Prawo pełnego obywatelstwa w kulturze i sztuce komiks polski uzyskał tak naprawdę niedawno: długo bowiem postrzegano go u nas jako dziedzinę niepoważną i infantylną; nawet i dziś czasem gdzieś ktoś chlapnie coś o stylu „komiksowym” – w znaczeniu prostym i schematycznym. Jakby się nad tym zastanowić, to jednak w sumie bardzo dziwne: przecież akurat tu, w Polsce, mieliśmy na wyciągnięcie ręki, na powszechnym widoku, wybitny dowód na to, jak bardzo złożonym, subtelnym i artystycznym medium może być komiks. Tym dowodem były dzieła Tadeusza Baranowskiego.
Ostatnia strona
Dzień po śmierci Baranowskiego (zmarł 7 lipca tego roku) media społecznościowe wypełniły się wspomnieniami czytelników i wielbicieli, w których niemal zawsze powtarzał się ten sam motyw: wychowałem/łam się na jego komiksach, ukształtował mnie, pamiętam mój pierwszy album… i tak dalej: naturalny w tej sytuacji sentymentalny ton. Więc gdyby ktoś przyglądał się temu z boku i nie miał szczególnego pojęcia, o co z tym Baranowskim zasadniczo chodzi, mógłby uznać, że, ot, opłakujemy odejście inspiratora pacholęcych zachwytów, żegnamy kogoś, kto po części umeblował nam dzieciństwo, klasyczny przypadek idealizacji spowitej nostalgiczną mgiełką. Owszem, nostalgia też gra tu rolę, ważną dla indywidualnych czytelników, ale szerzej patrząc, chodzi jednak o coś innego. Baranowski naprawdę – bez żadnych emocjonalnych taryf ulgowych czy wewnątrznarodowych preferencji – był wielkim artystą komiksu i zostawił po sobie spuściznę, której nie nazwałbym „jedną z najoryginalniejszych w kraju”, tylko „najoryginalniejszą” – i kropka.
Syn rzeźbiarza (jak wspominał, dorastał w domu, w którym wszędzie walały się barwne albumy o sztuce) i absolwent Wydziału Grafiki i Malarstwa warszawskiej ASP, wkroczył na pole – wtedy raczej poletko – komiksu w połowie lat 70., kiedy to podjął współpracę z magazynem „Świat Młodych”. Pismo to, które w owym czasie ukazywało się trzy razy w tygodniu i w odróżnieniu od większości ówczesnych periodyków dla nieletnich miało formę takiej „prawdziwej” papierowej gazety o dość dużym formacie, zapisało się w annałach i pamięci czytelników w znacznej mierze za sprawą swojej ostatniej strony, tam bowiem publikowano komiksy w odcinkach. Pojawiały się tam także powieść i „Uśmiech numeru”, czyli dowcipy: tej pierwszej, przyznam, zwykle nie czytałem, te drugie owszem, ale zdecydowanie najważniejsze były właśnie komiksy, dla których tak naprawdę „Świat Młodych” się kupowało (no dobra, fotosy z aktorami czy zespołami też miały swoją wartość, zwłaszcza że trafiały się tam takie rarytasy jak napinający łuk Michael Praed z Robina z Sherwood albo Atreyu i jego siwy rumak z Niekończącej się opowieści). Trzy numery tygodniowo oznaczały zwykle sześć plansz komiksu – to było całkiem przyzwoite tempo i de facto jedyne stabilne źródło dostępu do opowieści obrazkowych: komiksowe magazyny, takie jak „Relax”, były z zasady efemeryczne, a albumy ukazywały się sporadycznie, nigdy się nie wiedziało kiedy (przecież nie było jak sprawdzić zapowiedzi wydawniczych), a jak już je gdzieś „rzucili”, to wyprzedawały się na pniu (do dziś pamiętam ten kiosk, w którym dwie osoby przede mną jakaś pani kupiła ostatni egzemplarz XIV księgi Tytusa, Romka i A’Tomka). Pozwalam sobie na tę dygresję zasadniczo po to, żeby podkreślić ważny fakt: komiksy były towarem poszukiwanym, przynajmniej przez pewną – istotną, jak można wnosić po nakładzie „Świata Młodych” – część niedorosłej populacji, której bardziej doskwierały deficyty wydawnicze niż te aprowizacyjne.
