Inna powieść grozy. Wokół „Naszej części nocy” Mariany Enríquez

Wzno­wie­nie swo­jej debiu­tanc­kiej powie­ści Zjaz­dy są naj­gor­sze (1995, wyda­nie pol­skie 2025) Maria­na Enríqu­ez poprze­dzi­ła krót­kim wpro­wa­dze­niem, w któ­rym ponie­kąd tłu­ma­czy się z powro­tu na księ­gar­skie pół­ki owe­go bar­dzo mło­dzień­cze­go dzie­ła, a przy oka­zji sta­wia coś w rodza­ju auto­dia­gno­zy lite­rac­kiej. Zauwa­ża:

[moje nasto­let­nie obse­sje – red.] [b]ardzo przy­po­mi­na­ją moje obec­ne obse­sje: wam­pi­ryzm, seks mię­dzy męż­czy­zna­mi, nie­po­ko­ją­ce Baudelaire’owskie pięk­no, bole­sne pięk­no Rim­bau­da, fan­ta­sty­ka i hor­ror, pomiesz­cze­nia pod­ziem­ne, demo­ny, River Pho­enix i Keanu Reeves, Lestat i Louis1.

Uwagi wstępne

W powyż­szym stwier­dze­niu jest pew­na doza pisar­skiej kokie­te­rii, ale rów­nież zupeł­nie cel­na obser­wa­cja – nie­któ­re wąt­ki, czy też raczej tema­ty, dają się wytro­pić w wie­lu tek­stach argen­tyń­skiej autor­ki, koja­rzo­nej przede wszyst­kim z lite­ra­tu­rą gro­zy, ale ambit­ną i z pazu­rem. Jed­nym z tych tema­tów, w moim prze­ko­na­niu nie­zmier­nie istot­nym dla samej pisar­ki, ale dają­cym się czy­tać tak­że jako swo­isty znak cza­sów, jest kwe­stia ludo­wej argen­tyń­skiej reli­gij­no­ści, czy może sze­rzej: ludo­wej ducho­wo­ści współ­cze­snych Argen­tyń­czy­ków, o czym aku­rat w przy­to­czo­nym cyta­cie mowy nie ma, zagad­nie­nie to bowiem poja­wia się w twór­czo­ści Enríqu­ez nie od razu.

Celem niniej­sze­go tek­stu jest pró­ba wnik­nię­cia w pro­zę Maria­ny Enríqu­ez, przede wszyst­kim w jej monu­men­tal­ną (pod wzglę­dem fizycz­nym i lite­rac­kim) powieść Nasza część nocy (2019, pol­skie wyda­nie 2021, w prze­kła­dzie Mar­ty Jor­dan i Kata­rzy­ny Okra­sko), ze szcze­gól­nym naci­skiem wła­śnie na owe ludo­we wąt­ki – nie jest to bowiem jedy­ny kąt, pod jakim da się tę powieść czy­tać. Do spra­wy tej jed­nak zabio­rę się dwu­eta­po­wo: w pierw­szej czę­ści niniej­sze­go szki­cu przyj­rzę się temu, jak wąt­ki argen­tyń­skich wie­rzeń funk­cjo­nu­ją w opo­wia­da­niach pisar­ki, w dru­giej przej­dę już do samej powie­ści. Nie chcę przez to bynaj­mniej suge­ro­wać, że powieść jest w jakiś spo­sób wyż­sza ran­gą czy waż­niej­sza od form krót­kich. W przy­pad­ku Enríqu­ez na pew­no tak się spra­wy nie mają, to jed­nak nade wszyst­ko wybit­na nowe­list­ka, o czym świad­czyć może tak­że fakt, że jej naj­now­szy tom Un lugar sole­ado para gen­te som­bría („Sło­necz­ne miej­sce dla mrocz­nych ludzi”, 2024) to ponow­nie zbiór opo­wia­dań. Ale jeśli cho­dzi o ewo­lu­cję tema­ty­ki wie­rzeń – i tego, co się z nimi wią­że – Nasza część nocy jawi się jako zwień­cze­nie pew­nej dro­gi, swo­iste mak­si­mum (przy­naj­mniej na razie) w pisar­skim dorob­ku Argen­tyn­ki.

Strona B religii

Rze­czy­wi­sty suk­ces czy­tel­ni­czy oraz uzna­nie wśród kry­ty­ków lite­rac­kich przy­nio­sły argen­tyń­skiej autor­ce dwa nowe­li­stycz­ne zbio­ry: Nie­bez­pie­czeń­stwa pale­nia w łóż­ku (2009) oraz To, co utra­ci­ły­śmy w ogniu (2016)2. Czy­tel­ni­cy i recen­zen­ci zwra­ca­li uwa­gę na wąt­ki reli­gij­ne zawar­te w tych tek­stach, zresz­tą sama autor­ka czę­sto odno­si­ła się do owych zagad­nień. W jed­nym z wywia­dów mówi­ła:

[…] lubię czy­tać na ten temat, wszyst­ko, co doty­czy rytu­al­nej magii euro­pej­skiej, ale też pogań­skich wie­rzeń i mito­lo­gii z Ame­ry­ki Łaciń­skiej. Wszyst­ko, co ma zwią­zek z okul­ty­zmem i pogań­ską reli­gij­no­ścią – bo to nie to samo – sta­no­wi jak­by stro­nę B reli­gii3.

Sam ów fakt nie ma w sobie jesz­cze nic dziw­ne­go. Prze­ciw­nie, nawet prze­cięt­nie zorien­to­wa­ny w hor­ro­rach widz lub czy­tel­nik wie, że wie­rze­nia, rytu­ały, magia i tym podob­ne sta­no­wią jeden z naj­bar­dziej kla­sycz­nych moty­wów lite­ra­tu­ry gro­zy. Wie­rze­nia – dodaj­my – wyzna­wa­ne przez tych „innych”, egzo­tycz­ne, dale­kie – nie­ko­niecz­nie w geo­gra­ficz­nym sen­sie, choć to naj­czę­ściej, rów­nie dobrze jed­nak mogą być to prze­cież „gusła” ludzi żyją­cych obok boha­te­rów. Obca reli­gij­ność dosko­na­le spraw­dza się w fabu­łach gro­zy, ponie­waż pozwa­la uspra­wie­dli­wić i wpro­wa­dzić do opo­wie­ści nie­sa­mo­wi­tość, róż­ne strasz­li­we prak­ty­ki, a więc ele­ment irra­cjo­nal­ny i zło­wro­gi. Sche­mat „boha­ter nale­żą­cy do nasze­go świa­ta gdzieś podró­żu­je i tam prze­ży­wa strasz­ne rze­czy” jest nader kla­sycz­ny, ale wciąż ma się dobrze: czy to będzie Jona­than Har­ker jadą­cy do Tran­syl­wa­nii w Dra­cu­li Bra­ma Sto­ke­ra, czy gru­pa mło­dych Ame­ry­ka­nów podró­żu­ją­cych do Szwe­cji w fil­mie Mid­som­mar w reży­se­rii Arie­go Aste­ra, mecha­nizm pozo­sta­je ten sam – ci „inni” mają mrocz­ne wie­rze­nia i prak­ty­ki; jeśli w nie wej­dziesz, to prze­pad­niesz. Obca reli­gij­ność słu­ży tak­że jako upraw­do­po­dob­nie­nie tego, co nie­sa­mo­wi­te – jak choć­by w kla­sycz­nym Smę­ta­rzu dla zwie­rza­ków Ste­phe­na Kin­ga (pochó­wek, któ­ry jest punk­tem wyj­ścia praw­dzi­wej gro­zy, odby­wa się, nie­przy­pad­ko­wo prze­cież, na indiań­skim cmen­ta­rzu) – oraz jako „dostaw­ca” hor­ro­ro­wych posta­ci czy moty­wów – tu sztan­da­ro­wy przy­kład sta­no­wi haitań­skie vodou, peł­no­praw­na reli­gia afry­kań­skie­go pocho­dze­nia spro­wa­dzo­na przez ame­ry­kań­ską popkul­tu­rę do zom­bie i nakłu­wa­nych lale­czek.

