Czy ja też mógłbym chwycić za siekierę?

Sąsie­dzi, zamiast przyjść i powie­dzieć, że sto­ją­cy na kory­ta­rzu wózek moje­go dziec­ka im prze­szka­dza, wyrzu­ci­li go do zsy­pu. To pro­wo­ku­je mnie do pyta­nia, czy ja sam, hodu­jąc w sobie od paru lat nie­chęć do tych ludzi, był­bym tym, któ­ry pierw­szy chwy­cił­by za sie­kie­rę. Myślę, że przez takie spoj­rze­nie uni­wer­sa­li­zu­je się kwe­stia nie­na­wi­ści do Dru­gie­go – mówi Mate­usz Paku­ła, autor książ­ki Skó­ra po dziad­ku i reży­ser powsta­łe­go na jej posta­wie spek­ta­klu, któ­ry moż­na oglą­dać w Teatrze Łaź­nia Nowa w Kra­ko­wie i Teatrze im. Ste­fa­na Żerom­skie­go w Kiel­cach. 

Mag­da Huzar­ska-Szu­miec: „Zanim się dowie­dzia­łem, kim wła­ści­wie są Żydzi, już byłem anty­se­mi­tą”. Tak zaczy­na pan Skó­rę po dziad­ku. Jak to klu­czo­we dla książ­ki zda­nie do pana przy­szło? Dla­cze­go tak nie­wie­lu ludzi w Pol­sce ma odwa­gę wypo­wie­dzieć je na głos? 

Mate­usz Paku­ła: Myślę, że kie­ru­je nimi lęk. Zwy­czaj­nie boją się, że to praw­da. Nie­daw­no zapy­ta­no mnie, czy mój dzia­dek był anty­se­mi­tą. Odpo­wie­dzia­łem, że nie mógł nie być. Wycho­wu­jąc się po woj­nie w Pol­sce, był na to ska­za­ny. Tak jak ska­za­ne na to zosta­ły kolej­ne gene­ra­cje, tak­że moje poko­le­nie. Dzia­ło się to i wciąż dzie­je już na pozio­mie języ­ka. Każ­dy z nas sły­szał choć raz sło­wa: „żydek”, „zaży­dzić”, „wyży­dzić”. Do dzi­siaj są one uży­wa­ne. I mają cha­rak­ter pejo­ra­tyw­ny, nawet gdy uży­wa się ich jako zdrob­nie­nia. Już sam spo­sób wypo­wia­da­nia tych słów jest moc­no nace­cho­wa­ny pogar­dą, obrzy­dze­niem. A zda­nie, któ­re pani zacy­to­wa­ła, przy­szło do mnie, kie­dy uświa­do­mi­łem sobie, że pra­cę nad rela­cja­mi pol­sko-żydow­ski­mi nale­ży zacząć od sie­bie. 

Twór­cy robią to już od jakie­goś cza­su, ten temat powra­ca coraz czę­ściej w lite­ra­tu­rze, teatrze, fil­mie, sztu­kach wizu­al­nych. 

Myślę, że kwe­stia znik­nię­cia tak wiel­kiej licz­by Pola­ków w cza­sie dru­giej woj­ny świa­to­wej, a póź­niej pod­czas pogro­mów i kam­pa­nii anty­se­mic­kiej w 1968 roku jest głę­bo­ko trau­ma­tycz­na i kolej­ne poko­le­nia mają potrze­bę upo­ra­nia się z nią. To wszyst­ko w nas sie­dzi, pew­nie przez trau­mę, jaką dziad­ko­wie, tacy jak mój, prze­ka­za­li swo­im dzie­ciom. To ona spo­wo­do­wa­ła, że albo nasi rodzi­ce w ogó­le nie mówi­li o tym, co się sta­ło, i zamia­ta­li wszyst­ko pod dywan, albo uda­wa­li, że nic o tym nie wie­dzą. Nie­kie­dy bywa­ło to pod­szy­te wsty­dem, bo wią­za­ło się z gra­bie­żą mie­nia i z inny­mi strasz­ny­mi rze­cza­mi, taki­mi jak choć­by kwe­stia mil­czą­ce­go przy­zwo­le­nia na zło czy nie­udzie­le­nia komuś pomo­cy, kie­dy mogło się to zro­bić. Dobrze więc, że te wszyst­kie bole­sne spra­wy do nas wra­ca­ją, tra­fia­ją na kar­ty ksią­żek, na teatral­ne sce­ny czy do gale­rii. Dzię­ki temu Pol­ska zaczy­na się wresz­cie jawić jako kraj, któ­ry chce mie­rzyć się z prze­szło­ścią. 

