Komiksy na miarę wszech czasów. O Tadeuszu Baranowskim

Pra­wo peł­ne­go oby­wa­tel­stwa w kul­tu­rze i sztu­ce komiks pol­ski uzy­skał tak napraw­dę nie­daw­no: dłu­go bowiem postrze­ga­no go u nas jako dzie­dzi­nę nie­po­waż­ną i infan­tyl­ną; nawet i dziś cza­sem gdzieś ktoś chlap­nie coś o sty­lu „komik­so­wym” – w zna­cze­niu pro­stym i sche­ma­tycz­nym. Jak­by się nad tym zasta­no­wić, to jed­nak w sumie bar­dzo dziw­ne: prze­cież aku­rat tu, w Pol­sce, mie­li­śmy na wycią­gnię­cie ręki, na powszech­nym wido­ku, wybit­ny dowód na to, jak bar­dzo zło­żo­nym, sub­tel­nym i arty­stycz­nym medium może być komiks. Tym dowo­dem były dzie­ła Tade­usza Bara­now­skie­go.

Ostatnia strona

Dzień po śmier­ci Bara­now­skie­go (zmarł 7 lip­ca tego roku) media spo­łecz­no­ścio­we wypeł­ni­ły się wspo­mnie­nia­mi czy­tel­ni­ków i wiel­bi­cie­li, w któ­rych nie­mal zawsze powta­rzał się ten sam motyw: wychowałem/łam się na jego komik­sach, ukształ­to­wał mnie, pamię­tam mój pierw­szy album… i tak dalej: natu­ral­ny w tej sytu­acji sen­ty­men­tal­ny ton. Więc gdy­by ktoś przy­glą­dał się temu z boku i nie miał szcze­gól­ne­go poję­cia, o co z tym Bara­now­skim zasad­ni­czo cho­dzi, mógł­by uznać, że, ot, opła­ku­je­my odej­ście inspi­ra­to­ra pacho­lę­cych zachwy­tów, żegna­my kogoś, kto po czę­ści ume­blo­wał nam dzie­ciń­stwo, kla­sycz­ny przy­pa­dek ide­ali­za­cji spo­wi­tej nostal­gicz­ną mgieł­ką. Owszem, nostal­gia też gra tu rolę, waż­ną dla indy­wi­du­al­nych czy­tel­ni­ków, ale sze­rzej patrząc, cho­dzi jed­nak o coś inne­go. Bara­now­ski napraw­dę – bez żad­nych emo­cjo­nal­nych taryf ulgo­wych czy wewnątrz­na­ro­do­wych pre­fe­ren­cji – był wiel­kim arty­stą komik­su i zosta­wił po sobie spu­ści­znę, któ­rej nie nazwał­bym „jed­ną z naj­ory­gi­nal­niej­szych w kra­ju”, tyl­ko „naj­ory­gi­nal­niej­szą” – i krop­ka.

Syn rzeź­bia­rza (jak wspo­mi­nał, dora­stał w domu, w któ­rym wszę­dzie wala­ły się barw­ne albu­my o sztu­ce) i absol­went Wydzia­łu Gra­fi­ki i Malar­stwa war­szaw­skiej ASP, wkro­czył na pole – wte­dy raczej polet­ko – komik­su w poło­wie lat 70., kie­dy to pod­jął współ­pra­cę z maga­zy­nem „Świat Mło­dych”. Pismo to, któ­re w owym cza­sie uka­zy­wa­ło się trzy razy w tygo­dniu i w odróż­nie­niu od więk­szo­ści ówcze­snych perio­dy­ków dla nie­let­nich mia­ło for­mę takiej „praw­dzi­wej” papie­ro­wej gaze­ty o dość dużym for­ma­cie, zapi­sa­ło się w anna­łach i pamię­ci czy­tel­ni­ków w znacz­nej mie­rze za spra­wą swo­jej ostat­niej stro­ny, tam bowiem publi­ko­wa­no komik­sy w odcin­kach. Poja­wia­ły się tam tak­że powieść i „Uśmiech nume­ru”, czy­li dow­ci­py: tej pierw­szej, przy­znam, zwy­kle nie czy­ta­łem, te dru­gie owszem, ale zde­cy­do­wa­nie naj­waż­niej­sze były wła­śnie komik­sy, dla któ­rych tak napraw­dę „Świat Mło­dych” się kupo­wa­ło (no dobra, foto­sy z akto­ra­mi czy zespo­ła­mi też mia­ły swo­ją war­tość, zwłasz­cza że tra­fia­ły się tam takie rary­ta­sy jak napi­na­ją­cy łuk Micha­el Pra­ed z Robi­na z Sher­wo­od albo Atreyu i jego siwy rumak z Nie­koń­czą­cej się opo­wie­ści). Trzy nume­ry tygo­dnio­wo ozna­cza­ły zwy­kle sześć plansz komik­su – to było cał­kiem przy­zwo­ite tem­po i de fac­to jedy­ne sta­bil­ne źró­dło dostę­pu do opo­wie­ści obraz­ko­wych: komik­so­we maga­zy­ny, takie jak „Relax”, były z zasa­dy efe­me­rycz­ne, a albu­my uka­zy­wa­ły się spo­ra­dycz­nie, nigdy się nie wie­dzia­ło kie­dy (prze­cież nie było jak spraw­dzić zapo­wie­dzi wydaw­ni­czych), a jak już je gdzieś „rzu­ci­li”, to wyprze­da­wa­ły się na pniu (do dziś pamię­tam ten kiosk, w któ­rym dwie oso­by przede mną jakaś pani kupi­ła ostat­ni egzem­plarz XIV księ­gi Tytu­sa, Rom­ka i A’Tomka). Pozwa­lam sobie na tę dygre­sję zasad­ni­czo po to, żeby pod­kre­ślić waż­ny fakt: komik­sy były towa­rem poszu­ki­wa­nym, przy­naj­mniej przez pew­ną – istot­ną, jak moż­na wno­sić po nakła­dzie „Świa­ta Mło­dych” – część nie­do­ro­słej popu­la­cji, któ­rej bar­dziej doskwie­ra­ły defi­cy­ty wydaw­ni­cze niż te apro­wi­za­cyj­ne.