W twór­czo­ści Maria­ny Enríqu­ez „inna” reli­gij­ność jako fra­pu­ją­ce tło oraz źró­dło nie­sa­mo­wi­to­ści tak­że się poja­wia, ale zara­zem zosta­je zniu­an­so­wa­na. Sama pro­za­icz­ka pod­cho­dzi zaś do zagad­nie­nia w spo­sób wręcz pro­gra­mo­wy, co widać w jej dekla­ra­cjach. W innym wywia­dzie dekla­ru­je:

Inte­re­su­je mnie poka­zy­wa­nie ludo­wej i pogań­skiej reli­gij­no­ści, co się wią­że z moją fascy­na­cją tra­dy­cją anglo­sa­ską, w któ­rej takie ele­men­ty wciąż się mie­sza­ją: wam­pir to postać z ludo­wej mito­lo­gii Euro­py wschod­niej, a Sto­ker go sobie bie­rze i two­rzy Dra­cu­lę. Z jakie­goś powo­du u nas [w Argen­ty­nie / Ame­ry­ce Łaciń­skiej – T.P.] do tego nie doszło, nasza fan­ta­sty­ka nie czer­pa­ła z prze­są­dów lokal­nych spo­łecz­no­ści. Histo­rycz­nie jest tu pust­ka. Ja chcę do tego się­gać i to jest gest poli­tycz­ny. Tym nie nale­ży gar­dzić, to część naszej kul­tu­ry4.

I, jak zoba­czy­my, ów poli­tycz­no-spo­łecz­ny pro­gram pisar­ski rze­czy­wi­ście jest reali­zo­wa­ny.

Argentyńska religijność ludowa

Trze­ba przy­znać, że jeśli cho­dzi o tę „stro­nę B reli­gii”, pisar­ka ma z cze­go czer­pać.

Argen­ty­na – choć to samo moż­na by powie­dzieć w zasa­dzie o każ­dym laty­no­ame­ry­kań­skim kra­ju – toż­sa­mość reli­gij­ną ma dość zło­żo­ną. Jako daw­na kolo­nia kato­lic­kiej Hisz­pa­nii była i nadal jest postrze­ga­na, od wewnątrz i z zewnątrz, wła­śnie jako kraj rzym­sko­ka­to­lic­ki. Takie wyzna­nie obo­wią­zy­wa­ło na tere­nach rzą­dzo­nych przez wład­ców z Madry­tu, a rdzen­ny­mi kul­ta­mi, czy też po pro­stu rdzen­ną lud­no­ścią, nikt się nie przej­mo­wał (w Argen­ty­nie widać to tym wyraź­niej, że nie było tu wiel­kich cywi­li­za­cji jak w Andach czy Mezo­ame­ry­ce, lecz mniej licz­ne, choć róż­no­rod­ne gru­py etnicz­ne, czę­ściej pod­da­wa­ne eks­ter­mi­na­cji niż ewan­ge­li­za­cji). Kie­dy na począt­ku XIX wie­ku kraj uzy­skał nie­pod­le­głość, zaczę­li do nie­go napły­wać wyznaw­cy innych reli­gii, przede wszyst­kim pro­te­stan­ci i angli­ka­nie – obec­ność bry­tyj­ska była tu bar­dzo istot­na – ale tak­że żydzi, muzuł­ma­nie i inni. Dopie­ro w XX wie­ku, wobec nara­sta­ją­ce­go zna­cze­nia inno­wier­czych grup migra­cyj­nych, ukształ­to­wa­ła się kon­cep­cja, w myśl któ­rej Argen­tyń­czy­cy to naród z grun­tu kato­lic­ki.

Nie­mniej w cie­niu ofi­cjal­ne­go kato­li­cy­zmu roz­wi­jał się jego wariant ludo­wy, czę­sto nie­zbyt widocz­ny z cen­trum – czy­li z Buenos Aires – i wcho­dzą­cy w inte­rak­cje z inny­mi kul­ta­mi. Zapew­ne naj­bar­dziej jaskra­wym symp­to­mem tej mie­szan­ki byli tak zwa­ni świę­ci ludo­wi, a więc posta­ci cudow­nych patro­nek i patro­nów, czczo­nych tak, jak kato­li­cy czczą świę­tych, tyle że nie­fi­gu­ru­ją­cych na ofi­cjal­nych listach osób kano­ni­zo­wa­nych. Na pro­win­cjach poja­wia­ły się więc posta­ci uzna­wa­ne za świę­te, a wywo­dzą­ce się z folk­lo­ru i regio­nal­nych podań, takie jak Gau­chi­to Gil, gau­czo-roz­bój­nik czy Nie­boszcz­ka Cor­rea, hero­icz­na nie­wia­sta, któ­ra zmar­ła na pusty­ni z pra­gnie­nia, ratu­jąc swo­je nowo naro­dzo­ne dziec­ko. Nie bra­ko­wa­ło tak­że wpły­wów afry­kań­skich, czy ści­ślej: afro­bra­zy­lij­skich, ponie­waż wie­rze­nia daw­nych nie­wol­ni­ków tra­fia­ły do Argen­ty­ny zwy­kle wła­śnie via Bra­zy­lia. Istot­ną rolę odgry­wa­ły pro­ce­sy zwią­za­ne z syn­kre­ty­zmem, czy­li nakła­da­nie się na sie­bie wie­rzeń chrze­ści­jań­skich oraz rdzen­nych – pod tym wzglę­dem szcze­gól­nie cie­ka­wie pre­zen­tu­je się na przy­kład pół­noc kra­ju, gdzie żyją zacho­wu­ją­cy sil­ną toż­sa­mość Guara­nie. Wresz­cie w orbi­tę reli­gij­ną wcho­dzi­ły posta­ci ze świa­ta poli­ty­ki, kul­tu­ry czy po pro­stu takie, któ­re dziś nazwa­li­by­śmy cele­bry­ta­mi, a w Argen­ty­nie bywa­ją darzo­ne kul­tem o wyraź­nym cha­rak­te­rze reli­gij­nym.

Przez deka­dy te ludo­we kul­ty pozo­sta­wa­ły na mar­gi­ne­sie – nie tyle w sen­sie liczeb­no­ści, nie­moż­li­wej zresz­tą do osza­co­wa­nia, ile ze wzglę­du na ich nie­wi­docz­ność bądź widocz­ność sła­bą w publicz­nym dys­kur­sie. „Cen­trum” nie oglą­da­ło się na „pro­win­cję”. Wyzna­nia respek­to­wa­ły podział spo­łe­czeń­stwa: do świę­tych gau­czów czy afry­kań­skich orisz modlić się mogły kla­sy ludo­we; miesz­czań­stwo i kla­sy wyż­sze opo­wia­da­ły się za kla­sycz­nym kato­li­cy­zmem, pro­win­cjo­nal­ne wie­rze­nia postrze­ga­ły przy tym jako gusła. Zaczę­ło to ule­gać zmia­nie wraz z rucha­mi migra­cyj­ny­mi wewnątrz kra­ju: do miast, a przede wszyst­kim do sto­li­cy, napły­wa­ła siła robo­cza z głę­bi kra­ju, przy­no­sząc swo­je zwy­cza­je i wie­rze­nia. W efek­cie to nie „świa­tła” sto­li­ca „ucy­wi­li­zo­wa­ła” pro­win­cję, lecz pro­win­cja prze­mie­ni­ła sto­li­cę. Mar­gi­nes prze­nik­nął do cen­trum. To, co pery­fe­ryj­ne, sta­ło się cen­tral­ne. A wyzna­nia i prak­ty­ki zare­zer­wo­wa­ne dla kon­kret­nych grup prze­ni­ka­ły do klas wyż­szych. Nie zmie­nia to jed­nak fak­tu, że reli­gij­ność wciąż funk­cjo­nu­je w Argen­ty­nie jako ele­ment kla­so­wy i, co się z tym wią­że, raso­wy.