Sześć plansz tygodniowo oznaczało znaczne potrzeby, toteż redakcja współpracowała z różnymi polskimi rysownikami i rysowniczkami, zdarzały się także przedruki (pirackie, jak rozumiem) obcojęzycznych prac. „Świat Młodych” stał się niebawem stajnią najlepszych polskich twórców komiksowych: od lat 50. swoje historyjki zamieszczał tu Henryk Jerzy Chmielewski, znany jak Papcio Chmiel, to te łamy stały się domem Janusza Christy, wcześniej pracującego dla gazet z Wybrzeża, dla „ŚM” rysował Jerzy Wróblewski, tutaj debiutowała Szarlota Pawel, ta od Kleksa – i wymieniać można by jeszcze przez chwilę – tutaj wreszcie zaistniał komiksowo Tadeusz Baranowski.
Pierwsze prace Baranowskiego, rysowane do cudzego scenariusza, nie były jakoś specjalnie wybitne – także w opinii samego rysownika – toteż bardzo szybko wziął w swoje ręce odpowiedzialność także za tekst i fabułę. I oto, już w 1976 roku, na łamach „Świata Młodych” pojawiają się pierwsze autentycznie baranowskie komiksy, ta rozpoznawalna od pierwszego rzutu oka kreska, ta kolorystyka oraz absolutnie oryginalne historie, pełne językowej finezji, wieloznaczności, gier słów, zaskakujących rozwiązań fabularnych i graficznych, poetyckie i komiczne jednocześnie. Już wtedy, na tle ówczesnej komiksowej konkurencji, było widać, że Baranowski to zjawisko odrębne. Jeśli jakiś dorosły wziął wówczas numer „ŚM” do ręki i tylko rzucił okiem na kolejny odcinek przygód Kudłaczka i Bąbelka albo profesorka Nerwosolka, mógł uznać, że to po prostu ciekawy komiks dla dzieci; ale jeśli przeczytał tekst i wszedł w fabułę, musiał zdać sobie sprawę, że tu się dzieje coś wyjątkowego. Ówcześni rysownicy bywali naprawdę doskonali – jeśli chodzi o komiks humorystyczny, Janusz Christa reprezentował poziom światowy, był też świetnym scenarzystą; gdyby pracował w Belgii czy Francji, jak równy z równym obcowałby z najlepszymi tamtejszymi wirtuozami piórka i pędzelka; Jerzy Wróblewski był pierwszorzędnym rysownikiem realistycznym, całkiem nieźle też czuł się w konwencji bardziej karykaturalnej; że nie wspomnę o Grzegorzu Rosińskim, o którego już wtedy upomniał się zachodni rynek komiksu – niemniej można by zaryzykować tezę, że wpisywali się w jakiś istniejący nurt, że byli wybitni w określonej dyscyplinie; na tym tle Baranowski odstawał, tak stylem graficznym, jak tekstowym.