Wspo­mniał pan o wsty­dzie. Łatwiej jest się chwa­lić tym, że ma się przod­ków, któ­rzy poma­ga­li Żydom, niż takich, któ­rzy zaj­mo­wa­li po woj­nie ich domy. Pana dzia­dek wsty­dził­by się dzi­siaj, że był anty­se­mi­tą? 

Jestem o tym prze­ko­na­ny. Był jed­nym z nie­wie­lu zna­nych mi ludzi, któ­rzy potra­fi­li przy­znać się do swo­ich błę­dów. Umiał­by też za nie prze­pro­sić. Kie­dy pisząc Skó­rę po dziad­ku, zasta­na­wia­łem się nad histo­rią Henia Błasz­czy­ka, ośmio­let­nie­go chłop­ca, któ­re­go kłam­stwo sta­ło się zarze­wiem pogro­mu kie­lec­kie­go w lip­cu 1946 roku, uświa­do­mi­łem sobie, że nie zno­szę gów­nia­rza. Zga­dza się – był wte­dy dziec­kiem, bał się lania, kary od ojca, i dla­te­go wymy­ślił sobie, że został uwię­zio­ny przez Żydów w piw­ni­cy. Nie zno­szę go, ponie­waż nawet jako doro­sły czło­wiek nigdy nie prze­pro­sił za to, co zro­bił, nie wziął odpo­wie­dzial­no­ści za kłam­stwo, któ­re dopro­wa­dzi­ło do śmier­ci kil­ku­dzie­się­ciu osób. Taki spo­sób wycho­dze­nia z nie­kom­for­to­wych sytu­acji jest uni­wer­sal­nym mecha­ni­zmem sto­so­wa­nym przez ludzi wycho­wa­nych w pato­lo­gicz­nych śro­do­wi­skach, jakich nie bra­ko­wa­ło po dru­giej woj­nie świa­to­wej. Ci ludzie mie­li zako­do­wa­ną koniecz­ność powta­rza­nia, że to nie oni zro­bi­li coś złe­go. Ten pokręt­ny spo­sób radze­nia sobie z rze­czy­wi­sto­ścią prze­nie­śli na swo­je dzie­ci, wnu­ki. Do dziś obja­wia się on w małych rze­czach. Na przy­kład gdy nie­daw­no zwró­ci­łem uwa­gę robot­ni­kom, któ­rzy ocie­pla­li moją klat­kę scho­do­wą, by nie pali­li w budyn­ku, powie­dzie­li, że to nie oni. Patrzy­li mi przy tym pro­sto w oczy, wyrzu­ca­jąc rów­no­cze­śnie za sie­bie nie­do­pał­ki. 

Pan sta­ra się zro­zu­mieć moty­wy zacho­wań ludzi. Czy wła­śnie tak kon­stru­ował pan swo­ją książ­kę, byśmy patrzy­li na stwo­rzo­ny w niej świat z róż­nych punk­tów widze­nia? 