Wierzenia jako źródło grozy

W tomie Nie­bez­pie­czeń­stwa pale­nia w łóż­ku znaj­dzie­my czte­ry opo­wia­da­nia odno­szą­ce się do wąt­ków reli­gij­nych, w sumie tek­stów zbiór ów zawie­ra dwa­na­ście. Trzy z nich uznać moż­na za fabu­ły w tym kon­tek­ście typo­we – to zna­czy wyko­rzy­stu­ją­ce motyw reli­gij­ny tak jak w tek­stach gro­zy czę­sto się zda­rza: jako sym­bol tego, co nie­zro­zu­mia­łe i obce, jako zja­wi­ska, z któ­rych wyni­kać może nie­bez­pie­czeń­stwo nie do koń­ca zro­zu­mia­łe dla boha­te­rów, a tym samym dla czy­tel­ni­ków. Są to opo­wia­da­nia Mary­ja Dzie­wi­ca z gli­nian­ki, Wózek oraz Cyster­na.

Weź­my pierw­sze z nich, bar­dzo uda­ny, a zara­zem kla­sycz­ny – jeśli cho­dzi o uży­cie gro­zy – tekst. Jest to histo­ria gru­py dziew­czyn, do któ­rych dołą­cza atrak­cyj­ny chło­pak imie­niem Die­go. Die­go inte­re­su­je się Silvią, co wzbu­dza zazdrość w pozo­sta­łych boha­ter­kach, naj­sil­niej w jed­nej z nich – Nata­lii. Ma ona w sobie pewien rys szcze­gól­ny, jest naj­bar­dziej zde­cy­do­wa­na, ale też nie­ob­ce są jej naj­wy­raź­niej prak­ty­ki magicz­ne, ponie­waż w pew­nym momen­cie wspo­mi­na kole­żan­kom, że doda­ła Die­go­wi do picia swo­ją krew mie­sięcz­ną (to kla­sycz­ny motyw w magii miło­snej). Kul­mi­na­cja tej histo­rii nastę­pu­je pod­czas wypra­wy całej gru­py do gli­nian­ki, gdzie moż­na się kąpać; nad zbior­ni­kiem stoi tak­że jakaś kaplicz­ka, któ­ra w obie­go­wej opi­nii koja­rzo­na jest z Mat­ką Boską. Nata­lia pod­cho­dzi do kaplicz­ki – nar­ra­tor­ka (mają­ca w tek­ście for­mę mno­gą, prze­ma­wia w imie­niu dziew­czę­cej zbio­ro­wo­ści) nie widzi ani świę­tej figu­ry, ani tego, co Nata­lia tam robi­ła, cała rela­cja prze­ka­za­na zosta­je przez tę ostat­nią. Dziew­czy­na oświad­cza, że to wca­le nie jest Mat­ka Boska, lecz „czer­wo­na kobie­ta, z gip­su i goła. Ma czar­ne sut­ki”. Doda­je, że „to coś bra­zy­lij­skie­go” i że „o coś ją popro­si­ła”. Zakoń­cze­nie opo­wia­da­nia nie jest jed­no­znacz­ne, czy­tel­nik pozo­sta­je z nie­pew­no­ścią, ale nie ule­ga wąt­pli­wo­ści, że Die­go i Silvię spo­ty­ka coś złe­go ze stro­ny ogrom­nych psów, któ­re poja­wi­ły się nad gli­nian­ką: pozo­sta­łe dziew­czy­ny sły­szą krzy­ki owej pary i po pro­stu się odda­la­ją.

Mecha­nizm jest tu więc nie­zmier­nie pro­sty: tajem­ni­cza postać kobie­ty, obda­rzo­na magicz­ną mocą, wysłu­chu­je proś­by zazdro­snej nasto­lat­ki i ścią­ga nie­szczę­ście na obiek­ty owej zazdro­ści. Czy­tel­nik nie wie, co to w zasa­dzie za postać ani co dokład­nie się wyda­rzy­ło, z pew­no­ścią jed­nak coś bar­dzo złe­go, naj­pew­niej śmierć. Rze­ko­ma Mat­ka Boska nie zosta­je w tek­ście ziden­ty­fi­ko­wa­na, choć z pew­no­ścią wie­lu czy­tel­ni­ków z Argen­ty­ny bez tru­du roz­po­zna­je w tej figu­rze Pombę Girę, ogrom­nie waż­ną postać z pan­te­onu afro­bra­zy­lij­skie­go, ducha kobie­cej sek­su­al­no­ści. Nie­mniej ów kul­tu­ro­wy kon­tekst nie ma dla fabu­ły żad­ne­go zna­cze­nia, a wręcz zosta­je zama­sko­wa­ny: to po pro­stu nad­przy­ro­dzo­na i groź­na isto­ta, źró­dło tajem­ni­cy i gro­zy, nic wię­cej.

W Wóz­ku zaob­ser­wo­wać moż­na podob­ny mecha­nizm: bru­tal­nie potrak­to­wa­ny przez miesz­kań­ców dziel­ni­cy męż­czy­zna rzu­ca klą­twę i za jej spra­wą cała oko­li­ca sta­je się ist­nym pie­kłem na zie­mi – nie­szczę­ście omi­ja jedy­nie dom kobie­ty, któ­ra sta­nę­ła w obro­nie zaata­ko­wa­ne­go. Nie­wie­le wie­my o cha­rak­te­rze mocy męż­czy­zny i jego klą­twie, oprócz tego, że jest czar­no­skó­ry i że posłu­gu­je się magią afro­bra­zy­lij­ską (poja­wia się sło­wo „macum­ba”). Z punk­tu widze­nia mecha­ni­ki fabu­ły nie ma to zna­cze­nia: to po pro­stu opo­wieść o okrut­nej magicz­nej karze. W Cyster­nie z kolei magia sta­no­wi tło: rzecz dzie­je się w domu zna­chor­ki, peł­nym obiek­tów reli­gij­nych i magicz­nych, czę­sto skon­kre­ty­zo­wa­nych, nie­mniej ich funk­cją wyda­je się po pro­stu pod­kre­śle­nie nie­sa­mo­wi­to­ści, nad­przy­ro­dzo­no­ści tego miej­sca.

To bar­dzo dobre, dosko­na­le skon­stru­owa­ne opo­wia­da­nia, pod wzglę­dem tema­ty­ki reli­gij­nej jed­nak moc­no kla­sycz­ne.

Wierzenia ludowe sproblematyzowane

Nie­bez­pie­czeń­stwa pale­nia w łóż­ku otwie­ra jed­nak tekst, w któ­rym ludo­we wie­rze­nia zysku­ją inny wymiar. Choć na pierw­szy rzut oka, zwłasz­cza dla czy­tel­ni­ków nie­obe­zna­nych z kul­tu­rą (pół­noc­nej) Argen­ty­ny i Para­gwa­ju, nie­ko­niecz­nie będzie to zauwa­żal­ne. Takim odbior­com Eks­hu­ma­cja anioł­ka jawić się będzie jako zasad­ni­czo typo­we opo­wia­da­nie o kon­tak­cie żyją­cej oso­by z duchem. Nar­ra­tor­ka znaj­du­je w ogro­dzie swo­jej bab­ci kości, któ­re oka­zu­ją się szcząt­ka­mi zmar­łej przed wie­lo­ma laty kil­ku­mie­sięcz­nej sio­stry owej bab­ci, pocho­wa­nej przy domu. Duch dziew­czyn­ki zaczy­na towa­rzy­szyć nar­ra­tor­ce, któ­ra nawią­zu­je z wid­mo­wą dziew­czy­ną bli­ską rela­cję. Enríqu­ez odwo­łu­je się tu do powszech­ne­go we wspo­mnia­nym regio­nie – tak­że do dziś, choć w mniej­szym stop­niu niż przed deka­da­mi – oby­cza­ju spe­cjal­ne­go trak­to­wa­nia zmar­łych dzie­ci: wie­rzo­no, że owe ange­li­tos (anioł­ki), jako isto­ty nie­ska­żo­ne grze­chem, mają bez­po­śred­ni kon­takt z Bogiem, a zatem mogą opie­ko­wać się swo­imi wciąż żyją­cy­mi rodzi­na­mi. Dla­te­go szcząt­ki cho­wa­no bli­sko, na domo­wych podwór­kach, żeby w ten spo­sób zapew­nić sobie ochro­nę. W opo­wia­da­niu tym mate­ria zwią­za­na z wie­rze­nia­mi wyko­rzy­sta­na zosta­je w zna­czą­co inny spo­sób niż we wcze­śniej omó­wio­nych tek­stach.