Skomplikowana bibliografia
Z łamów gazety droga wiodła do wydań albumowych – oczywiście trwało to wszystko znacznie dłużej niż dziś wydaje nam się naturalne. W 1980 roku Baranowski ogłasza swój pierwszy komiks w formie książkowej, tytuł jak z Gałczyńskiego czy Sztaudyngera – Na co dybie w wielorybie czubek nosa Eskimosa – kryje dwie części: W pustyni i w paszczy, czyli przygody Kudłaczka i Bąbelka wśród zwierząt, oraz perypetie Orient Mena (dwaj pierwsi odbywają spotkania w świecie ukrytym we wnętrzu wieloryba, Orient Mena zaś prześladuje pewien namolny Eskimos – tytuł całości zatem wcale nie jest tak absurdalny, jak można by sądzić); w obu przypadkach mamy do czynienia z formą epizodyczną, to znaczy każda strona to zamknięta całostka, acz wszystkie spięte są fabularną klamrą. A potem przyszły kolejne, z dzisiejszej perspektywy wielki kanon Baranowskiego: Skąd się bierze woda sodowa (i nie tylko) (1982) – zawierający przygody Kudłaczka i Bąbelka na Dzikim Zachodzie, z udziałem niby drugoplanowej, ale ikonicznej postaci Wodza Wielkiego Niepokoju, oraz pierwszą przygodę profesorka Nerwosolka i Entomologii Motylkowskiej; Antresolka profesorka Nerwosolka (1985) – kosmiczna i morska podróż profesora i jego asystentki, do których dołącza pierwotnie złowrogi, a z czasem sympatyczny czarownik Hokus-Pokus; Podróż smokiem Diplodokiem (1986), w którym na plan pierwszy wysuwa się ów czarownik podróżujący w czasie wraz z młodym dinozaurem… I tu zawieszam wyliczankę, bo w latach 80. i na samym początku 90. ukazało się tych albumów jeszcze trochę, zanim po krótkiej wydawniczej euforii przełomu kapitalistycznego, kiedy pojawiło się w Polsce nieco nowych wydawnictw, a te sypnęły głównie zachodnimi komiksami, przyszła wielka komiksowa smuta. Do końca ostatniej dekady dwudziestego wieku rynek komiksowy w Polsce właściwie zamarł, owszem, ukazywało się trochę tytułów spod znaku Disneya, nieco komiksów superbohaterskich, kolejne albumy Asteriksa i Thorgala, kilka undergroundowych pism, niewiele więcej. Wydawało się wówczas, że polscy komiksiarze wyginą jak krewni Diplodoka.
Wcześniej, w latach 80., Baranowski wyjechał na pewien czas do Belgii, by, korzystając z kontaktów Grzegorza Rosińskiego, który odniósł w świecie frankofońskim niewątpliwy sukces, spróbować sił w realiach Zachodu. W wywiadzie udzielonym Maciejowi Parowskiemu i opublikowanym na łamach „Komiksu. Fantastyki” (nr 1/6/1989) – pod wymownym, acz nadanym pewnie przez wywiadującego, a nie wywiadowanego tytułem Poeta w salonie porno? – Baranowski cierpko podsumował to doświadczenie: tak, rynek zachodni jest profesjonalny, otwiera możliwości, zapewnia rozwój („Podczas dziesięciu miesięcy współpracy zrobiłem większy postęp niż u nas w ciągu piętnastu lat” – deklaruje artysta), ale zarazem dławi oryginalność; tam nie ma miejsca na własny styl, no chyba że jesteś Moebiusem czy kimś z wąskiej garstki tuzów. Droga do zachodniej sławy ostatecznie okazała się ślepą uliczką.
Pierwszą oznaką końca komiksowej smuty było pismo „Świat Komiksu”, które zaczęło się ukazywać od wiosny 1998 roku i z czasem przerodziło w komiksowy imprint wydawnictwa Egmont, a to ostatecznie doprowadziło do stanu dzisiejszego, kiedy to w kraju działa kilkadziesiąt wyspecjalizowanych w komiksach oficyn, dostarczających co miesiąc takiej masy premier, że nawet największy fanatyk nie jest w stanie tego ogarnąć. Na okładce pierwszego numeru „Świata Komiksu” widniał malutki Orient Men, w środku znaleźć można było jego nową przygodę – Baranowski wracał do gry. Choć w realiach rynkowych przełomu wieków nie było to takie proste.