Sześć plansz tygo­dnio­wo ozna­cza­ło znacz­ne potrze­by, toteż redak­cja współ­pra­co­wa­ła z róż­ny­mi pol­ski­mi rysow­ni­ka­mi i rysow­nicz­ka­mi, zda­rza­ły się tak­że prze­dru­ki (pirac­kie, jak rozu­miem) obco­ję­zycz­nych prac. „Świat Mło­dych” stał się nie­ba­wem staj­nią naj­lep­szych pol­skich twór­ców komik­so­wych: od lat 50. swo­je histo­ryj­ki zamiesz­czał tu Hen­ryk Jerzy Chmie­lew­ski, zna­ny jak Pap­cio Chmiel, to te łamy sta­ły się domem Janu­sza Chri­sty, wcze­śniej pra­cu­ją­ce­go dla gazet z Wybrze­ża, dla „ŚM” ryso­wał Jerzy Wró­blew­ski, tutaj debiu­to­wa­ła Szar­lo­ta Pawel, ta od Klek­sa – i wymie­niać moż­na by jesz­cze przez chwi­lę – tutaj wresz­cie zaist­niał komik­so­wo Tade­usz Bara­now­ski.

Pierw­sze pra­ce Bara­now­skie­go, ryso­wa­ne do cudze­go sce­na­riu­sza, nie były jakoś spe­cjal­nie wybit­ne – tak­że w opi­nii same­go rysow­ni­ka – toteż bar­dzo szyb­ko wziął w swo­je ręce odpo­wie­dzial­ność tak­że za tekst i fabu­łę. I oto, już w 1976 roku, na łamach „Świa­ta Mło­dych” poja­wia­ją się pierw­sze auten­tycz­nie bara­now­skie komik­sy, ta roz­po­zna­wal­na od pierw­sze­go rzu­tu oka kre­ska, ta kolo­ry­sty­ka oraz abso­lut­nie ory­gi­nal­ne histo­rie, peł­ne języ­ko­wej fine­zji, wie­lo­znacz­no­ści, gier słów, zaska­ku­ją­cych roz­wią­zań fabu­lar­nych i gra­ficz­nych, poetyc­kie i komicz­ne jed­no­cze­śnie. Już wte­dy, na tle ówcze­snej komik­so­wej kon­ku­ren­cji, było widać, że Bara­now­ski to zja­wi­sko odręb­ne. Jeśli jakiś doro­sły wziął wów­czas numer „ŚM” do ręki i tyl­ko rzu­cił okiem na kolej­ny odci­nek przy­gód Kudłacz­ka i Bąbel­ka albo pro­fe­sor­ka Ner­wo­sol­ka, mógł uznać, że to po pro­stu cie­ka­wy komiks dla dzie­ci; ale jeśli prze­czy­tał tekst i wszedł w fabu­łę, musiał zdać sobie spra­wę, że tu się dzie­je coś wyjąt­ko­we­go. Ówcze­śni rysow­ni­cy bywa­li napraw­dę dosko­na­li – jeśli cho­dzi o komiks humo­ry­stycz­ny, Janusz Chri­sta repre­zen­to­wał poziom świa­to­wy, był też świet­nym sce­na­rzy­stą; gdy­by pra­co­wał w Bel­gii czy Fran­cji, jak rów­ny z rów­nym obco­wał­by z naj­lep­szy­mi tam­tej­szy­mi wir­tu­oza­mi piór­ka i pędzel­ka; Jerzy Wró­blew­ski był pierw­szo­rzęd­nym rysow­ni­kiem reali­stycz­nym, cał­kiem nie­źle też czuł się w kon­wen­cji bar­dziej kary­ka­tu­ral­nej; że nie wspo­mnę o Grze­go­rzu Rosiń­skim, o któ­re­go już wte­dy upo­mniał się zachod­ni rynek komik­su – nie­mniej moż­na by zary­zy­ko­wać tezę, że wpi­sy­wa­li się w jakiś ist­nie­ją­cy nurt, że byli wybit­ni w okre­ślo­nej dys­cy­pli­nie; na tym tle Bara­now­ski odsta­wał, tak sty­lem gra­ficz­nym, jak tek­sto­wym.