W To, co utra­ci­ły­śmy w ogniu ludo­wa reli­gij­ność poja­wia się rza­dziej, ale za to potrak­to­wa­na zosta­je dogłęb­niej. W Brud­nym dzie­cia­ku nar­ra­tor­ka spo­ty­ka żyją­ce­go na uli­cy chłop­ca, któ­re­go mat­ka jest nar­ko­man­ką; dziec­ko nale­ży do zupeł­nie inne­go świa­ta niż opo­wia­da­ją­ca w tek­ście kobie­ta: ona to kla­sa śred­nia, chło­piec – to naj­uboż­sza war­stwa klas ludo­wych. Autor­ka eks­plo­ru­je ów wątek odmien­no­ści i prze­pa­ści mię­dzy żyją­cy­mi tak bli­sko – w fizycz­nym sen­sie – ludź­mi, a jed­nym z nośni­ków tej odmien­no­ści jest wła­śnie reli­gij­ność. W opo­wia­da­niu przy­wo­łu­je się trzy posta­ci – mar­gi­nal­nie Pombę Girę oraz dwóch ludo­wych świę­tych z pół­no­cy Argen­ty­ny: Gau­chi­ta Gila, świę­te­go gau­cza, oraz San La Muer­te, Świę­te­go Śmierć, szkie­le­to­wą postać sta­no­wią­cą uoso­bie­nie śmier­ci. Ci dwaj ostat­ni uka­za­ni zosta­ją jako posta­ci kom­ple­men­tar­ne: Gau­czo jest pozy­tyw­ny, ale „szkie­let” – jak mówi o nim chło­piec – jest zły. Mrocz­ny świę­ty może być tu odczy­ty­wa­ny jako sym­bol tego, co nie­do­stęp­ne dla nar­ra­tor­ki i czy­tel­ni­ków; pod­kre­śla on dystans dzie­lą­cy kla­sy spo­łecz­ne. San La Muer­te ema­nu­je gro­zą, Enríqu­ez pozo­sta­je tu wier­na gatun­ko­wej kon­wen­cji, ale Świę­ty Śmierć nie jest wyłącz­nie „stra­sza­kiem”, jak w typo­wym hor­ro­rze, lecz wła­śnie meta­fo­rą pew­nych róż­nic spo­łecz­nych.

Ubo­gie slum­sy poja­wia­ją się tak­że w wyjąt­ko­wo mrocz­nym opo­wia­da­niu Pod czar­ną wodą, w któ­rym jed­na z pod­miej­skich dziel­nic Buenos Aires zosta­je opa­no­wa­na przez jakieś bar­dzo groź­ne i demo­nicz­ne siły: jej miesz­kań­cy ule­ga­ją swe­go rodza­ju opę­ta­niu. W pew­nym momen­cie wspo­mi­na się o zupeł­nym bra­ku „ludo­wych świę­tych, takich jak Gau­chi­to Gil, Ieman­já czy nawet figu­rek Mat­ki Boskiej”5, któ­re ustę­pu­ją innym, potwor­nym i nie­zro­zu­mia­łym obja­wom jakie­goś kul­tu. Świę­ty gau­czo i afro­bra­zy­lij­ska ori­sza sta­ją się zatem syno­ni­ma­mi nor­mal­no­ści – w kontrze do tego, co obce i nie­zna­ne.

War­to wspo­mnieć o jesz­cze jed­nym opo­wia­da­niu: w Paję­czej sie­ci nie ma wpraw­dzie odnie­sień do kon­kret­nych wie­rzeń, ale szcze­gól­ną rolę odgry­wa tu prze­strzeń: to opo­wia­da­nie o podró­ży dwóch kobiet i męża jed­nej z nich do Para­gwa­ju. Kobie­ty pocho­dzą z pogra­ni­cza, męż­czy­zna jest obcy, miesz­ka w Buenos Aires, zwie­dza­na pro­win­cja kom­plet­nie mu się nie podo­ba, iry­tu­je go, pro­wo­ku­je zło­śli­we komen­ta­rze. Fabu­ła jest peł­na nie­do­po­wie­dzeń, nie wia­do­mo więc, co się osta­tecz­nie sta­ło, w każ­dym razie męż­czy­zna zni­ka: w nie­okre­ślo­ny, ale nad­na­tu­ral­ny spo­sób miej­sco­we kobie­ty pozby­wa­ją się przy­kre­go intru­za. Klu­czo­wą rolę odgry­wa tu prze­strzeń: lokal­na przy­ro­da i kul­tu­ra. Są one same w sobie nad­zwy­czaj­ne, racjo­nal­nie nie do ogar­nię­cia, w pew­nym sen­sie magicz­ne – i groź­ne dla obcych. Ale wek­tor ule­ga zmia­nie: w typo­wym hor­ro­rze tego rodza­ju „dzi­kie” miej­sca są źró­dłem stra­chu i odrzu­ce­nia – tutaj ich mrocz­na moc oka­zu­je się „spra­wie­dli­wa” i daje satys­fak­cję. Enríqu­ez kreu­je tu mitycz­ną prze­strzeń argen­tyń­sko-para­gwaj­skie­go pogra­ni­cza.

I tym samym – moż­na by rzec – wszyst­kie narzę­dzia zosta­ły przy­go­to­wa­ne: mogła naro­dzić się Nasza część nocy.

Okładka powieści Mariany Enriquez pod tytułem „Nasza część nocy”.
Mariana Enriquez, „Nasza część nocy”, tłum. M. Jordan, K. Okrasko, Warszawa: Echa, 2021.