Tu śledzenie bibliografii Baranowskiego robi się mocno skomplikowane. Komiksy wznawiano, ale często znane tytuły kryły nieco inne treści: na przykład Orient Men. Forewer na zawsze (2002) zawierał epizody z „Relaxu”, kompletną historyjkę z Na co dybie w wielorybie… oraz świeże epizody ze „Świata Komiksu”; nowa edycja Skąd się bierze woda sodowa (2004) mieściła przygodę pod tym właśnie tytułem – czyli Kudłaczek i Bąbelek na Dzikim Zachodzie, acz ze zmodyfikowanymi nieco tekstami – do tego W pustyni i w paszczy, czyli zwierzęce spotkania znane z Na co dybie w wielorybie… oraz detektywistyczne historyjki z cyklu Za-gatki, które z kolei są wariacją na temat przygód detektywa z tomiku 3 przygody Sherlocka Bombla. Ponadto zniechęcony oporem profesjonalnych wydawców Baranowski zaczął wydawać albumy dostępne tylko w obiegu kolekcjonerskim, takie jak Tffffuj! Do bani z takim komiksem! (2005, w nakładzie pięciuset pięćdziesięciu numerowanych egzemplarzy), acz tomy te w ostatnich latach doczekały się wznowień już w normalnym obiegu.
Słowem, wydawniczo działo się wiele, do tego dochodzą wystawy, państwowe odznaczenia oraz hołdy czytelników, przybierające czasem także formy wydawnicze – ukazał się na przykład album z rysunkami polskich komiksiarzy na cześć bohaterów Baranowskiego, czy też tom, w którym różne osoby nie tylko z komiksowego światka wybierają swoją ulubioną stronę czy kadr z prac mistrza i okraszają je komentarzem czy wspomnieniem. Klasyk i to uznany – tak można bez wątpienia określić Tadeusza Baranowskiego na podstawie tego, co się w ostatnich latach wokół niego działo.
Czynniki wielkości
Obecnie w Polsce już ponad dwie dekady trwa komiksowa bonanza, która nie ma nic wspólnego z czasami, kiedy to czekało się na numery „Świata Młodych”, żeby wyciąć kolejny odcinek i wykleić go sobie na kartkę z bloku technicznego, albo stało w kolejce do kiosku, czując, jak w sercu topnieje nadzieja. Dziś mamy dostęp do komiksów z całego świata, w najróżniejszych stylach, podejmujących szeroki wachlarz tematów, od komercyjnych czytadeł, przez klasyki retro, po najśmielsze artystyczne eksperymenty. Jest tego więcej, jak się rzekło, niż ktokolwiek dałby radę przeczytać. A mimo to nadal wracamy do Baranowskiego. Dlaczego?
Jak już ustaliliśmy, przez nostalgię też, owszem. Nostalgia to potężna siła napędowa. Ale z perspektywy dekad widać bardzo wyraźnie, że tak jak Baranowski był oryginałem na tle epoki, tak do dziś nim pozostaje; jego dorobek naprawdę jest nietuzinkowy, a nie tylko wydawał się takim w kontekście sprzed dekad.
Jest to materia na znacznie większy tekst niż niniejszy, ale spróbujmy dokonać choćby ogólnego rozbioru korpusu dzieł Tadeusza Baranowskiego na czynniki pierwsze, żeby wskazać te pola, które przesądzają o jego wyjątkowości.
Po pierwsze: literackość.
To chyba pierwsza rzecz, o jakiej wspominają ci, którzy otaczają komiksy Baranowskiego kultem; rzecz w sumie dość dziwna w gatunku, który, jak by nie patrzeć, graficznością stoi. Baranowski był twórcą operującym językiem na poziomie poety wirtuoza, godnym spadkobiercą linii Tuwim–Gałczyński–Kabaret Starszych Panów, który z wieloznaczności słów, współbrzmień dźwiękowych i znaczeniowych oraz innej maści praktyk kalamburystycznych i słowotwórczych uczynił filar swojego istnienia w języku: to nie jest okazjonalna przyprawa, tylko trzon. Liczba cytatów, powiedzonek czy nawet całych dialogów, które z kadrów Baranowskiego przeszły do języka potocznego, jest trudna do oszacowania, ale na pewno ogromna: te wszystkie jagrysy, tygrysy i ongrysy, zasłonięte fortepiany i zafortepianione słonie czy cała sekwencja Wodza Wielkiego Niepokoju z dowcipem o Gąsce Balbince – mój osobisty faworyt, którego nierzadko używam, to „wstyd i hańba, wolałbym ocet”, zwykle spotykam się jednak z brakiem zrozumienia w oczach rozmówców – to jest potężny skarbiec komiksowych skrzydlatych słów i wyrażeń. Pewnie, istnieją inni scenarzyści, którzy z językowych wygibasów uczynili swoją broń i znak rozpoznawczy, jak choćby René Goscinny: kto czytał przygody Asteriksa bądź Iznoguda wie, jak dobry był Goscinny w te klocki. Tyle że u Baranowskiego idziemy o szczebel bądź dwa wyżej, u niego te językowe wieloznaczności przekładają się na akcję, kształtują tok wydarzeń; to nie tylko urocze słowne potyczki trzymające się ramek dymków, tylko zasadnicza materia, z której zbudowane są jego światy. Tekst u Baranowskiego jest równoprawnym aktorem opowiadanych historii, a choć literackie eksperymenty tu widoczne można skojarzyć z pewnymi innowacjami znanymi z historii literatury – czyż powtarzające się na każdej stronie streszczenia przygód Orient Mena nie są odpowiednikiem Ćwiczeń stylistycznych Queneau? – to przecież tu zostały wprzęgnięte w opowieść graficzną, stały się surowcem innej niż po prostu literacka opowieści.