Skomplikowana bibliografia

Z łamów gaze­ty dro­ga wio­dła do wydań albu­mo­wych – oczy­wi­ście trwa­ło to wszyst­ko znacz­nie dłu­żej niż dziś wyda­je nam się natu­ral­ne. W 1980 roku Bara­now­ski ogła­sza swój pierw­szy komiks w for­mie książ­ko­wej, tytuł jak z Gał­czyń­skie­go czy Sztau­dyn­ge­ra – Na co dybie w wie­lo­ry­bie czu­bek nosa Eski­mo­sa – kry­je dwie czę­ści: W pusty­ni i w pasz­czy, czy­li przy­go­dy Kudłacz­ka i Bąbel­ka wśród zwie­rząt, oraz pery­pe­tie Orient Mena (dwaj pierw­si odby­wa­ją spo­tka­nia w świe­cie ukry­tym we wnę­trzu wie­lo­ry­ba, Orient Mena zaś prze­śla­du­je pewien namol­ny Eski­mos – tytuł cało­ści zatem wca­le nie jest tak absur­dal­ny, jak moż­na by sądzić); w obu przy­pad­kach mamy do czy­nie­nia z for­mą epi­zo­dycz­ną, to zna­czy każ­da stro­na to zamknię­ta całost­ka, acz wszyst­kie spię­te są fabu­lar­ną klam­rą. A potem przy­szły kolej­ne, z dzi­siej­szej per­spek­ty­wy wiel­ki kanon Bara­now­skie­go: Skąd się bie­rze woda sodo­wa (i nie tyl­ko) (1982) – zawie­ra­ją­cy przy­go­dy Kudłacz­ka i Bąbel­ka na Dzi­kim Zacho­dzie, z udzia­łem niby dru­go­pla­no­wej, ale iko­nicz­nej posta­ci Wodza Wiel­kie­go Nie­po­ko­ju, oraz pierw­szą przy­go­dę pro­fe­sor­ka Ner­wo­sol­ka i Ento­mo­lo­gii Motyl­kow­skiej; Antre­sol­ka pro­fe­sor­ka Ner­wo­sol­ka (1985) – kosmicz­na i mor­ska podróż pro­fe­so­ra i jego asy­stent­ki, do któ­rych dołą­cza pier­wot­nie zło­wro­gi, a z cza­sem sym­pa­tycz­ny cza­row­nik Hokus-Pokus; Podróż smo­kiem Diplo­do­kiem (1986), w któ­rym na plan pierw­szy wysu­wa się ów cza­row­nik podró­żu­ją­cy w cza­sie wraz z mło­dym dino­zau­rem… I tu zawie­szam wyli­czan­kę, bo w latach 80. i na samym począt­ku 90. uka­za­ło się tych albu­mów jesz­cze tro­chę, zanim po krót­kiej wydaw­ni­czej eufo­rii prze­ło­mu kapi­ta­li­stycz­ne­go, kie­dy poja­wi­ło się w Pol­sce nie­co nowych wydaw­nictw, a te syp­nę­ły głów­nie zachod­ni­mi komik­sa­mi, przy­szła wiel­ka komik­so­wa smu­ta. Do koń­ca ostat­niej deka­dy dwu­dzie­ste­go wie­ku rynek komik­so­wy w Pol­sce wła­ści­wie zamarł, owszem, uka­zy­wa­ło się tro­chę tytu­łów spod zna­ku Disneya, nie­co komik­sów super­bo­ha­ter­skich, kolej­ne albu­my Aste­rik­saThor­ga­la, kil­ka under­gro­un­do­wych pism, nie­wie­le wię­cej. Wyda­wa­ło się wów­czas, że pol­scy komik­sia­rze wygi­ną jak krew­ni Diplo­do­ka.