*

Nasza część nocy Maria­ny Enríqu­ez spo­tka­ła się ze zna­ko­mi­tym przy­ję­ciem. Moż­na by oczy­wi­ście uznać, że nic w tym dziw­ne­go – za spra­wą wcze­śniej­szych tytu­łów, przede wszyst­kim dwóch tomów opo­wia­dań, argen­tyń­ska pisar­ka zyska­ła sze­ro­ki roz­głos i uzna­nie w świe­cie hisz­pań­sko­ję­zycz­nym, łącząc sta­tus poczyt­nej twór­czy­ni z wiel­ką życz­li­wo­ścią kry­ty­ki. Nie­mniej mię­dzy krót­ką nowe­lą o kla­row­nej struk­tu­rze, z jed­ną wyraź­ną linią fabu­lar­ną i moc­ną puen­tą, a zło­żo­ną i wie­lo­wąt­ko­wą powie­ścią, liczą­cą ponad sześć­set stron, zacho­dzą fun­da­men­tal­ne róż­ni­ce i zapew­ne spo­ra część czy­tel­ni­ków zada­wa­ła sobie pyta­nie, czy mistrzy­ni bły­sko­tli­wych opo­wia­dań gro­zy udźwi­gnie taką for­mę. W powszech­nej – tak­że mojej – opi­nii: zde­cy­do­wa­nie udźwi­gnę­ła. Nasza część nocy to z jed­nej stro­ny wcią­ga­ją­ca fabu­ła, z dru­giej – inte­re­su­ją­co zbu­do­wa­na struk­tu­ra powie­ścio­wa, z trze­ciej wresz­cie – tekst dają­cy się czy­tać na kil­ku pozio­mach i na kil­ku pozio­mach poli­tycz­ny. Enríqu­ez za tę powieść otrzy­ma­ła kil­ka liczą­cych się nagród, na przy­kład hisz­pań­ską Pre­mio Her­ral­de (to nagro­da wydaw­nic­twa Ana­gra­ma, w któ­rym autor­ka zresz­tą od lat publi­ku­je, a zatem zasad­ni­czo mar­ke­tin­go­wa, ale postrze­ga­na jako lite­rac­ko nobi­li­tu­ją­ca; dosta­je się ją z zasa­dy za rze­czy­wi­ście dobre tek­sty), Kra­jo­wą Nagro­dę Kry­ty­ków (to z kolei czy­sty pre­stiż, za wyróż­nie­niem nie idą żad­ne pie­nią­dze, nie­mniej lista nagro­dzo­nych tytu­łów mówi sama za sie­bie – są to tyl­ko wybit­ne lub pra­wie wybit­ne tek­sty) czy wresz­cie Pre­mio Cel­cius (a więc wyróż­nie­nie za pro­zę fan­ta­stycz­ną przy­zna­wa­ne na Czar­nym Tygo­dniu w Gijón, naj­waż­niej­szej chy­ba „gatun­ko­wej” impre­zie lite­rac­kiej w Hisz­pa­nii). To ostat­nie nie dzi­wi – wszak Nasza część nocy to fan­ta­sty­ka gro­zy peł­ną gębą, w duchu, powiedz­my, kin­gow­skim – jed­nak te dwie pierw­sze nagro­dy raczej rzad­ko tra­fia­ją w ręce auto­rów fan­ta­sty­ki (cie­ka­wa jest tu para­le­la z Baśnią o wężo­wym ser­cu Rad­ka Raka, wyda­ną w tym samym 2019 roku, któ­ra tak­że prze­bi­ła mury get­ta i zapew­ni­ła twór­cy zarów­no lau­ry zwią­za­ne z lite­ra­tu­rą fan­ta­stycz­ną, jak i te spo­za nur­tu, cho­ciaż­by Nagro­dę Lite­rac­ką „Nike”).

Struktura

Powieść skła­da się z sze­ściu czę­ści. W pierw­szej z nich śle­dzi­my podróż Juana z sze­ścio­let­nim synem Gaspa­rem, któ­rzy wyjeż­dża­ją po śmier­ci Rosa­rio, żony tego pierw­sze­go i mat­ki dru­gie­go, z Buenos Aires i kie­ru­ją się na pół­noc kra­ju, do przy­gra­nicz­nej pro­win­cji Cor­rien­tes. Czy­tel­nik stop­nio­wo zda­je sobie spra­wę nie tyl­ko z tego, że za śmier­cią kobie­ty kry­je się pew­na zagad­ka, ale też ze szcze­gól­nej magicz­nej mocy towa­rzy­szą­cej męż­czyź­nie oraz dziec­ku. Jest 1981 rok, w Argen­ty­nie rzą­dzi woj­sko­wa jun­ta i prze­ja­wy jej zbrod­ni­czej dzia­łal­no­ści – na przy­kład cia­ła „wywro­tow­ców” wrzu­ca­ne do rzek – są w zasa­dzie na porząd­ku dzien­nym. Celem podró­ży męż­czy­zny i dziec­ka oka­zu­je się sie­dzi­ba rodzi­ny Rosa­rio, któ­ra to fami­lia prak­ty­ku­je mrocz­ną magię, słu­żąc Ciem­no­ści. W czę­ści dru­giej fabu­ła cofa się do 1983 roku, do cza­sów dzie­ciń­stwa Juana, któ­ry zdra­dza wyjąt­ko­we mediu­micz­ne talen­ty. W trze­ciej – lata 1985–1986 – rela­cjo­no­wa­ne jest dal­sze życie Juana i Gaspa­ra, miesz­ka­ją­cych w argen­tyń­skiej sto­li­cy. Toczy się tu coś w rodza­ju pro­ce­su edu­ka­cyj­ne­go: ojciec sto­su­je wobec syna róż­ne­go rodza­ju prak­ty­ki, magicz­ne i czę­sto nace­cho­wa­ne prze­mo­cą, któ­rych cel sta­nie się jasny dopie­ro pod koniec opo­wie­ści. W czę­ści czwar­tej do gło­su docho­dzi Rosa­rio, któ­ra wspo­mi­na swo­je dzie­ciń­stwo i dora­sta­nie – czy­li lata 60. i 70. – na łonie nie­zwy­kłej rodzi­ny, obda­rzo­nej nad­przy­ro­dzo­ny­mi moca­mi i odda­ją­cej się poszu­ki­wa­niom okul­ty­stycz­nym w ramach dzia­łal­no­ści mrocz­ne­go Zako­nu. Część pią­ta to spra­woz­da­nie dzien­ni­kar­ki, któ­ra już w latach 90. zaj­mu­je się tema­tem maso­wych mogił z cia­ła­mi ofiar jun­ty i tra­fia na trop pro­wa­dzą­cy do Zako­nu i jego rytu­al­nych prak­tyk. Wresz­cie część ostat­nia dopro­wa­dza do fina­łu histo­rii Gaspa­ra – boha­ter dora­sta i pozna­je praw­dę zarów­no o swo­jej rodzi­nie od stro­ny mat­ki i jej groź­nych wobec nie­go pla­nach, jak i o dzia­ła­niach ojca, któ­ry sta­rał się przy­go­to­wać syna na star­cie z potęż­nym prze­ciw­ni­kiem: do owe­go star­cia osta­tecz­nie docho­dzi, Gaspar wyrów­nu­je rachun­ki.

Na płasz­czyź­nie fabu­lar­nej zatem jest to swe­go rodza­ju saga rodzin­na: histo­ria chło­pa­ka przy­go­to­wy­wa­ne­go przez rodzi­ców – któ­rzy musie­li ponieść naj­wyż­szą ofia­rę – do zdo­by­cia mocy i kom­pe­ten­cji potrzeb­nych, żeby zmie­rzyć się ze swo­ją rodzi­ną i jed­no­cze­śnie zło­wro­gą orga­ni­za­cją słu­żą­cą Ciem­no­ści. W tym sen­sie jest to ponie­kąd kla­sycz­na – w zary­sie – histo­ria boha­te­ra, któ­ry musi wziąć wła­sny los w swo­je ręce, odciąć się od prze­zna­cze­nia, wyty­czyć wła­sną ścież­kę. Wszyst­ko to opo­wie­dzia­ne zosta­je w ramach powie­ści skom­po­no­wa­nej z praw­dzi­wym roz­ma­chem: wca­le nie­prze­sa­dzo­ne wyda­ją się porów­na­nia Naszej czę­ści nocy do tra­dy­cji wiel­kich laty­no­ame­ry­kań­skich powie­ści XX wie­ku, takich jak choć­by Gra w kla­sy, Roz­mo­wa w Kate­drze czy Ter­ra nostra, ale tak­że prze­cież znacz­nie póź­niej­si Dzi­cy detek­ty­wi. Mar­tín Sola­res w nie­opu­bli­ko­wa­nej jesz­cze książ­ce Una histo­ria dibu­ja­da de las nove­las („Rysun­ko­wa histo­ria powie­ści” – jest to ilu­stro­wa­ny esej poświę­co­ny typo­lo­gii powie­ści pod kątem jej kon­struk­cji) zali­cza Naszą część nocy do kate­go­rii „powieść w powie­ści” i zauwa­ża, że w dzie­le tym:

autor­ka przed­sta­wia sześć powie­ści o rodzi­nie potęż­nych cza­row­ni­ków, powią­za­nych z miej­sco­wą dyk­ta­tu­rą woj­sko­wą w latach sie­dem­dzie­sią­tych. Powieść obej­mu­je trzy deka­dy i dzie­je się w trzech kra­jach, ale wal­ka mię­dzy ciem­no­ścią i nie­win­no­ścią spra­wia, że nie spo­sób odło­żyć tej książ­ki, kie­dy czło­wiek ją zacznie. Nie mamy tu zatem powie­ści zawie­ra­ją­cej po pro­stu dru­gą powieść […]: tutaj poszcze­gól­ne powie­ści obja­wia­ją się jed­na obok dru­giej, niczym sta­do reki­nów ści­ga­ją­cych ofia­rę, i tyl­ko jed­na z nich, środ­ko­wa, cofa się w cza­sie, by dogłęb­nie wyja­śnić histo­rię poprze­dza­ją­cą losy rodzi­ny cza­row­ni­ków. To jed­no z naj­więk­szych powie­ścio­wych osią­gnięć, na pozio­mie naj­lep­szych doko­nań laty­no­ame­ry­kań­skiej powie­ści w XXI wie­ku6.