To zaś prowadzi nas do drugiej kwestii: konstrukcji fabuł. Przynajmniej te najważniejsze albumy Baranowskiego mają strukturę dwojaką: bardzo często opierają się na schemacie epizodycznym, to znaczy każda plansza albo każde dwie plansze opowiadają jedną zamkniętą przygodę, stanowią całostkę z efektownym otwarciem i zwieńczoną puentą. Są to pomysłowe, często oparte na absurdzie bądź zaskakującym toku skojarzeń serie scen. Zarazem jednak, kiedy czytamy całość, a nie pojedyncze odcinki, widzimy, że istnieje główna linia fabularna, pewien koncept, oś – i jest ona nieoczywista, zaskakująca, bardzo często wręcz metafizyczna. W pustyni i w paszczy to seria wywiadów Kudłaczka i Bąbelka ze zwierzętami, ale wszystkie one odbywają się we wnętrzu wieloryba – czy też raczej w antyświecie, do którego nasi bohaterowie trafiają, gdy połyka ich ów wielki morski ssak; w finale zaś, kiedy przygody są już zakończone i podróżnicy siadają do zasłużonego posiłku, z podanego na stół jajka wykluwa się tenże (?) wieloryb. Albo pierwsza wyprawa profesorka Nerwosolka i jego asystentki Entomologii: bohaterowie mieli lecieć w kosmos, słyszą jednak wołanie ze studni, wpadają do niej i tam wędrują przez alternatywny świat, a wędrówka ta doprowadza ich ostatecznie do wnętrza obrazka wiszącego w gabinecie profesora (jest to drzeworyt znany jako rycina Flammariona, bardzo tu nieprzypadkowy) – tyle że gdy ów z niego wyskakuje, ląduje na białej kartce papieru leżącej na biurku autora… Jest w tym nie tylko światotwórczy rozmach, ale i spora dawka metafizycznych ciarek, jakich nie powstydziłby się sam Jorge Luis Borges.
Po trzecie: Baranowski stworzył wyjątkową galerię postaci. Wiadomo: komiks, tak jak literatura czy film, bohaterami stoi; stworzysz przekonującą osobowość, czytelnicy i widzowie będą za nią podążać. Pod tym względem Baranowski rozmach miał zupełnie niesamowity, bo przecież obok głównych bohaterów pojawia się u niego cała masa postaci drugoplanowych, a czasami nawet zupełnie epizodycznych, które mocno zapadają w pamięć, potrafią na kilku kadrach zyskać wyrazisty charakter. To na pewno w znacznej mierze kwestia samego stylu rysowania, zupełnie nieszablonowego, przez który nie zawsze potrafimy przyporządkować „gatunkowo” poszczególne istoty (kim lub czym jest E.U. Geniusz albo dwaj zielonkawi golibrodowie, z których usług [nie] korzysta Orient Men?), ale także fakt, że obsadzane są te postaci w mocnych rolach i wypowiadają wyraziste kwestie. Sam autor przyznawał, że spora część jego bohaterów ma sobie istotną cząstkę jego samego, na przykład element nerwowości – która faktycznie wydaje się charakterologicznym lejtmotywem: imię profesora i wodza mówią za siebie, nie oni jedni cierpią tu jednak na pewną neurotyczność.