Wcze­śniej, w latach 80., Bara­now­ski wyje­chał na pewien czas do Bel­gii, by, korzy­sta­jąc z kon­tak­tów Grze­go­rza Rosiń­skie­go, któ­ry odniósł w świe­cie fran­ko­foń­skim nie­wąt­pli­wy suk­ces, spró­bo­wać sił w realiach Zacho­du. W wywia­dzie udzie­lo­nym Macie­jo­wi Parow­skie­mu i opu­bli­ko­wa­nym na łamach „Komik­su. Fan­ta­sty­ki” (nr 1/6/1989) – pod wymow­nym, acz nada­nym pew­nie przez wywia­du­ją­ce­go, a nie wywia­do­wa­ne­go tytu­łem Poeta w salo­nie por­no? – Bara­now­ski cierp­ko pod­su­mo­wał to doświad­cze­nie: tak, rynek zachod­ni jest pro­fe­sjo­nal­ny, otwie­ra moż­li­wo­ści, zapew­nia roz­wój („Pod­czas dzie­się­ciu mie­się­cy współ­pra­cy zro­bi­łem więk­szy postęp niż u nas w cią­gu pięt­na­stu lat” – dekla­ru­je arty­sta), ale zara­zem dła­wi ory­gi­nal­ność; tam nie ma miej­sca na wła­sny styl, no chy­ba że jesteś Moebiu­sem czy kimś z wąskiej garst­ki tuzów. Dro­ga do zachod­niej sła­wy osta­tecz­nie oka­za­ła się śle­pą ulicz­ką.

Pierw­szą ozna­ką koń­ca komik­so­wej smu­ty było pismo „Świat Komik­su”, któ­re zaczę­ło się uka­zy­wać od wio­sny 1998 roku i z cza­sem prze­ro­dzi­ło w komik­so­wy imprint wydaw­nic­twa Egmont, a to osta­tecz­nie dopro­wa­dzi­ło do sta­nu dzi­siej­sze­go, kie­dy to w kra­ju dzia­ła kil­ka­dzie­siąt wyspe­cja­li­zo­wa­nych w komik­sach ofi­cyn, dostar­cza­ją­cych co mie­siąc takiej masy pre­mier, że nawet naj­więk­szy fana­tyk nie jest w sta­nie tego ogar­nąć. Na okład­ce pierw­sze­go nume­ru „Świa­ta Komik­su” wid­niał malut­ki Orient Men, w środ­ku zna­leźć moż­na było jego nową przy­go­dę – Bara­now­ski wra­cał do gry. Choć w realiach ryn­ko­wych prze­ło­mu wie­ków nie było to takie pro­ste.

Tu śle­dze­nie biblio­gra­fii Bara­now­skie­go robi się moc­no skom­pli­ko­wa­ne. Komik­sy wzna­wia­no, ale czę­sto zna­ne tytu­ły kry­ły nie­co inne tre­ści: na przy­kład Orient Men. Fore­wer na zawsze (2002) zawie­rał epi­zo­dy z „Rela­xu”, kom­plet­ną histo­ryj­kę z Na co dybie w wie­lo­ry­bie… oraz świe­że epi­zo­dy ze „Świa­ta Komik­su”; nowa edy­cja Skąd się bie­rze woda sodo­wa (2004) mie­ści­ła przy­go­dę pod tym wła­śnie tytu­łem – czy­li Kudła­czek i Bąbe­lek na Dzi­kim Zacho­dzie, acz ze zmo­dy­fi­ko­wa­ny­mi nie­co tek­sta­mi – do tego W pusty­ni i w pasz­czy, czy­li zwie­rzę­ce spo­tka­nia zna­ne z Na co dybie w wie­lo­ry­bie… oraz detek­ty­wi­stycz­ne histo­ryj­ki z cyklu Za-gat­ki, któ­re z kolei są waria­cją na temat przy­gód detek­ty­wa z tomi­ku 3 przy­go­dy Sher­loc­ka Bom­bla. Ponad­to znie­chę­co­ny opo­rem pro­fe­sjo­nal­nych wydaw­ców Bara­now­ski zaczął wyda­wać albu­my dostęp­ne tyl­ko w obie­gu kolek­cjo­ner­skim, takie jak Tfff­fuj! Do bani z takim komik­sem! (2005, w nakła­dzie pię­ciu­set pięć­dzie­się­ciu nume­ro­wa­nych egzem­pla­rzy), acz tomy te w ostat­nich latach docze­ka­ły się wzno­wień już w nor­mal­nym obie­gu.

