzielskiego ów dwujęzyczny redaktor czyta tekst przekładu na tle tekstu oryginału – co znaczy, że jego sugestie redakcyjne nie ograniczają się do kwestii poprawnościowych przedstawionego mu przez tłumacza tekstu, ale dotyczą także adekwatności przekładu i mogą być propozycjami innego odczytania oryginału. Redaktor nierzadko staje się wtedy współtłumaczem, bywa nawet, że gdy tłumacz honorowo wycofa swoje nazwisko pod mocno przeredagowanym przekładem, staje się nim nominalnie i trafia na stronę tytułową. A to znaczy, że musi być otwarty na możliwości wykraczające poza normę językową. Nie ma, powtórzę rzecz oczywistą, twórczości bez transgresji, w tym językowej, bez podważania normy, sprawdzania jej granic. Wielu redaktorów, jak wspomniałem, to twórcy: są wśród nich związani z konkretnymi oficynami znakomici poeci, jak Joanna Mueller (Biuro Literackie), Dariusz Sośnicki (W.A.B., Filtry), Miłosz Biedrzycki (Ha!art), Adam Pluszka (W.A.B., Marginesy). Jako samodzielni twórcy chętniej wchodzą w rolę redaktorów współtłumaczy, proponując rozwiązania problemów przekładowych czy językowych w pełnym tego słowa znaczeniu: a u t o r s k i e. Nie ustępują im w tym inni redaktorzy, z którymi współpracowałem nad przekładami, jak Agnieszka Pokojska (Znak) czy Karol Poręba (Ossolineum), oboje dublujący także w roli tłumaczy literatury anglojęzycznej.
By nie popaść w gołosłowie czy nadmierne teoretyzowanie, odwołam się do własnych doświadczeń. Redaktorzy na przykład nierzadko odpowiadają za ostateczną postać tytułu tłumaczonego utworu, zwłaszcza kiedy tytuł przekładu odbiega od oryginału. Mimo to jako przedstawiciele interesów wydawcy biorą pod uwagę nie tyle adekwatność przekładu tytułu, ile jego nośność, atrakcyjność, „zapamiętywalność”. Ustalenie tytułu jest bowiem pierwszym ruchem marketingowej strategii, ważniejszym niż zamówienie blurbów na okładkę. Tytuł przełożonej przeze mnie powieści Edmunda White’a Zuch wymyślił redaktor, także poeta, Tadeusz Pióro. Oryginalny tytuł, A Boy’s Own Story, przełożyłem dosłownie jako Opowieść chłopca (po latach Adam Wiedemann zaproponował Historię chłopca przez niego samego opowiedzianą). Zuch miał tę przewagę nad innymi propozycjami, że nawiązywał do wieloznaczności angielskiego tytułu: „A Boy’s Own” to amerykańskie pismo dla chłopców, kształtujące przyszłych silnych, odważnych, przedsiębiorczych mężczyzn. Tytuł White’a ironicznie odnosił się do propagowanych przez to pismo wyobrażeń męskości. Słowo „zuch” przywoływało podobne skojarzenia, kogoś młodego i dzielnego, kto wkrótce będzie prawdziwym mężczyzną, a także tytuł polskiego czasopisma wydawanego w latach 1957–1965, przez pewien czas współoprawnego ze „Światem Młodych”.
Tego rodzaju ingerencję redaktora w tekst przekładowy trudno sprowadzić do funkcji „bezwzględnego przestrzegania poprawności i normatywności języka”. Z jednej strony redaktor wychodzi tu poza tekst, biorąc pod uwagę relacje między tekstem a kontekstem rynkowym czy ogólnokulturowym; z drugiej – w obrębie tekstu postępuje twórczo, wykazuje kompetencje autorskie, nadając dziełu nowy, daleki od oryginalnego, choć z niego wywiedziony tytuł.
Dzięki współpracy z Joanną Mueller nad przekładem tomu wierszy irlandzkiej poetki Doireann Ní Ghriofy To Star the Dark, który to tom Joanna redagowała, udało mi się – między innymi – dojść do sformułowania fortunnego, jak sądzę, tytułu przekładu. Moją pierwszą propozycję W ciemność sypiąc gwiazdami odrzuciliśmy po namyśle jako za długą i przepoetyzowaną. Propozycja redaktorki, by tytuł skrócić do Rozgwieździć mrok, nie przekonała mnie, poetyckość nadal kłuje tu w oczy, bo gwiazdy, bo mrok, a do tego z bezokolicznikiem, który w tytułach zawsze mi trochę zgrzyta. Pozwolę sobie przytoczyć fragmenty korespondencji mailowej między redaktorką a mną, dotyczącą tej kwestii:
Joanna Mueller: Jasne, nie chodzi o długość tytułu w ogóle – bardziej o jego „uskładniowioną”, długą formę w tym przypadku, u Ní Ghriofy to jest jednak tytuł zwięzły (choć wiadomo, że upoetyczniony), do tego oparty na brzmieniowo-wizualnej grze „Star/Dark” (ta sama długość wyrazów, rym, no i chyba nieco udziwniona forma „to star?”), więc to tytuł operujący raczej w obrębie związku dwóch wyrazów niż większych całostek składniowych. Jej tytuł faktycznie pobrzmiewa mocno poetycko, ale z wierszy tej poetki, które znam (w oryginale, ale też w przekładach Natalii Malek), ona wcale taka poetycko-patetyczna nie jest, raczej to jedna z rzeczowych, konkretnych, przyziemnych wręcz poetek, uciekających od mistycyzmu i poziomu meta, prawda?