Czwarty aspekt wielkości Baranowskiego to tak naprawdę cały szereg elementów, które składają się na to, co możemy nazwać warstwą graficzną. Dla komiksu, wiadomo, rzecz podstawowa. I na tym polu Baranowski jawi się jako ciągły innowator i poszukiwacz: od projektu postaci, przez niesamowitą kolorystykę, po kadrowanie i komponowanie plansz – pomysłowość autora nie ma granic. I czasami zdarza się tak, że kadr zostaje rozsadzony, strona komiksu przenicowana – pęka umowna granica formy. To nas prowadzi do piątego aspektu, który nazwałbym metakomiksowością, często mówi się też w tym kontekście o burzeniu czwartej ściany, choć u Baranowskiego chodzi nie tylko o zatarcie granicy między światem komiksu a naszym, ale czasem także o podważenie materialności komiksu. Sam autor pojawia się w swoim dziele wielokrotnie: dyskretnie, jako źródło przypisu czy komentarza, albo wprost, widoczny, zasadniczo tyłem albo z boku. Profesorek Nerwosolek utyka na kartce papieru i prosi autora o narysowanie swoich przygód na nowo – widzimy przy okazji biurko i przybory rysunkowe; Kudłaczek i Bąbelek w wyniku zaklęcia rzuconego przez dżinna trafiają do biało-czarnej i pustej przestrzeni, proszą więc autora, by narysował tło oraz kolory (o to drugie niezbyt grzecznie, więc wszystko będzie w plamach); tsunami w okolicy Trójkąta Bermudzkiego przewraca kadry, przez co Entomologia i profesor muszą wyjść na białą przestrzeń między nimi, żeby je porządnie ustawić na stronie; zaś na końcu kosmicznej podróży z Antresolki… pojawia się Mól Książkowy, który zaczyna zżerać rysunek, tak że zostają z niego strzępy i w znacznej mierze pusta biała kartka.
Te wszystkie elementy oczywiście współgrają ze sobą, nakładają się na siebie i wzajemnie się napędzają, co dobrze unaocznia choćby ostatnia strona z kosmicznej przygody profesora i asystentki: po środku pustej strony widzimy Mola Książkowego, który patrząc nam, czytelnikom, w oczy, oświadcza z kwaśną miną: „Był to nie pierwszy i nie ostatni przykład ucisku mola przez człowieka. Żegnam. Idę na kulkę naftaliny”.
W przywołanej wcześniej rozmowie z Maciejem Parowskim Tadeusz Baranowski wypowiada taką myśl: „Czuję się nadal przede wszystkim malarzem. Rysowanie komiksów, pisanie scenariuszy bawi mnie, sprawia mi prawdziwą przyjemność. Mimo to nie jest dla mnie jedyną ambicją bycie najlepszym rysownikiem od komiksów”. Z czasem, kiedy przyszły uznanie i honory, Baranowski musiał mieć świadomość, czym jego komiksy stały się dla całego pokolenia czytelników, choć być może wciąż nie uważał ich za rzecz najważniejszą. To znany schemat: Cervantes nie poważał specjalnie Don Kichota, myślał, że przejdzie do wieczności za sprawą swoich nieczytelnych dziś poematów; Tove Jansson miała dość Muminków – wielcy nie zawsze trafnie typują to, co w oczach potomnych przesądzi o ich wielkości. Nie jestem pewien, co tak naprawdę myślał Tadeusz Baranowski o Kudłaczku, Bąbelku, Nerwosolku, Entomologii, Orient Menie i innych – ale jestem przekonany, że to oni stanowią jego przepustkę do wieczności. A jeśli nie wieczności, bo to może za duże słowo, to co najmniej do chwili, w której pojawi się jakiś Mól Komiksowy i wszystko zeżre.