Praw­dą jest, że w dzi­siej­szej hispa­no­ame­ry­kań­skiej pro­zie takie śmia­łe powie­ścio­we reali­za­cje zda­rza­ją się nie­zbyt czę­sto – trwa jed­nak epo­ka zwięź­lej­szych, raczej wyci­szo­nych for­ma­tów; pew­nie tak­że dla­te­go kry­ty­ka i czy­tel­ni­cy tak bar­dzo doce­ni­li ów tytuł.

Polityka

Naj­bar­dziej narzu­ca­ją­cym się – i naj­czę­ściej pre­zen­to­wa­nym w recen­zjach czy ana­li­zach – odczy­ta­niem Naszej czę­ści nocy jest lek­tu­ra poli­tycz­na. Nic w tym dziw­ne­go.

Roz­li­cze­nia z okre­sem dyk­ta­tu­ry woj­sko­wej – przez samą jun­tę zwa­nym „pro­ce­sem reor­ga­ni­za­cji naro­do­wej” – to jeden z klu­czo­wych tema­tów lite­ra­tu­ry argen­tyń­skiej ostat­nich dekad. Kry­ty­cy i bada­cze piśmien­nic­twa Argen­ty­ny mówią czę­sto o „poko­le­niu dzie­ci”, czy­li o gene­ra­cji pisa­rek i pisa­rzy, któ­rzy dyk­ta­tu­ry zazna­li w dzie­ciń­stwie albo wręcz już wyłącz­nie w for­mie trau­my dzie­dzi­czo­nej po wcze­śniej­szych poko­le­niach. Trze­ba pamię­tać, że argen­tyń­ska dyk­ta­tu­ra woj­sko­wa rze­czy­wi­ście nale­ża­ła do naj­krwaw­szych reżi­mów na kon­ty­nen­cie: licz­ba ofiar, zwa­nych desa­pe­re­ci­dos – zaginionymi/znikniętymi – się­ga oko­ło trzy­dzie­stu tysię­cy; do tego docho­dzą inne for­my repre­sji, w tym nie­le­gal­ne adop­cje dzie­ci aresz­to­wa­nych i czę­sto mor­do­wa­nych kobiet, a na to wszyst­ko nakła­da­ją się trau­ma prze­gra­nej woj­ny o Malwiny/Falklandy (pogrze­ba­ła ona jun­tę, ale pozo­sta­ła otwar­tą raną w świa­do­mo­ści naro­do­wej Argen­tyń­czy­ków) oraz trud­ny pro­ces demo­kra­ty­za­cji i roz­li­czeń ze spraw­ca­mi zbrod­ni poli­tycz­nych – roz­li­czeń, któ­re mie­wa­ły swo­je suk­ce­sy, wię­cej jed­nak pora­żek. To zatem naj­zu­peł­niej natu­ral­ne, że twór­cy uro­dze­ni w latach 60. i 70. – ale też póź­niej – powszech­nie odno­si­li się do doświad­cze­nia i pamię­ci okre­su jun­ty, się­ga­jąc po naj­róż­niej­sze kon­wen­cje i tona­cje: od kla­sycz­nych fabuł pre­zen­tu­ją­cych dra­stycz­ne wspo­mnie­nia z per­spek­ty­wy dziec­ka (jak w Kam­czat­ce Mar­ce­la Figu­era­sa, zna­nej u nas tak­że z ekra­ni­za­cji) aż po poety­kę dziw­no­ści i fan­ta­sty­ki (któ­rej przed­sta­wi­cie­lem może być choć­by Gusta­vo Nie­lsen i jego Auschwitz).

Maria­na Enríqu­ez to rocz­nik 1973, mia­ła zatem dzie­sięć lat, kie­dy upa­dła dyk­ta­tu­ra – a więc dosta­tecz­nie dużo, by odczuć jej gro­zę, i z pew­no­ścią wystar­cza­ją­co, by śle­dzić kole­je póź­niej­szych (prób) roz­li­czeń. W jej wcze­śniej­szych tek­stach tema­ty­ka dra­stycz­nej prze­szło­ści już się poja­wia­ła (naj­wy­ra­zist­szym tego przy­kła­dem mogą być opo­wia­da­nia Kie­dy roz­ma­wia­ły­śmy ze zmar­ły­miNie­bez­pie­czeństw pale­nia… oraz Zajazd z tomu To, co utra­ci­ły­śmy…, w któ­rych tra­gicz­na prze­szłość powra­ca w for­mie nad­przy­ro­dzo­nych nawie­dzeń), a w Naszej czę­ści nocy rzą­dy woj­sko­wych oraz ich dra­stycz­ne repre­sje sta­no­wią sta­ły i nie­zmier­nie istot­ny motyw od same­go począt­ku pierw­szej czę­ści. Świa­do­mość repre­sji i obec­ność ich ofiar to jeden z ele­men­tów budu­ją­cych nie­sa­mo­wi­tość sce­ne­rii, przez któ­rą Juan i Gaspar podró­żu­ją na pół­noc kra­ju: rze­ki peł­ne tru­pów, obja­wia­ją­ce się mediu­micz­nym boha­te­rom duchy pomor­do­wa­nych, pro­ro­cze wizje (jed­na z boha­te­rek widzi jakąś woj­nę na dale­kim i zim­nym morzu – ewi­dent­ne nawią­za­nie do walk o Mal­wi­ny), repre­sje ze stro­ny władz wymie­rzo­ne we wszyst­ko, co wyła­mu­je się z homo­ge­nicz­nej nor­my (a więc tak­że w prak­ty­ki i rytu­ały magicz­ne – bo tym samym nie­ka­to­lic­kie). Nie cho­dzi tu jed­nak tyl­ko o ów kon­tekst poli­tycz­nej gro­zy, któ­ra współ­brz­mi z gro­zą inne­go typu. Zakon – czy­li głów­ny ośro­dek złych mocy zwią­za­nych z Ciem­no­ścią – współ­pra­cu­je z reżi­mem i czer­pie z nie­go bez­po­śred­nie korzy­ści, w tym te naj­bar­dziej maka­brycz­ne: ofia­ry poli­tycz­nej prze­mo­cy bywa­ją wyko­rzy­sty­wa­ne przez Zakon do kosz­mar­nych prak­tyk rytu­al­nych. W kra­ju trwa rzeź, dla­te­go wzmo­żo­na dzia­łal­ność okul­ty­stycz­nych magów zabi­ja­ją­cych dla swo­jej korzy­ści może pozo­stać nie­zau­wa­żo­na. Stąd bie­rze się ów jak­że istot­ny dla powie­ści motyw z czę­ści pią­tej, czy­li pro­wa­dzo­ne po latach eks­hu­ma­cje, któ­re ujaw­nia­ją praw­dę o prak­ty­kach woj­sko­wych, a zara­zem o mrocz­nych rytu­ałach magicz­nych: ciał jest bowiem za dużo jak na sza­co­wa­ną licz­bę pomor­do­wa­nych par­ty­zan­tów.