Tak, pró­bu­ję w niej wejść w skó­rę nie tyl­ko moje­go dziad­ka, ale też innych boha­te­rów. Na przy­kład kobiet, któ­re w trak­cie kie­lec­kie­go pogro­mu mor­do­wa­ły Żydów szta­che­ta­mi. Przy­pa­tru­ję się oko­licz­no­ściom, któ­re dopro­wa­dzi­ły do tej sytu­acji. W 1946 roku w Świę­to­krzy­skiem pano­wa­ła strasz­na bie­da. To ona dopro­wa­dzi­ła do tego, że kobie­ty były w sta­nie zabić za worek ryżu, mąki, cukru. Wal­czy­ły o sie­bie, swo­je rodzi­ny. Nie prze­szka­dzał im fakt, że ata­ku­ją ludzi, któ­rzy nie­daw­no wyszli z obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych. Według tych kobiet wszy­scy Żydzi byli boga­cza­mi. W koń­cu to oni mie­li co jeść, bo dosta­wa­li pacz­ki z Zacho­du. Na doda­tek do Pola­ków docho­dzi­ły infor­ma­cje, że Żydzi zaraz wyja­dą za gra­ni­cę i będą tam mie­li wszyst­ko. Przej­mu­ją mnie bar­dzo oko­licz­no­ści, któ­re popy­cha­ją ludzi do tak prze­ra­ża­ją­cych zacho­wań. To nie zna­czy, że uspra­wie­dli­wiam te oso­by. Raczej pró­bu­ję poka­zać ich moty­wa­cje z wszyst­kich stron. 

Znaj­du­je pan przy tym para­le­le mię­dzy tym, co zro­bił Heniu Błasz­czyk i pana dzia­dek, też Hen­ryk. Jego w grun­cie rze­czy głu­pi, mło­dzień­czy wybryk rów­nież mógł się skoń­czyć tra­gicz­nie, mogli przez nie­go zgi­nąć ludzie. 

Sta­wiam tych dwóch Heniów naprze­ciw­ko sie­bie. Poka­zu­ję, jak nie­prze­my­śla­ne były zacho­wa­nia oby­dwu chłop­ców. Oni w ogó­le nie wyobra­ża­li sobie kon­se­kwen­cji swo­ich czy­nów, choć mie­li róż­ne inten­cje. Hen­ryk Błasz­czyk chciał zna­leźć jakąś wymów­kę i unik­nąć gnie­wu ojca, nie dostać w tyłek za to, że uciekł na wieś do krew­nych, gdzie po pro­stu chciał się najeść i poba­wić z kole­ga­mi. Sły­szał w koście­le, że Żydzi mogą pory­wać chrze­ści­jań­skie dzie­ci, by uto­czyć z nich krew na mace, i uznał to za świet­ną wymów­kę. Te bred­nie były po woj­nie w pol­skim spo­łe­czeń­stwie żywe. Świę­cie wie­rzo­no, że tak się dzie­je. Z kolei w przy­pad­ku moje­go dziad­ka to była chęć pso­ty, któ­rą moż­na uznać za kon­se­kwen­cję trau­my wojen­nej. Razem z kole­ga­mi zna­lazł w lesie pocisk katiu­szy i wpadł na idio­tycz­ny pomysł wystrze­le­nia go na zebra­niu ormow­ców. Skoń­czy­ło się to dla nie­go tra­gicz­nie. Tra­fił do sta­li­now­skie­go wię­zie­nia, gdzie otarł się o śmierć. Wycią­gnął go stam­tąd ubek żydow­skie­go pocho­dze­nia, któ­re­go pod­czas woj­ny ukry­wa­ła sąsiad­ka mojej bab­ci. 

Naj­pierw napi­sał pan, że to zro­bi­ła pana bab­cia. 