Sło­wem, wydaw­ni­czo dzia­ło się wie­le, do tego docho­dzą wysta­wy, pań­stwo­we odzna­cze­nia oraz hoł­dy czy­tel­ni­ków, przy­bie­ra­ją­ce cza­sem tak­że for­my wydaw­ni­cze – uka­zał się na przy­kład album z rysun­ka­mi pol­skich komik­sia­rzy na cześć boha­te­rów Bara­now­skie­go, czy też tom, w któ­rym róż­ne oso­by nie tyl­ko z komik­so­we­go świat­ka wybie­ra­ją swo­ją ulu­bio­ną stro­nę czy kadr z prac mistrza i okra­sza­ją je komen­ta­rzem czy wspo­mnie­niem. Kla­syk i to uzna­ny – tak moż­na bez wąt­pie­nia okre­ślić Tade­usza Bara­now­skie­go na pod­sta­wie tego, co się w ostat­nich latach wokół nie­go dzia­ło.

Czynniki wielkości

Obec­nie w Pol­sce już ponad dwie deka­dy trwa komik­so­wa bonan­za, któ­ra nie ma nic wspól­ne­go z cza­sa­mi, kie­dy to cze­ka­ło się na nume­ry „Świa­ta Mło­dych”, żeby wyciąć kolej­ny odci­nek i wykle­ić go sobie na kart­kę z blo­ku tech­nicz­ne­go, albo sta­ło w kolej­ce do kio­sku, czu­jąc, jak w ser­cu top­nie­je nadzie­ja. Dziś mamy dostęp do komik­sów z całe­go świa­ta, w naj­róż­niej­szych sty­lach, podej­mu­ją­cych sze­ro­ki wachlarz tema­tów, od komer­cyj­nych czy­ta­deł, przez kla­sy­ki retro, po naj­śmiel­sze arty­stycz­ne eks­pe­ry­men­ty. Jest tego wię­cej, jak się rze­kło, niż kto­kol­wiek dał­by radę prze­czy­tać. A mimo to nadal wra­ca­my do Bara­now­skie­go. Dla­cze­go?

Jak już usta­li­li­śmy, przez nostal­gię też, owszem. Nostal­gia to potęż­na siła napę­do­wa. Ale z per­spek­ty­wy dekad widać bar­dzo wyraź­nie, że tak jak Bara­now­ski był ory­gi­na­łem na tle epo­ki, tak do dziś nim pozo­sta­je; jego doro­bek napraw­dę jest nie­tu­zin­ko­wy, a nie tyl­ko wyda­wał się takim w kon­tek­ście sprzed dekad.

Jest to mate­ria na znacz­nie więk­szy tekst niż niniej­szy, ale spró­buj­my doko­nać choć­by ogól­ne­go roz­bio­ru kor­pu­su dzieł Tade­usza Bara­now­skie­go na czyn­ni­ki pierw­sze, żeby wska­zać te pola, któ­re prze­są­dza­ją o jego wyjąt­ko­wo­ści.

Po pierw­sze: lite­rac­kość.