„Rozgwieździć mrok” oczywiście ma w sobie okropny bezokolicznik (choć mi kojarzy się też ze słowem „rozgnieść”, bo gwiazdy rozgniatają mrok), ale z kolei „sypiąc”, który zaproponowałeś, to imiesłów, obie formy dość słabe w poezji. Myślałam o czymś, co byłoby bardziej zwięzłe i oddawało grę „Star/Dark”, może coś w stylu eliptycznego „gwiazdy w mrok” (co z kolei kojarzy mi się z wygwizdywaniem mroku), „iskry w mrok” (ale te iskry jakoś mi nie grają), „skry w mrok” (tu z kolei byłoby cztery na cztery litery i byłaby gra głosek k i r, ale pewnie to zbyt już lingwistyczne?).
Moja odpowiedź była próbą odejścia od gwiazd w imię zachowania kondensacji i muzyki frazy angielskiej:
J.J.: Dzięki, Joanno, że podzieliłaś się tymi przemyśleniami. Coraz mniej czuję się przywiązany do „gwiazd”, które pierwotnie chciałem za wszelką cenę zachować w tytule. Wiersz, z którego pochodzi cytat, dotyczy pożaru domu, myślę więc, że skry lub iskry są do przyjęcia. Chodzą mi po głowie, tentatywnie, dwie wersje ze „skrami”:
1) „Skrami w mrok”
2) „Skry na mrok”
Pierwsza wersja może ryzykowna z uwagi na podobieństwo pierwszego wyrazu z pewnym czasownikiem w liczbie mnogiej. Druga wydaje mi się ciekawsza – dałem „na”, bo lepiej brzmi mi zestaw trzech sylab SsS niż dwie sylaby akcentowane SS (skry w mrok), dostajemy ładną stopę amfimakrową, ale czy to aby nie jest zbyt wysilona składnia?
Odpowiedź Joanny przyszła niemal natychmiast:
J.M.: Od razu wpadło mi w ucho „Skry na mrok”, właśnie w tej dziwnej formie (ta dziwność chyba odpowiada dziwności wyjściowego tytułu), otwierającej na różne odczytania, skrótowej, dla mnie super wspaniałe! „Skrami w mrok” jest – prócz tego abiektalnego skojarzenia (które niestety i mi przyszło do łba) – zwyczajne (choć porządne), nie przyciąga aż tak wzroku. A „Skry na mrok” bardzo przyciąga, zaciekawia, od razu bym sięgała po tę książkę (której swoją drogą – nie mogę się doczekać).
Cytuję tu fragmenty maili, które kursowały między mną a redaktorką podczas pracy nad przekładem. Ujawniam je za jej zgodą oraz w poczuciu, że na mnie jako tłumaczu – a więc na naocznym świadku pracy redaktorskiej – spoczywa obowiązek oddania sprawiedliwości niewidzialnym redaktorom. Ujawniam je w przekonaniu, że mogą stać się ważnym materiałem poglądowym, dowodem na to, jak – zakładam, że nierzadko – wygląda współpraca tłumacza literatury z redaktorem. To chyba przekonujące świadectwo towarzyszącej mi od dawna pewności, że przekład literatury jest zawsze dziełem wielogłosowym, wieloautorskim, efektem zespołowej pracy wielu osób, którzy z jednej strony pełnią odmienne funkcje, z drugiej – w tych odmiennych funkcjach współpracują ze sobą tak, że ich role zbliżają się do siebie, wzajem na siebie nachodzą: tłumacz często funkcjonuje jak autor, ale też jako redaktor tłumaczonego tekstu; redaktor nierzadko funkcjonuje jak tłumacz; autor z kolei często przejmuje na siebie podejmowanie niektórych decyzji przekładowych i redaktorskich, zarządza – z bliska lub z daleka – przekładem swojego utworu. Wytyczenie nieprzekraczalnych granic między kompetencjami każdej z tych osób jest nie tyle niemożliwe, ile niepotrzebne. Relację między tłumaczem a redaktorem zazwyczaj określa czas: najpierw tłumacz pracuje nad tekstem, później redaktor tekst przejmuje. „Najpierw – później” to chyba standardowa relacja, ale z pewnością niejedyna: jak starałem się zademonstrować, tłumacz i redaktor mogą pracować nad tekstem jednocześnie, stając się wtedy współautorami powstającego przekładu, z których po wydaniu dzieła tylko jeden, jeśli dzieło się spodoba, zbiera pochwały. Reakcją na przekład nieudany jest natomiast wołanie: „Gdzie, u licha, był redaktor!?”.
