Magda Huzarska-Szumiec: Z okładki pani książki uśmiecha się do nas sympatyczny młody człowiek. Pewien dysonans wprowadza tylko tytuł tomu: Nie ocalony. Czy w ten sposób chciała pani już na samym początku zaznaczyć sprzeczności, z których składało się zarówno życie, jak i pisarstwo Tadeusza Borowskiego?
Marta Byczkowska-Nowak: Cieszę się, że ta okładka budzi emocje. Polubiłam ją od razu właśnie z tego powodu, o którym pani wspomniała. Kiedy myślimy o Tadeuszu Borowskim, który kojarzy się nam z bardzo poważnymi, trudnymi tematami obozowymi, staje nam przed oczami smutny dojrzały człowiek. A przecież to był młody, wciąż stwarzający się chłopak, który miał zaledwie dwadzieścia osiem lat, gdy popełnił samobójstwo. Oprócz mrocznych tematów w jego utworach można odnaleźć mnóstwo lekkości. Miał naturę zgrywusa, rozśmieszał ludzi, podnosił ich na duchu nawet w obozie koncentracyjnym. Myślę, że dysonans, który odnalazła pani na okładce mojej książki, był obecny w całym jego życiu.
Życiu dość tajemniczym. Tak naprawdę do tej pory wiedzieliśmy o Borowskim tylko to, co sam chciał nam powiedzieć i co napisał profesor Tadeusz Drewnowski w Ucieczce z kamiennego świata. Czy zaczynając pracę nad biografią Tadeusza Borowskiego, czuła pani niedosyt wiedzy o pisarzu?
Tak, miałam poczucie, że w jego biografii musi być coś więcej niż rzeczy, o których uczyliśmy się w szkole. Był dla mnie taką nieodrobioną lekcją, sprowadzaną do hasłowych pojęć: przez nauczycieli, przez Zniewolony umysł Czesława Miłosza, który opisał jego uwikłanie w komunizm. Także twórczość Borowskiego, szczególnie ta poetycka, nie była przez nas do końca poznana, choćby z tego powodu, że sam autor nie zdecydował się na jej publikację w całości. Jego koledzy, którzy mieli dostęp do rękopisów po śmierci pisarza, pokazali nam je jedynie w bardzo okrojonej formie. Niektóre z jego wierszy nie były znane do lat 2000.
Od czego zaczęła pani rozwikływanie tajemnic Borowskiego?
Od spraw rodzinnych. Miał pecha urodzić się w złym czasie i złym miejscu. Przyszedł na świat w 1922 roku, czyli był właściwie rówieśnikiem Związku Radzieckiego. Na dodatek działo się to w Żytomierzu, który został po wschodniej stronie granicy Polski. W rodzinie Borowskiego ważne były tradycje niepodległościowe. Przed narodzinami Tadeusza ojciec należał do Polskiej Organizacji Wojskowej, mama wspierała męża w jego działalności patriotycznej. Nie była to rodzina inteligencka, ponieważ nikt w niej nie posiadał wykształcenia uniwersyteckiego, ale ojciec był pracownikiem umysłowym, zajmował się księgowością. Mama czytała dużo wierszy, kochała Słowackiego, który był jej ulubionym poetą.
Kiedy Tadzio miał cztery lata, aresztowano jego tatę za działalność na rzecz Polski. Niebawem do więzienia trafiła także mama chłopca.
Co w tej sytuacji działo się z małym Tadziem?
Przygarnęła go ciotka. Zamieszkał u niej, niedaleko Żytomierza, na terenach tak zwanej Marchlewszczyzny. Znajdowała się ona w okręgu wołyńskim i stanowiła specyficzną polską enklawę w Związku Radzieckim. Tadzio poszedł tam do szkoły, gdzie był indoktrynowany. II Rzeczpospolitą przedstawiano uczniom jako kraj ubóstwa i synonim wszystkiego tego, co najgorsze. Ale młody Borowski wyraźnie nie dał się przekabacić. Znamy wiersze dziesięcioletniego Tadzia, które powstały tuż po jego połączeniu się w Warszawie z rodzicami. W tekstach pisał, że komuniści to ludzie okłamujący lud. Można więc przypuszczać, że wciąż pamiętał idee wpajane mu przez rodziców.
W Warszawie poszedł do dobrego gimnazjum i liceum im. Tadeusza Czackiego. Jakie były w tym czasie jego lektury?