To chy­ba pierw­sza rzecz, o jakiej wspo­mi­na­ją ci, któ­rzy ota­cza­ją komik­sy Bara­now­skie­go kul­tem; rzecz w sumie dość dziw­na w gatun­ku, któ­ry, jak by nie patrzeć, gra­ficz­no­ścią stoi. Bara­now­ski był twór­cą ope­ru­ją­cym języ­kiem na pozio­mie poety wir­tu­oza, god­nym spad­ko­bier­cą linii Tuwim–Gałczyński–Kabaret Star­szych Panów, któ­ry z wie­lo­znacz­no­ści słów, współ­brz­mień dźwię­ko­wych i zna­cze­nio­wych oraz innej maści prak­tyk kalam­bu­ry­stycz­nych i sło­wo­twór­czych uczy­nił filar swo­je­go ist­nie­nia w języ­ku: to nie jest oka­zjo­nal­na przy­pra­wa, tyl­ko trzon. Licz­ba cyta­tów, powie­dzo­nek czy nawet całych dia­lo­gów, któ­re z kadrów Bara­now­skie­go prze­szły do języ­ka potocz­ne­go, jest trud­na do osza­co­wa­nia, ale na pew­no ogrom­na: te wszyst­kie jagry­sy, tygry­sy i ongry­sy, zasło­nię­te for­te­pia­ny i zafor­te­pia­nio­ne sło­nie czy cała sekwen­cja Wodza Wiel­kie­go Nie­po­ko­ju z dow­ci­pem o Gąsce Bal­bin­ce – mój oso­bi­sty fawo­ryt, któ­re­go nie­rzad­ko uży­wam, to „wstyd i hań­ba, wolał­bym ocet”, zwy­kle spo­ty­kam się jed­nak z bra­kiem zro­zu­mie­nia w oczach roz­mów­ców – to jest potęż­ny skar­biec komik­so­wych skrzy­dla­tych słów i wyra­żeń. Pew­nie, ist­nie­ją inni sce­na­rzy­ści, któ­rzy z języ­ko­wych wygi­ba­sów uczy­ni­li swo­ją broń i znak roz­po­znaw­czy, jak choć­by René Goscin­ny: kto czy­tał przy­go­dy Aste­rik­sa bądź Izno­gu­da wie, jak dobry był Goscin­ny w te kloc­ki. Tyle że u Bara­now­skie­go idzie­my o szcze­bel bądź dwa wyżej, u nie­go te języ­ko­we wie­lo­znacz­no­ści prze­kła­da­ją się na akcję, kształ­tu­ją tok wyda­rzeń; to nie tyl­ko uro­cze słow­ne potycz­ki trzy­ma­ją­ce się ramek dym­ków, tyl­ko zasad­ni­cza mate­ria, z któ­rej zbu­do­wa­ne są jego świa­ty. Tekst u Bara­now­skie­go jest rów­no­praw­nym akto­rem opo­wia­da­nych histo­rii, a choć lite­rac­kie eks­pe­ry­men­ty tu widocz­ne moż­na sko­ja­rzyć z pew­ny­mi inno­wa­cja­mi zna­ny­mi z histo­rii lite­ra­tu­ry – czyż powta­rza­ją­ce się na każ­dej stro­nie stresz­cze­nia przy­gód Orient Mena nie są odpo­wied­ni­kiem Ćwi­czeń sty­li­stycz­nych Quene­au? – to prze­cież tu zosta­ły wprzę­gnię­te w opo­wieść gra­ficz­ną, sta­ły się surow­cem innej niż po pro­stu lite­rac­ka opo­wie­ści.

To zaś pro­wa­dzi nas do dru­giej kwe­stii: kon­struk­cji fabuł. Przy­naj­mniej te naj­waż­niej­sze albu­my Bara­now­skie­go mają struk­tu­rę dwo­ja­ką: bar­dzo czę­sto opie­ra­ją się na sche­ma­cie epi­zo­dycz­nym, to zna­czy każ­da plan­sza albo każ­de dwie plan­sze opo­wia­da­ją jed­ną zamknię­tą przy­go­dę, sta­no­wią całost­kę z efek­tow­nym otwar­ciem i zwień­czo­ną puen­tą. Są to pomy­sło­we, czę­sto opar­te na absur­dzie bądź zaska­ku­ją­cym toku sko­ja­rzeń serie scen. Zara­zem jed­nak, kie­dy czy­ta­my całość, a nie poje­dyn­cze odcin­ki, widzi­my, że ist­nie­je głów­na linia fabu­lar­na, pewien kon­cept, oś – i jest ona nie­oczy­wi­sta, zaska­ku­ją­ca, bar­dzo czę­sto wręcz meta­fi­zycz­na. W pusty­ni i w pasz­czy to seria wywia­dów Kudłacz­ka i Bąbel­ka ze zwie­rzę­ta­mi, ale wszyst­kie one odby­wa­ją się we wnę­trzu wie­lo­ry­ba – czy też raczej w anty­świe­cie, do któ­re­go nasi boha­te­ro­wie tra­fia­ją, gdy poły­ka ich ów wiel­ki mor­ski ssak; w fina­le zaś, kie­dy przy­go­dy są już zakoń­czo­ne i podróż­ni­cy sia­da­ją do zasłu­żo­ne­go posił­ku, z poda­ne­go na stół jaj­ka wyklu­wa się ten­że (?) wie­lo­ryb. Albo pierw­sza wypra­wa pro­fe­sor­ka Ner­wo­sol­ka i jego asy­stent­ki Ento­mo­lo­gii: boha­te­ro­wie mie­li lecieć w kosmos, sły­szą jed­nak woła­nie ze stud­ni, wpa­da­ją do niej i tam wędru­ją przez alter­na­tyw­ny świat, a wędrów­ka ta dopro­wa­dza ich osta­tecz­nie do wnę­trza obraz­ka wiszą­ce­go w gabi­ne­cie pro­fe­so­ra (jest to drze­wo­ryt zna­ny jako ryci­na Flam­ma­rio­na, bar­dzo tu nie­przy­pad­ko­wy) – tyle że gdy ów z nie­go wyska­ku­je, lądu­je na bia­łej kart­ce papie­ru leżą­cej na biur­ku auto­ra… Jest w tym nie tyl­ko świa­to­twór­czy roz­mach, ale i spo­ra daw­ka meta­fi­zycz­nych cia­rek, jakich nie powsty­dził­by się sam Jor­ge Luis Bor­ges.