Choć nie do końca zgadzam się z założeniem, że redaktor jest strażnikiem normy, przyjmuję, że jego zadaniem bywa nie tyle wygładzenie przekładu pod obowiązujące reguły, ile usprawiedliwienie przed czytelnikami przypadków odchodzenia od normy w redagowanym przekładzie. Wyjaśnienia mogą domagać się różne, obecne w przekładzie i nie znormalizowane przez redaktora transgresje zarówno językowe, jak i kulturowe. Powieść Zdeptany kwiatuszek Ronalda Firbanka6 to popis językowej i literackiej nonszalancji, w której autor żongluje frazeologią, a bywa też, że śmiało, ba! zuchwale poczyna sobie z zasadami gramatyki. Tłumacz musi tę śmiałość zrozumieć i od autora ją przejąć:
Wygląda na to, że zarówno król Jerz, jak królowa Gloria w ciągu dnia nigdy się nie kładzie! [s. 135]
It seems that neither King Geo, nor Queen Glory, ever lie down of a day7 [s. 82].
Klęcząc przy oknie celi dla postulantek, Laura de Nazianzi przypomniała sobie, że miał najpogodniejszy, zupełnie jak ten, jak nieraz planowała, nastać świt w dniu jej wesela! [s. 144]
Kneeling at the casement of a postulant’s cel, Laura de Nazianzi recalled that serene, and just thus, had she often planned must dawn her bridal day! [s. 88]
Tak ryzykowne zdania mogłyby wzbudzić wśród niektórych – powiem od razu: wśród mniej uważnych – czytelników podejrzenie, że tłumacz stracił czujność, a wydawnictwo poskąpiło na redaktora. Choć więc tłumacz, znakomity skądinąd poeta, charakteryzuje styl Firbanka w swoim posłowiu, redakcja postanowiła dopisać kilka słów wyjaśnienia extra od siebie. Po Od tłumacza mamy więc Od wydawcy, a w zasadzie „od redaktora” Tadeusza Pióry, który już z pozycji instytucjonalnej, jakby uprzedzając zdziwienie czytelników, raz jeszcze zwraca im uwagę na „językową bezczelność Firbanka”, która „sięga zenitu w powieści Zdeptany kwiatuszek między innymi dlatego, że podważa to, co przy wszelkich typograficznych wariacjach uznajemy za niezmienne: gramatykę”8.
Innego rodzaju wyjaśnienie decyzji translatorskich dostajemy od redaktora tomu opowiadań Sylvii Plath w nowym przekładzie Agi Zano. Tu redaktor w imieniu „Redakcji” tłumaczy się z zachowania w przekładzie form „uznawanych dziś niewątpliwie za rasistowskie i ableistyczne, i to w kontekstach zupełnie dla tekstu neutralnych”9. Chodzi o słowa takie jak Negro („Murzyn”), cripple („kaleka”) czy Indian („Indianin”). Redaktor, uprzedzając ewentualne zarzuty, że w 2025 roku wydawnictwo wypuszcza w świat książkę z niepoprawnym politycznie słownictwem, podaje powód, dla którego tak się stało: „Żadnego z tych określeń nie zastąpiono słownictwem neutralnym: ani tłumaczka, ani redakcja, ani korekta nie mają bowiem prawa zakłamywać realiów połowy XX wieku”.
Mogłoby się zdawać, że wyjaśnienie tego rodzaju powinno raczej paść w słowie od tłumaczki (w przekładzie szkiców Baldwina to tłumacz usprawiedliwia użycie słów takich jak „Murzyn”10), głos redaktora to jednak głos osoby odpowiadającej za kształt tekstu skierowanego do druku, osoby domykającej prace nad książką, a tym samym jedynej, która z wymienionej trójki może wypowiadać się w imieniu wszystkich trzech instancji. Redaktor, widzimy to raz jeszcze, nie jest tu przedstawicielem normy, ponieważ dzisiejsza norma nakazywałaby mu raczej poprawić przekład, tak by znalazły się w nim neutralne określenia; redaktor jest tu, razem z tłumaczką, rzecznikiem obyczajowej transgresji, oboje naruszają normę w imię zachowania prawdy o czasach, w których powstały tłumaczone teksty.