Enríqu­ez potę­gu­je gro­zę na kar­tach swo­jej powie­ści za pomo­cą sze­ro­kie­go wachla­rza środ­ków, uzy­sku­jąc dzię­ki temu nie tyl­ko potęż­ny efekt, ale nade wszyst­ko two­rząc poru­sza­ją­cą meta­fo­rę epo­ki wszech­obec­ne­go stra­chu i para­li­żu­ją­cej nie­pew­no­ści. Hor­ror nad­przy­ro­dzo­ny sta­pia się tu w jed­ność z hor­ro­rem poli­tycz­no-spo­łecz­nym, gro­za wyni­ka­ją­ca z kon­tak­tu z nie­bez­piecz­ny­mi inny­mi świa­ta­mi spo­ty­ka się z potwor­ną prze­mo­cą wła­dzy wobec czę­ści spo­łe­czeń­stwa, jak naj­bar­dziej reali­stycz­ną. Jak zauwa­ża Ana For­ci­ni­to w szki­cu poświę­co­nym powie­ści, autor­ka opo­wia­da w niej „histo­rię boha­te­ra, któ­ry od dziec­ka żyje naj­pierw oto­czo­ny, a potem prze­śla­do­wa­ny przez prze­moc prze­kra­cza­ją­cą porzą­dek rozu­mo­wy”, owo nagro­ma­dze­nie potwor­no­ści zaś z jed­nej stro­ny odsła­nia zabu­rze­nie porząd­ku doświad­cza­ne­go świa­ta, a z dru­giej uka­zu­je nie­moż­li­wość przy­swo­je­nia sobie tej rze­czy­wi­sto­ści7. Inny­mi sło­wy: gro­za, choć czer­pie tak­że z sze­ro­kie­go reper­tu­aru gatun­ku hor­ro­ru, ma cele stric­te reali­stycz­ne – oddać atmos­fe­rę epo­ki, poka­zać, jak tam­te lata wpły­wa­ły na umy­sło­wość żyją­cych w nich ludzi i kolej­nych poko­leń.

Magia

Tym, co bar­dzo rzu­ca się w oczy pod­czas lek­tu­ry powie­ści, jest ogrom­na róż­no­rod­ność magicz­nych prak­tyk prze­wi­ja­ją­cych się przez jej stro­ny: Enríqu­ez, opi­su­jąc prak­ty­ki Zako­nu i poszu­ki­wa­nia zwią­za­nych z nim ludzi, pre­zen­tu­je zło­żo­ny amal­ga­mat okul­ty­stycz­ny.

Rodzi­na, z któ­rej wywo­dzi się Rosa­rio, prze­nio­sła się do Argen­ty­ny pod koniec XVIII wie­ku i pro­wa­dzi na miej­scu sze­ro­kie poszu­ki­wa­nia zwią­za­ne z mocą i Ciem­no­ścią, choć, jak dowia­du­je się w dzie­ciń­stwie boha­ter­ka, Argen­ty­na znaj­du­je się dale­ko od cen­trum – w domy­śle: cen­trum magicz­nych mocy. Pod­sta­wą poszu­ki­wań jest tu sze­ro­ko rozu­mia­ny okul­tyzm euro­pej­ski, zwią­za­ny przede wszyst­kim z prak­ty­ka­mi spi­ry­ty­stycz­ny­mi, a więc z poszu­ki­wa­niem kon­tak­tu z tam­tym świa­tem. Człon­ko­wie Zako­nu jed­nak posze­rza­ją pole poszu­ki­wań: w czwar­tej czę­ści poja­wia się na przy­kład motyw magii afry­kań­skiej. Jeden z człon­ków orga­ni­za­cji spro­wa­dza z tere­nów dzi­siej­szej Nige­rii dziew­czy­nę obda­rzo­ną mediu­micz­ną mocą. Na Nige­ryj­ce prze­pro­wa­dza­ne są róż­no­ra­kie eks­pe­ry­men­ty, pro­wa­dzą­ce do jej fizycz­ne­go wyczer­pa­nia – nie­trud­no dostrzec tu nawią­za­nie do kolo­nial­nych prak­tyk wyzy­sku. Euro­pej­ski okul­tyzm zosta­je więc wzbo­ga­co­ny o magię afry­kań­ską, a wszyst­ko to w celu roz­wi­ja­nia nad­przy­ro­dzo­nych zdol­no­ści Zako­nu, któ­ry oso­by posia­da­ją­ce moc wyko­rzy­stu­je jako suro­wiec, ponie­waż – zgod­nie z mak­sy­mą śre­dnio­wiecz­ne­go alche­mi­ka Raj­mun­da Llul­la – żeby wytwo­rzyć zło­to, trze­ba mieć zło­to; na tej samej zasa­dzie magia kar­mi się magią.

Zde­cy­do­wa­nie naj­wię­cej miej­sca w powie­ści zaj­mu­ją jed­nak nawią­za­nia do magicz­nych prak­tyk argen­tyń­skiej pół­no­cy. Autor­ka wra­ca tu do prze­strze­ni roz­wi­ja­nej w nie­któ­rych opo­wia­da­niach – czy­li do kre­so­wych pro­win­cji Cor­rien­tes i Misio­nes – oraz do posta­ci i kul­tów zary­so­wa­nych tak­że w nie­któ­rych nowe­lach. Tym razem jed­nak czy­ni to na znacz­nie więk­szą ska­lę – choć­by ze wzglę­du na to, że dys­po­nu­je prze­strze­nią powie­ścio­wą – ale i cele sta­wia sobie – a w każ­dym razie osią­ga – śmiel­sze.

Dłu­go moż­na by wyli­czać reli­gij­no-magicz­ne moty­wy poja­wia­ją­ce się przede wszyst­kim w pierw­szej, a tak­że w kolej­nych czę­ściach powie­ści. Nie­sa­mo­wi­ty cha­rak­ter pół­noc­nych kre­sów kra­ju ma swo­je kon­kret­ne źró­dła, nie cho­dzi wca­le wyłącz­nie o to, że to tere­ny sła­bo zalud­nio­ne i z punk­tu widze­nia Buenos Aires pery­fe­ryj­ne. Klu­czem oka­zu­je się tutaj etnicz­ny i kul­tu­ro­wy żywioł Guara­nów, rdzen­nych miesz­kań­ców tych tere­nów – nie­zbyt licz­nych, roz­pro­szo­nych, żyją­cych de fac­to poza argen­tyń­skim spo­łe­czeń­stwem, w cie­niu, nie­mniej guarań­ska obec­ność jest wyczu­wal­na wszę­dzie i na każ­dym pozio­mie: w języ­ku (zapo­ży­cze­nia z guara­ní), w oby­cza­jach, przede wszyst­kim sakral­nych.

Tutej­sza prze­strzeń peł­na jest guarań­skiej sakral­no­ści, któ­ra przy pobież­nej lek­tu­rze jawić się może po pro­stu jako suge­styw­na magicz­na deko­ra­cja, w isto­cie jed­nak autor­ka przy­ta­cza i poka­zu­je auten­tycz­ne wie­rze­nia i prak­ty­ki, zre­kon­stru­owa­ne na kar­tach powie­ści z antro­po­lo­gicz­ną wręcz pre­cy­zją. Widać to choć­by w sce­nach, kie­dy to Juan z Gaspa­rem spo­ty­ka­ją szwa­gier­kę tego pierw­sze­go, kobie­tę o imie­niu Tali, któ­ra jest straż­nicz­ką sank­tu­arium San La Muer­te – Świę­te­go Śmier­ci. W opo­wia­da­niu Brud­ny dzie­ciak Świę­ty Śmierć poja­wiał się raczej na zasa­dzie wzmian­ki, jako mrocz­ny rewers dobre­go Gau­chi­to Gila, szkie­le­to­wa figur­ka darzo­na czcią w nie­bez­piecz­nych inten­cjach. Tutaj owa postać – obiekt auten­tycz­ne­go kul­tu, naj­pew­niej rezul­tat prze­two­rze­nia przez Guara­nów pew­nych prak­tyk chrze­ści­jań­skich – odgry­wa cał­kiem istot­ną rolę, a Juan prze­cho­dzi spe­cjal­ny rytu­ał, pod­czas któ­re­go Tali pod skó­rę wsz­cze­pia mu magicz­ny amu­let. I znów: jest to sce­na zna­ko­mi­cie wpi­su­ją­ca się w kon­wen­cję nie­sa­mo­wi­tej gro­zy, ale zara­zem oby­czaj abso­lut­nie auten­tycz­ny i prak­ty­ko­wa­ny do dziś w Argen­ty­nie i Para­gwa­ju. Poja­wia­ją się tu tak­że inne posta­ci – jak choć­by Świę­ty Güe­si­to, dość strasz­na postać ludo­we­go świę­te­go inspi­ro­wa­ne­go posta­cią zgwał­co­ne­go i zamor­do­wa­ne­go chłop­ca – oraz prak­ty­ki zwią­za­ne z amu­le­ta­mi payé, lecze­niem czy rzu­ca­niem zaklęć, roz­wi­ja­ją­ce i potę­gu­ją­ce obraz tej nie­sa­mo­wi­tej prze­strze­ni pół­no­cy Argen­ty­ny; nie są one bynaj­mniej rezul­ta­tem swo­bod­nych fan­ta­zji autor­ki, lecz wyni­kiem jej nie­wąt­pli­wie pogłę­bio­nych stu­diów nad tema­tem.