Po trze­cie: Bara­now­ski stwo­rzył wyjąt­ko­wą gale­rię posta­ci. Wia­do­mo: komiks, tak jak lite­ra­tu­ra czy film, boha­te­ra­mi stoi; stwo­rzysz prze­ko­nu­ją­cą oso­bo­wość, czy­tel­ni­cy i widzo­wie będą za nią podą­żać. Pod tym wzglę­dem Bara­now­ski roz­mach miał zupeł­nie nie­sa­mo­wi­ty, bo prze­cież obok głów­nych boha­te­rów poja­wia się u nie­go cała masa posta­ci dru­go­pla­no­wych, a cza­sa­mi nawet zupeł­nie epi­zo­dycz­nych, któ­re moc­no zapa­da­ją w pamięć, potra­fią na kil­ku kadrach zyskać wyra­zi­sty cha­rak­ter. To na pew­no w znacz­nej mie­rze kwe­stia same­go sty­lu ryso­wa­nia, zupeł­nie nie­sza­blo­no­we­go, przez któ­ry nie zawsze potra­fi­my przy­po­rząd­ko­wać „gatun­ko­wo” poszcze­gól­ne isto­ty (kim lub czym jest E.U. Geniusz albo dwaj zie­lon­ka­wi goli­bro­do­wie, z któ­rych usług [nie] korzy­sta Orient Men?), ale tak­że fakt, że obsa­dza­ne są te posta­ci w moc­nych rolach i wypo­wia­da­ją wyra­zi­ste kwe­stie. Sam autor przy­zna­wał, że spo­ra część jego boha­te­rów ma sobie istot­ną cząst­kę jego same­go, na przy­kład ele­ment ner­wo­wo­ści – któ­ra fak­tycz­nie wyda­je się cha­rak­te­ro­lo­gicz­nym lejt­mo­ty­wem: imię pro­fe­so­ra i wodza mówią za sie­bie, nie oni jed­ni cier­pią tu jed­nak na pew­ną neu­ro­tycz­ność.

Czwar­ty aspekt wiel­ko­ści Bara­now­skie­go to tak napraw­dę cały sze­reg ele­men­tów, któ­re skła­da­ją się na to, co może­my nazwać war­stwą gra­ficz­ną. Dla komik­su, wia­do­mo, rzecz pod­sta­wo­wa. I na tym polu Bara­now­ski jawi się jako cią­gły inno­wa­tor i poszu­ki­wacz: od pro­jek­tu posta­ci, przez nie­sa­mo­wi­tą kolo­ry­sty­kę, po kadro­wa­nie i kom­po­no­wa­nie plansz – pomy­sło­wość auto­ra nie ma gra­nic. I cza­sa­mi zda­rza się tak, że kadr zosta­je roz­sa­dzo­ny, stro­na komik­su prze­ni­co­wa­na – pęka umow­na gra­ni­ca for­my. To nas pro­wa­dzi do pią­te­go aspek­tu, któ­ry nazwał­bym meta­ko­mik­so­wo­ścią, czę­sto mówi się też w tym kon­tek­ście o burze­niu czwar­tej ścia­ny, choć u Bara­now­skie­go cho­dzi nie tyl­ko o zatar­cie gra­ni­cy mię­dzy świa­tem komik­su a naszym, ale cza­sem tak­że o pod­wa­że­nie mate­rial­no­ści komik­su. Sam autor poja­wia się w swo­im dzie­le wie­lo­krot­nie: dys­kret­nie, jako źró­dło przy­pi­su czy komen­ta­rza, albo wprost, widocz­ny, zasad­ni­czo tyłem albo z boku. Pro­fe­so­rek Ner­wo­so­lek uty­ka na kart­ce papie­ru i pro­si auto­ra o nary­so­wa­nie swo­ich przy­gód na nowo – widzi­my przy oka­zji biur­ko i przy­bo­ry rysun­ko­we; Kudła­czek i Bąbe­lek w wyni­ku zaklę­cia rzu­co­ne­go przez dżin­na tra­fia­ją do bia­ło-czar­nej i pustej prze­strze­ni, pro­szą więc auto­ra, by nary­so­wał tło oraz kolo­ry (o to dru­gie nie­zbyt grzecz­nie, więc wszyst­ko będzie w pla­mach); tsu­na­mi w oko­li­cy Trój­ką­ta Ber­mudz­kie­go prze­wra­ca kadry, przez co Ento­mo­lo­gia i pro­fe­sor muszą wyjść na bia­łą prze­strzeń mię­dzy nimi, żeby je porząd­nie usta­wić na stro­nie; zaś na koń­cu kosmicz­nej podró­ży z Antre­sol­ki… poja­wia się Mól Książ­ko­wy, któ­ry zaczy­na zże­rać rysu­nek, tak że zosta­ją z nie­go strzę­py i w znacz­nej mie­rze pusta bia­ła kart­ka.