Mam go zawsze przed oczami jako takiego chłopca z książką. On cały czas czytał, był niesłychanie zachłanny na lektury. Sięgał po wszystko, co wpadało mu w ręce. Jako uczeń „Czackiego” miał dostęp do świetnej biblioteki. Pożyczał również książki od kolegów, którzy pochodzili z tak zwanych dobrych domów. Robił to zresztą także wtedy, gdy wybuchła wojna. Sięgał po książki, które wcale nie były modne wśród jego rówieśników. Zaczytywał się w literaturze średniowiecznej. Bardzo lubił Kochanowskiego, który jego zakochanym w awangardzie przyjaciołom wydawał się nudziarzem. Poza tym czytał Biblię, literaturę starożytną i filozoficzną. To były rzeczy, które go fascynowały. Zapewne znał również książki mu współczesne, ale o tych fascynacjach lekturowych wiemy znacznie mniej.
Czy te lektury miały wpływ na jego młodzieńcze wiersze?
Na pewno, szczególnie na te pochodzące z pierwszego tomu, Gdziekolwiek ziemia…, który notabene był drugim wojennym debiutem poetyckim, zaraz po zbiorze wierszy Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. To były wiersze pisane heksametrem, bez wątpienia wzorowane na klasykach starożytności. Odnosiły się także do toposów biblijnych. Można w nich już dostrzec zręby światopoglądu pisarza. Pisał o tym, że zasadą rządzącą światem jest przemoc i wyzyskiwanie niewolników przez kastę panów. Później zajmował się tym samym problemem w swoich opowiadaniach.
A jak debiut młodego poety oceniał profesor Julian Krzyżanowski, na którego tajne komplety uczęszczał Borowski?
Profesor był zakochany w swoim pierwszym wojennym roczniku. Uważał, że to są genialne, złote dzieci, w których objawiły się niezwykłe talenty poetyckie. Jego opinii o tomie Borowskiego wprawdzie nie znamy, wiemy tylko, że zaprzyjaźnił się z młodym poetą. Zresztą to był bardzo ciekawy czas. Wcześniej wykładowcy nie mieli tak bliskich kontaktów ze swoimi studentami. Trudno sobie wyobrazić, żeby na przykład pożyczali im książki ze swoich domowych bibliotek czy interesowali się życiem prywatnym podopiecznych tak jak w trudnych warunkach konspiracyjnych.
Krzyżanowski swoich studentów przyjmował w domu w pantoflach i szlafroku.
Tak, mógł sobie na to pozwolić, ponieważ to były kameralne spotkania. W tajnych kompletach nie uczestniczyło więcej niż kilka osób. Studenci ten rodzaj edukacji nazywali turbonauczaniem. Decydowali się na nie najbardziej zdeterminowani – zarówno uczniowie, jak i pracownicy naukowi, ponieważ w razie wpadki wszystkim groziła kara śmierci.
Na tajne wykłady Krzyżanowskiego przychodziła także ciemnowłosa dziewczyna, Maria Rundo, późniejsza bohaterka książki Tadeusza Borowskiego Pożegnanie z Marią. Czy para tam się poznała?
Tak, w pierwszym roku działalności kompletów. Maria była dwa lata starsza od Tadeusza, dojrzalsza i wyższa, jak podkreślali złośliwi koledzy. Na pierwszy rzut oka mogłoby się zdawać, że ta para zupełnie do siebie nie pasuje. Zresztą nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. Znamy nawet przytoczoną we wspomnieniu Marii treść ich pierwszej rozmowy, która wcale nie była romantyczna, ponieważ dotyczyła jednego z jej referatów. To były czasy, w których nawiązało się wiele trwałych przyjaźni, choć przecież nikt nie wiedział, co przyniesie kolejny dzień.
Jak w takich warunkach rozkwitała ich miłość?
Historię ich miłości znamy przede wszystkim z opowiadań Borowskiego, w których opisuje on spotkania w wynajmowanym pokoju przy ulicy Skaryszewskiej. W U nas, w Auschwitzu wspomina chwile wyrywane brutalnej rzeczywistości wojennej: spotkania po godzinie policyjnej, czerwony szlafrok Marii, wspólne czytanie poezji, dyskusje do rana i widok na zakratowane okna budynku naprzeciw, gdzie mieścił się obóz przejściowy dla ofiar niemieckich łapanek. Zresztą sama Maria przyznała, że niektóre z tych opowiadań można traktować jak dokumentalny zapis ich związku. Wynika z nich, że nie mieli dla siebie zbyt wiele czasu. Miłość była szalenie ważna, owszem, ale oni musieli także pracować ze względu na wprowadzony przez Niemców obowiązek zatrudnienia, poza tym równocześnie studiowali i angażowali się w konspirację.
Ich uczucie rozkwitało w trudnych warunkach, ale – jak wiemy – musiało przetrwać jeszcze gorsze rzeczy, które czekały na nich za drutami obozu koncentracyjnego.