Niedostrzegana praca redaktorów, mających realny wpływ na ostateczny kształt przekładu, często daleko wykracza poza „bezwzględne przestrzeganie poprawności i normatywności języka”11 – zwłaszcza w literaturze, która nie zna słowa „bezwzględnie”, a normy raczej redefiniuje i tworzy, niż się do nich pokornie dostosowuje. Niewidzialność pracy redaktorów wynika z niedostępności (dla osób postronnych) tekstów, nad którymi z tłumaczami pracują – czyli pierwszych wersji przekładu. Także z niepisanej zasady, że redaktor nie dzieli się informacjami o szczegółach pracy z tłumaczem. Ich ujawnianie, zwłaszcza jeśli towarzyszą temu krytyczne opinie, jak to się stało w przypadku wspomnień Anny Staniewskiej o współpracy z Maciejem Słomczyńskim, odmawiających temu tłumaczowi podstawowych umiejętności językowych, jest wyjątkiem potwierdzającym regułę12. Swoją rolę w podtrzymywaniu niewidzialności redaktora ma też zapewne system praw autorskich – widzialny redaktor z widzialnymi efektami swojej widzialnej pracy mocno by kwestie autorstwa skomplikował13.
W procesie powstawania literatury przekładowej redaktor może pełnić rolę rzecznika wydawcy, dbając o zachowanie jego wypracowanego profilu i marki, znając oczekiwania i możliwości rynkowe, widząc przekład w kontekście rozwiązań edytorskich innych wydawanych przez daną oficynę książek.
Bywa także, co ważniejsze, rzecznikiem czytelników, jest bowiem pierwszym czytelnikiem sporządzonego przez tłumacza przekładu, który ma przywilej zadawania tłumaczowi pytań i dzielenia się z nim wrażeniami po lekturze. Ale przede wszystkim jest towarzyszem podróży tłumacza, do którego dołączył na późniejszym, co nie znaczy łatwiejszym, etapie wędrówki przez tekst.
Uważam więc, że najwyższy czas na redaktorski coming out. Domagałbym się go, nie tyle spodziewając się nazwisk redaktorów na okładkach książek, ile graficznego wyróżnienia ich pracy na stronie zatytułowej, może również tytułowej (błyszczą przecież na niej, nie wzbudzając zresztą niczyjego zdziwienia, redaktorzy wyborów tekstów), a przede wszystkim w dyskusjach o przekładach – tu wiele, jeśli nie wszystko zależy od nas, tłumaczy. Powszechniejsza świadomość wieloaspektowej, a często twórczej pracy redaktora, w ostatecznej instancji przyczynia się do pogłębienia wiedzy o przekładzie, które może nam wszystkim tylko wyjść na dobre.
1 L. Niedzielski, Długo tłumiony czmych, „Gazeta Wyborcza” 10.12.1991.
2 V. Nabokov, Lolita, London: Penguin Books, 1995, s. 67.
3 Tenże, Lolita, tłum. M. Kłobukowski, Warszawa: Da Capo, 1997, s. 79–80.
4 P. Fast, A. Świeściak, Redaktor w przekładzie i jego rola wewnątrztekstowa [w:] tychże, Translatologiczne wyprawy i przechadzki, Katowice–Częstochowa: „Śląsk” Wydawnictwo Naukowe; Wydawnictwo Wyższej Szkoły Lingwistycznej, 2010, s. 26.
5 Tamże, s. 33.
6 R. Firbank, Zdeptany kwiatuszek, tłum. A. Sosnowski, Warszawa: PIW, 1998.
7 Poprawna angielszczyzna wymagałaby użycia czasownika w liczbie pojedynczej.
8 T. Pióro, Od wydawcy [w:] R. Firbank, Zdeptany kwiatuszek, s. 164.
9 Od redakcji [w:] S. Plath, Johnny Panika i Biblia Snów oraz inne opowiadania, tłum. A. Zano, Warszawa: Marginesy, 2024, s. 474.
10 J. Baldwin, Zapiski syna tego kraju, tłum. M. Denderski, Kraków: Wydawnictwo Karakter, 2019.
11 P. Fast, A. Świeściak, Redaktor w przekładzie…, s. 33.
12 A. Staniewska, Maciej Słomczyński vs. William Shakespeare, „Puls” 1984/1985, nr 24, s. 126–140.
13 Dla zrównoważenia tego obrazu muszę dodać, że istnieją nagrody przyznawane właśnie redaktorom. Przyznaje je polski PEN Club. Przez kilka lat nagradzano redaktorów również na Festiwalu Języka Polskiego w Szczebrzeszynie, pierwszą laureatką w 2018 roku została Marianna Sokołowska, w następnych latach wyróżniono Małgorzatę Szczurek, Janusza Deglera, Teresę Chylińską i Andrzeja Stanisława Kowalczyka.