Te wszyst­kie ele­men­ty oczy­wi­ście współ­gra­ją ze sobą, nakła­da­ją się na sie­bie i wza­jem­nie się napę­dza­ją, co dobrze una­ocz­nia choć­by ostat­nia stro­na z kosmicz­nej przy­go­dy pro­fe­so­ra i asy­stent­ki: po środ­ku pustej stro­ny widzi­my Mola Książ­ko­we­go, któ­ry patrząc nam, czy­tel­ni­kom, w oczy, oświad­cza z kwa­śną miną: „Był to nie pierw­szy i nie ostat­ni przy­kład uci­sku mola przez czło­wie­ka. Żegnam. Idę na kul­kę naf­ta­li­ny”.

W przy­wo­ła­nej wcze­śniej roz­mo­wie z Macie­jem Parow­skim Tade­usz Bara­now­ski wypo­wia­da taką myśl: „Czu­ję się nadal przede wszyst­kim mala­rzem. Ryso­wa­nie komik­sów, pisa­nie sce­na­riu­szy bawi mnie, spra­wia mi praw­dzi­wą przy­jem­ność. Mimo to nie jest dla mnie jedy­ną ambi­cją bycie naj­lep­szym rysow­ni­kiem od komik­sów”. Z cza­sem, kie­dy przy­szły uzna­nie i hono­ry, Bara­now­ski musiał mieć świa­do­mość, czym jego komik­sy sta­ły się dla całe­go poko­le­nia czy­tel­ni­ków, choć być może wciąż nie uwa­żał ich za rzecz naj­waż­niej­szą. To zna­ny sche­mat: Cervan­tes nie powa­żał spe­cjal­nie Don Kicho­ta, myślał, że przej­dzie do wiecz­no­ści za spra­wą swo­ich nie­czy­tel­nych dziś poema­tów; Tove Jans­son mia­ła dość Mumin­ków – wiel­cy nie zawsze traf­nie typu­ją to, co w oczach potom­nych prze­są­dzi o ich wiel­ko­ści. Nie jestem pewien, co tak napraw­dę myślał Tade­usz Bara­now­ski o Kudłacz­ku, Bąbel­ku, Ner­wo­sol­ku, Ento­mo­lo­gii, Orient Menie i innych – ale jestem prze­ko­na­ny, że to oni sta­no­wią jego prze­pust­kę do wiecz­no­ści. A jeśli nie wiecz­no­ści, bo to może za duże sło­wo, to co naj­mniej do chwi­li, w któ­rej poja­wi się jakiś Mól Komik­so­wy i wszyst­ko zeżre.

 

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Tadeusz Baranowski. Fot. Jarek Składanek. Tadeusz Baranowski. Fot. Dariusz Gawliński. Tadeusz Baranowski. Fot. Jarek Składanek. Wódz z albumu „Skąd się bierze woda sodowa” (1982). „Dymki z Tintina jak dymek z komina” (2020). Okładka. „Bezdomne wampiry o zmroku” (2017). Okładka. „Do bani z takim komiksem” (2005). Okładka. „Na co dybie w wielorybie czubek nosa Eskimosa” (1980). Okładka. „Bezdomne wampiry o zmroku” (2017). „Bezdomne wampiry o zmroku” (2017). „Bezdomne wampiry o zmroku” (2017). „Dymki z Tintina jak dymek z komina” (2020). „Dymki z Tintina jak dymek z komina” (2020). „Dymki z Tintina jak dymek z komina” (2020). „Do bani z takim komiksem” (2005). „Do bani z takim komiksem” (2005). „Na co dybie w wielorybie czubek nosa Eskimosa” (1980). „Na co dybie w wielorybie czubek nosa Eskimosa” (1980). „Na co dybie w wielorybie czubek nosa Eskimosa” (1980).

Czytaj także

31.05.2025 Recenzje

Pan Asturias

Może nie niezauważona, ale na pewno bez medialnych fanfar pojawia się owa publikacja na polskim rynku wydawniczym, choć gdyby przykładać miarę stricte literacką – to znaczy zapomnieć o komercyjnym potencjale i o bieżących kanonach prestiżu – to wydanie Pana Prezydenta gwatemalskiego pisarza Miguela Ángela Asturiasa jest właśnie tym, co powinniśmy nazwać wydarzeniem.