I to mnie zmro­zi­ło. Uświa­do­mi­łem sobie, że sam prze­kła­ma­łem tę histo­rię, opo­wia­da­jąc ją przez wie­le lat w uprosz­czo­ny spo­sób. Mówi­łem, że to moja pra­bab­cia ura­to­wa­ła Żyda, któ­ry potem ura­to­wał moje­go dziad­ka w ramach wdzięcz­no­ści – życie za życie. Skła­da­ło mi się to w nie­mal hol­ly­wo­odz­ką fabu­łę. I tu wra­ca­my do mecha­ni­zmów, o któ­rych już mówi­li­śmy. Każ­dy z nas chce mieć przod­ka, któ­ry ura­to­wał Żyda. To moje wła­sne prze­kła­ma­nie wyda­ło mi się hiper­cie­ka­we. Dla­te­go stwier­dzi­łem, że pro­ces zakła­my­wa­nia i odkła­my­wa­nia powi­nien być też czę­ścią książ­ki. Chcia­łem poka­zać, skąd bio­rą się sło­wa pre­zy­den­ta Andrze­ja Dudy, któ­ry mówi, że Pola­cy cały­mi rodzi­na­mi rato­wa­li Żydów. Teraz wspa­nia­le jest mieć za przod­ków Spra­wie­dli­wych wśród Naro­dów Świa­ta. Ale do nie­daw­na ci ludzie bali się przy­znać komu­kol­wiek do tego, że rato­wa­li Żydów. Ich strach był więk­szy niż strach innych przed przy­zna­niem się do zabi­cia swo­ich sąsia­dów czy zabra­nia im domu, o czym opo­wia­da film Pokło­sie Wła­dy­sła­wa Pasi­kow­skie­go. Panicz­nie bali się, że za ura­to­wa­nie komuś życia mogą być zlin­czo­wa­ni przez sąsia­dów albo wytknię­ci z ambo­ny przez księ­dza. Hodo­wa­li w sobie ten pozor­ny anty­se­mi­tyzm, żeby nie odsta­wać od resz­ty, żeby nikt ich nie posą­dził o jakie­kol­wiek kon­tak­ty z Żyda­mi. 

U pana nie po raz pierw­szy histo­ria rodzin­na sta­je się pre­tek­stem do uru­cho­mie­nia szer­sze­go kon­tek­stu spo­łecz­ne­go. Tak było naj­pierw w poru­sza­ją­cej pro­blem euta­na­zji książ­ce Jak nie zabi­łem swo­je­go ojca i jak bar­dzo tego żału­ję, tak jest teraz w Skó­rze po dziad­ku. Czy liczy pan na to, że tak oso­bi­sta lite­ra­tu­ra może roz­po­cząć dys­ku­sję publicz­ną na waż­ne tema­ty, o któ­rych z regu­ły się nie mówi? 

Od począt­ku mia­łem nadzie­ję na taką reak­cję. O książ­ce Jak nie zabi­łem swo­je­go ojca i jak bar­dzo tego żału­ję szyb­ko zaczę­ło być gło­śno, ale to było nic w porów­na­niu z tym, co wyda­rzy­ło się po spek­ta­klu na jej pod­sta­wie, będą­cym kopro­duk­cją Teatru Łaź­nia Nowa i Teatru im. Ste­fa­na Żerom­skie­go w Kiel­cach. 

Co się wte­dy wyda­rzy­ło? 