Szcze­gól­nie cie­ka­wy jest jed­nak wydźwięk, jaki miej­sco­we – guarań­sko-syn­kre­tycz­ne – prak­ty­ki zysku­ją w powie­ści. Że budu­ją nastrój i wyjąt­ko­wość miej­sca i boha­te­rów – to oczy­wi­ste. Ale war­to zwró­cić uwa­gę na to, że magicz­ne umie­jęt­no­ści zdo­by­wa­ne przez Juana (mię­dzy inny­mi poprzez jego zanu­rza­nie się w rdzen­nej tra­dy­cji magii, w tutej­szych rytu­ałach i prak­ty­kach) słu­żą spra­wie, o któ­rą boha­ter wal­czy. A spra­wą tą jest sprze­ciw wobec zło­wro­giej i zbrod­ni­czej dzia­łal­no­ści Zako­nu oraz chęć powstrzy­ma­nia jego człon­ków. Oni tak­że kar­mią się mocą z róż­nych źró­deł, tyle że pod­sta­wą jest tu okul­tyzm z zewnątrz. Moż­na więc czy­tać opi­sa­ny w Naszej czę­ści nocy kon­flikt jako star­cie mię­dzy magią lokal­ną a magią obcą, guarań­skie obrzę­dy kon­tra spi­ry­ty­stycz­ne i krwa­we cere­mo­nie z ofia­ra­mi z ludzi. A wszyst­ko to w kon­tek­ście rzą­dów jun­ty woj­sko­wej, za któ­rej cza­sów wszel­kie nie­ka­to­lic­kie prak­ty­ki były zaka­za­ne i tępio­ne, musia­ły więc zejść do pod­zie­mia i tym samym zyski­wa­ły cha­rak­ter de fac­to wywro­to­wy.

Dzie­ło Maria­ny Enríqu­ez to zatem powieść roz­ra­chun­ko­wa i poli­tycz­na, i to na wie­lu pozio­mach, reli­gij­ność i magia sta­ją się zaś klu­czo­wy­mi narzę­dzia­mi do opi­su pre­zen­to­wa­ne­go tu kon­flik­tu. Zakon, dążą­cy do kon­tak­tu z potęż­ną Ciem­no­ścią, zacho­wu­je się tak jak dyk­ta­tor­ska wła­dza: jego cele są ide­olo­gicz­ne, jed­nost­ki nie mają zna­cze­nia; nale­ży poświę­cić to, co indy­wi­du­al­ne, na rzecz zbio­ro­we­go i holi­stycz­ne­go ide­ału. Zakon, tak jak i jun­ta, dąży do świa­ta homo­ge­nicz­ne­go, jed­no­wy­mia­ro­we­go, pod­po­rząd­ko­wa­ne­go jed­ne­mu cen­trum, słu­żą­ce­go jed­nej wła­dzy. Po prze­ciw­nej stro­nie zaś sta­je Juan i przy­go­to­wy­wa­ny przez nie­go syn Gaspar, jed­nost­ki, ludzie dążą­cy do samo­sta­no­wie­nia, któ­rzy moc potrzeb­ną do owe­go star­cia cze­pią z róż­no­rod­no­ści, z tego, co lokal­ne: hete­ro­dok­sja oka­zu­je się sku­tecz­nym narzę­dziem do wal­ki, pozwa­la roz­bić opre­syj­ną for­ma­cję od środ­ka.

Nasza część nocy to zatem wiel­ka poli­tycz­na powieść gro­zy i zara­zem wyjąt­ko­wo cie­ka­wy przy­pa­dek lite­ra­tu­ry nawią­zu­ją­cej do ludo­wych wie­rzeń i kul­tów. Autor­ka nie tyle zmie­rza do ich opi­su czy ana­li­zy, ile raczej wyko­rzy­stu­je je do zło­żo­nej reflek­sji poli­tycz­nej, spo­łecz­nej i kul­tu­ro­wej, moc­no osa­dzo­nej, rzecz jasna, w argen­tyń­skim kon­tek­ście, ale dają­cej się czy­tać abso­lut­nie uni­wer­sal­nie.

 

1 M. Enri­qu­ez, Zjaz­dy są naj­gor­sze, tłum. K. Okra­sko, War­sza­wa: Echa, 2025, s. 5.

2 W Pol­sce tomy te uka­za­ły się w nie­co skom­pli­ko­wa­nej sekwen­cji: naj­pierw ten póź­niej­szy – w 2017 roku, a potem w 2022 roku tom pod tytu­łem Nie­bez­pie­czeń­stwa pale­nia w łóż­ku, zawie­ra­ją­cy oba zbio­ry w cało­ści; prze­kła­dów doko­na­ła Mar­ta Jor­dan.

3 J.C. Rin­cón, Maria­na Enríqu­ez y el lado B de las reli­gio­nes, „Revi­sta Libros y letras” 2022, onli­ne: https://www.librosyletras.com/mariana-enriquez-y-el-lado-b-de-las/ [dostęp: 15.02.2026].

4 V. Boix, Entre­vi­sta a Maria­na Enri­qu­ez. Sim­pa­tía por los demo­nios, „Revi­sta Ñ” 2020, onli­ne: https://www.clarin.com/revista-enie/simpatia-demonios_0_vE7c0RiW.html [dostęp: 15.02.2026].

5 M. Enri­qu­ez, Nie­bez­pie­czeń­stwa pale­nia w łóż­ku, tłum. M. Jor­dan, War­sza­wa: Echa, 2022, s. 334.

6 M. Sola­res, Una histo­ria dibu­ja­da de las nove­las, 2025 [przed publi­ka­cją – T.P.].

7 A. For­ci­ni­to, Cica­tri­ces que arden. Hor­ror, espec­tra­li­dad y memo­ria en „Nuestra par­te de noche”, de Maria­na Enríqu­ez, „Gene­ra­ción Hijes: memo­ria, posdic­ta­du­ra y poscon­flic­to en Améri­ca Lati­na” 2023, nr 30, s. 204, onli­ne: https://conservancy.umn.edu/server/api/core/bitstreams/3abe6ff4-ee94-4edc-aa3b-c4c1b67e587d/content?trackerId=604d6454a01f3cd5 [dostęp: 15.02.2026].

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Czytaj także

31.05.2025 Recenzje

Pan Asturias

Może nie niezauważona, ale na pewno bez medialnych fanfar pojawia się owa publikacja na polskim rynku wydawniczym, choć gdyby przykładać miarę stricte literacką – to znaczy zapomnieć o komercyjnym potencjale i o bieżących kanonach prestiżu – to wydanie Pana Prezydenta gwatemalskiego pisarza Miguela Ángela Asturiasa jest właśnie tym, co powinniśmy nazwać wydarzeniem.