Przede wszyst­kim znacz­nie posze­rzył się krąg odbior­ców. Książ­kę kupi­ło oko­ło sześciu–siedmiu tysię­cy osób, a spek­takl obej­rza­ło pra­wie dwa­dzie­ścia tysię­cy. Teraz doj­dą set­ki tysię­cy widzów w związ­ku z emi­sją przed­sta­wie­nia w Teatrze Tele­wi­zji. Ten rezo­nans jest nie­spo­dzie­wa­nie duży. Oka­zu­je się, że choć o tema­cie euta­na­zji gło­śno się nie mówi, wie­lu się nad nim zasta­na­wia. Jestem prze­ko­na­ny, że gdy­bym po spek­ta­klach posta­wił urnę i dał publicz­no­ści moż­li­wość gło­so­wa­nia, ogrom­ny pro­cent był­by skłon­ny sta­nąć po stro­nie legal­no­ści euta­na­zji. Dosta­ję mnó­stwo wia­do­mo­ści od czy­tel­ni­ków i widzów, któ­rzy opo­wia­da­ją mi o swo­ich pry­wat­nych doświad­cze­niach zwią­za­nych ze śmier­cią naj­bliż­szych. Przy tym oka­zu­je się, że jesz­cze waż­niej­szą kwe­stią niż legal­ność euta­na­zji jest moż­li­wość roz­mo­wy o umie­ra­niu i współ­umie­ra­niu. To jest coś, cze­go ludziom bra­ku­je. Czy­tel­ni­cy i widzo­wie czę­sto mówią, że czu­ją ulgę. Waż­ne jest dla nich to, że pew­ne sta­ny i emo­cje zosta­ły nazwa­ne po imie­niu. Spek­takl nie pozo­sta­wia widza jed­nak w total­nym przy­gnę­bie­niu, chy­ba uda­ła się tu rzecz rzad­ka i nie­zwy­kła – dopro­wa­dze­nie do kathar­sis. Sie­dzą­ca na widow­ni publicz­ność prze­ży­wa tę opo­wieść jesz­cze moc­niej niż czy­tel­ni­cy ksią­żek. Skó­ra po dziad­ku rów­nież była pisa­na z myślą o sce­nie. Taka dro­ga do teatru przez pro­zę wyda­je mi się cen­na. Książ­ka daje mi wol­ność. Kie­dy powsta­je, nie muszę myśleć o teatrze. Wiem, że jeśli zechcę, mogę ją póź­niej zaadap­to­wać w spo­sób, jaki będzie mi odpo­wia­dał. 

Skó­ra po dziad­ku to kom­pi­la­cja wie­lu gatun­ków. Pro­za prze­pla­ta się w niej z wier­szem, mono­lo­gi z dia­lo­ga­mi. Czy­ta­jąc, odnio­słam wra­że­nie, że nie­któ­re dia­lo­gi, na przy­kład te wię­zien­ne, były jak­by szy­te pod akto­rów. 

Chy­ba rze­czy­wi­ście nie jestem w sta­nie uciec od dra­ma­to­pi­sar­stwa i tego, że naj­bar­dziej eks­cy­tu­je mnie kon­fron­to­wa­nie posta­ci i wypły­wa­ją­ce z tego dia­lo­gi. To były frag­men­ty książ­ki, któ­re od począt­ku moc­no mi się kry­sta­li­zo­wa­ły. Na przy­kład sce­na (wła­śnie, nawet nazy­wam to sce­ną) spo­tka­nia mojej bab­ci Kaś­ki Par­ki­to­wej i jej sąsiad­ki Kosma­li­ny z Abra­ha­mem Stol­kow­skim, czy­li Żydem, któ­ry póź­niej oca­lił moje­go dziad­ka. Po 1950 roku jako ubek miał dużą wła­dzę, był wyso­kim ofi­ce­rem w Mini­ster­stwie Spraw Wewnętrz­nych. Wyobra­zi­łem sobie dwie wiej­skie kobie­ty, któ­re jadą do War­sza­wy, by pro­sić go o pomoc. Nie znam prze­bie­gu tej sytu­acji, nawet jakoś pośred­nio, z rela­cji dziad­ka, musia­łem to cał­ko­wi­cie wymy­ślić. Cie­ka­we dla mnie do napi­sa­nia było też spo­tka­nie Stol­kow­skie­go z naj­gor­szym kie­lec­kim ube­kiem, Wacła­wem Ziół­kiem, nazy­wa­nym majo­rem Pla­mą ze wzglę­du na wiel­kie czer­wo­ne zna­mię na twa­rzy. Gdy zoba­czy­łem w Muzeum Wię­zie­nia Kie­lec­kie­go jego por­tret, pomy­śla­łem, że to jest postać jak z fil­mów Taran­ti­no. Naj­gor­szy skur…, jakie­go moż­na sobie wyobra­zić. A mógł to być czło­wiek, któ­ry decy­do­wał­by o życiu lub śmier­ci moje­go dziad­ka. 

Czy adap­ta­cja róż­ni się od wer­sji książ­ko­wej? 

Tro­chę tak. Wer­sja sce­nicz­na jest pozba­wio­na więk­szo­ści wąt­ków pobocz­nych. Dłu­go też myśla­łem nad tym, czy w sce­na­riu­szu powin­no się zna­leźć miej­sce dla pana Klek­sa. Jego postać zna­czą­co dopeł­nia tę książ­kę. 

Skąd w tej opo­wie­ści bie­rze się pan Kleks? 

Kil­ka lat temu z moim star­szym synem czy­ta­łem Aka­de­mię pana Klek­sa jako szkol­ną lek­tu­rę. Ze zdu­mie­niem odkry­łem, że jed­na z moich uko­cha­nych ksią­żek z dzie­ciń­stwa zawie­ra w sobie kurio­zal­ne tre­ści. Pan Kleks jest dzi­wa­kiem. Jeże­li­by dziś został dyrek­to­rem szko­ły, to nikt by nie posłał do niej swo­ich dzie­ci. To czło­wiek uza­leż­nio­ny od dziw­nych sub­stan­cji, kar­mią­cy uczniów nama­lo­wa­ny­mi i nadmu­cha­ny­mi potra­wa­mi, któ­re w ich żołąd­kach zmie­nia­ją się w… grud­kę far­by. I dzie­ci zno­wu są głod­ne. Pod­glą­da sny chłop­ców i prze­kształ­ca, kon­tro­lu­je ich myśli. Wyła­nia się z tego strasz­nie dys­to­pij­ny obraz. O co w tym cho­dzi, zaczą­łem rozu­mieć dopie­ro, kie­dy uświa­do­mi­łem sobie, że Jan Brze­chwa był Żydem, a Aka­de­mię pana Klek­sa pisał w cza­sie dru­giej woj­ny świa­to­wej. Aka­de­mia to azyl dla żydow­skich chłop­ców, któ­rzy nie mogli­by prze­trwać ina­czej tego strasz­ne­go cza­su. Pan Kleks kar­mi ich far­bą, malu­jąc naj­róż­niej­sze fry­ka­sy. Dzię­ki wyobraź­ni przez jakiś czas czu­ją się naje­dze­ni. A prze­kształ­ca­nie snów to rodzaj tera­pii. 

Ale ta książ­ka od lat czy­ta­na jest w szko­łach i jakoś na ten jej aspekt nikt nie zwra­ca uwa­gi. 

Nie­ko­niecz­nie. Roz­ma­wia­łem z kil­ko­ma oso­ba­mi z moje­go poko­le­nia, któ­re twier­dzą, że zawsze dostrze­ga­ły w tej baj­ce jakiś mrok, czu­ły go, ale nie mia­ły poję­cia, skąd się on bie­rze. Jest on tak sil­nie wbu­do­wa­ny w nar­ra­cję, że docie­ra do czy­tel­ni­ka pod­skór­nie. Tyl­ko że trze­ba było go nazwać. 

Czy pan w swo­ich książ­kach i spek­ta­klach chce nazy­wać coś, co nie­na­zwa­ne? Czy wła­śnie stąd wzię­ło się zda­nie, od któ­re­go roz­po­czę­li­śmy roz­mo­wę? 

Tak, a tak­że koń­czą­ca książ­kę sce­na z wóz­kiem dzie­cię­cym, któ­ry stał na klat­ce. Moi sąsie­dzi, zamiast powie­dzieć, że ten wózek im prze­szka­dza, wyrzu­ci­li go do śmiet­ni­ka. Mam poczu­cie, że ten frag­ment jest takim pomo­stem łączą­cym prze­szłość ze współ­cze­sno­ścią. Przy­naj­mniej tak to pro­jek­to­wa­łem, myśląc o książ­ce i o spek­ta­klu. Posta­wa moich sąsia­dów, choć nie doty­czy Żydów, ma wie­le wspól­ne­go z posta­wą nie­uświa­do­mio­ne­go anty­se­mi­ty­zmu, o któ­rym piszę na począt­ku.  

Czy to pro­blem Inne­go, o któ­rym pisał Ryszard Kapu­ściń­ski? 

Tak, ale poj­mo­wa­ny w bar­dzo sze­ro­ki spo­sób. Tym Innym może być każ­dy, na przy­kład sąsiad. Kie­dy skoń­czy­łem tę sce­nę, dałem ją do prze­czy­ta­nia żonie. Chcia­łem utwier­dzić się w tym, że rze­czy­wi­ście mogę opo­wie­dzieć tę praw­dzi­wą histo­rię sprzed kil­ku lat. Ona nie mia­ła wąt­pli­wo­ści, że ten frag­ment powi­nien zna­leźć się w książ­ce, ale nie tyl­ko dla­te­go, że doty­czy Inne­go. Poka­zu­ję w nim rów­nież moją wła­sną wście­kłość na tych ludzi. Z tego wyni­ka, że nie wia­do­mo, kto tak napraw­dę był­by w sta­nie zamor­do­wać dru­gą stro­nę. Zosta­wiam czy­tel­ni­ków z poczu­ciem, że wszy­scy może­my stać się kimś takim jak tytu­ło­wi sąsie­dzi z książ­ki Jana Toma­sza Gros­sa i rzu­cić się do mor­do­wa­nia przy nada­rza­ją­cej się oka­zji. Zada­ję sobie pyta­nie, czy ja sam, hodu­jąc w sobie od paru lat nie­chęć do tych ludzi, był­bym tym, któ­ry pierw­szy chwy­cił­by za sie­kie­rę. Wyda­je mi się, że w pew­nym sen­sie uni­wer­sa­li­zu­je się tu kwe­stia nie­na­wi­ści do Dru­gie­go. Sło­wo „Dru­gi” jest tu chy­ba lep­sze niż „Inny”. Nie cho­dzi tu prze­cież o róż­ni­ce w kolo­rze skó­ry czy wyzna­wa­nej reli­gii. W tej sytu­acji miej­sce Żyda może zająć kto­kol­wiek – Ukra­iniec, czło­wiek na gra­ni­cy bia­ło­ru­skiej… 

Ale, koniec koń­ców, wszy­scy znaj­du­je­my się na tej klat­ce scho­do­wej, na któ­rej obok nas miesz­ka ten Dru­gi. I może on nagle, nie wia­do­mo nawet kie­dy, zogni­sko­wać całą naszą nie­życz­li­wość i nie­na­wiść. 

Okładka książki Mateusza Pakuły pod tytułem „Skóra po dziadku”.
Mateusz Pakuła, „Skóra po dziadku”, Agora, Warszawa: 2024.

– prozaik, dramaturg, twórca słuchowisk radiowych.

więcej →

– dziennikarka, publicystka, redaktorka, absolwentka teatrologii na Uniwersytecie Jagiellońskim.

więcej →

Powiązane teksty

04.04.2026
Rozmowy

Język odgrywa istotną rolę w odczłowieczaniu. Percival Everett jest tego świadomy

Percival Everett, świadomy magicznej mocy języka, posługuje się nim jako bronią, co jest naturalne, bo polem bitwy jest tu fikcja literacka. Słowo staje się narzędziem wymierzania sprawiedliwości, gdyż nie można w tej sprawie liczyć na naturę, Boga ani historię. Pozostaje trzymać się magii języka – mówi Tomasz Macios, tłumacz Drzew, w rozmowie z Amelią Sarnowską.