Zanim tam trafili, zostali zatrzymani na Pawiaku. W jakich okolicznościach doszło do ich aresztowania?
Tadeusz opisał to w jednym z opowiadań i jest to zgodne z faktami. Maria wpadła w „kocioł” przygotowany przez gestapowców. To była pierwsza wsypa środowiska PPR‑u, z którym była związana od początku okupacji. Przyszła do konspiracyjnego lokalu, żeby wyrobić fałszywe papiery dla przyjaciółki – uciekinierki z getta. W ten sposób wpadła. Tadeusz dwa dni później poszedł jej śladem, najpewniej wiedząc, w co się pakuje. Stamtąd tak jak Maria trafił na Pawiak.
Czy w tym samym czasie znaleźli się w obozie Auschwitz-Birkenau?
Zostali wywiezieni tego samego dnia w kwietniu 1943 roku, Maria w transporcie kobiecym, Tadeusz w męskim. Szybko się tam odnaleźli dzięki tajnej siatce kurierów przekazujących korespondencję między więźniami. Te listy stały się zaczątkiem prozy, która wstrząsnęła światem.
Czy te listy ocalały czy pisarz odtwarzał je po wojnie z pamięci?
Nie było możliwe, żeby listy czy wiersze przetrwały w warunkach obozowych. Przechowywanie ich było niebezpieczne. Poza tym po ewakuacji Auschwitz oboje ruszyli w dalszą, niebezpieczną tułaczkę, troszcząc się o ratowanie życia, a nie dobytku. Teksty zostały odtworzone po wojnie. Mamy jednak bardzo ważne świadectwo Marii, która po otrzymaniu wydanego już opowiadania była zdumiona, z jaką dokładnością Tadeusz zapamiętał każde słowo z ich listów. To jest ważny trop dla literaturoznawców, którzy zadają sobie pytanie, do jakiego stopnia możemy czytać dzieła pisarza w kontekście jego biografii. Te listy są ważne z jeszcze innego powodu. Otóż one różnią się zdecydowanie od innych oświęcimskich tekstów Borowskiego. Tu nie ma vorarbeitera Tadka, na którego rzucili się czytelnicy, zarzucając bohaterowi chęć przetrwania za wszelką cenę. Tutaj jest Tadeusz mówiący do Marii: zadziwiony, refleksyjny, zdruzgotany katastrofą człowieka. Szkoda, że ich korespondencja nie wybrzmiała w całości tuż po wojnie. Może kierowane w stronę Tadeusza oskarżenia o nihilizm i cwaniactwo byłyby wówczas łagodniejsze.
A dlaczego książka ukazała się tylko we fragmentach?
Powrót do powojennej Polski z zagranicy był odczytany wtedy jako gest polityczny, a nie osobisty. My dziś wiemy, że Tadeusz Borowski przeżywał ogromne rozterki w 1945 i 1946 roku. Rozważał różne opcje, zastanawiał się, co zrobić ze swoim życiem, brał nawet pod uwagę szalony pomysł wyjazdu do Kanady i pracy na farmie. Wcale nie miał zamiaru wracać do kraju, żeby rzucić się w ramiona komunistów i oddać się budowaniu nowego ustroju. Ale przez polską emigrację jego powrót właśnie tak został odczytany. Uznano to za zdradę. W związku z tym większość nakładu wydanego w Monachium zaraz po wojnie tomu Byliśmy w Oświęcimiu, napisanego przez Borowskiego wspólnie z Krystynem Olszewskim i Nelem Siedleckim, poszła na przemiał. Nie było nawet pieniędzy na zmagazynowanie wydrukowanych egzemplarzy. Nikt nie chciał kupić tej książki, pieczołowicie opracowanej przez przedwojennego wydawcę Anatola Girsa. To ten słynny pierwszy nakład, którego część egzemplarzy została oprawiona w obozowe pasiaki, a część w skórzane fragmenty mundurów esesmańskich.
Czy już wtedy Borowski zaczął być utożsamiany z postacią literacką, którą stworzył?
Ten kardynalny błąd popełniło wielu czytelników i krytyków. Jeżeli w listach do Marii był rzeczywiście Tadeuszem, to vorarbeiter Tadek z opowiadań oświęcimskich był tylko – albo aż – kreacją literacką. Ten gest twórczy nie został odczytany. Nie zadano sobie pytania, dlaczego bohater ma takie, a nie inne cechy, dlaczego zachowuje się tak, a nie inaczej. Wiele osób sądziło, że jest to pamiętnik autora. Dziś – dzięki świadectwom przekazanym przez kolegów Borowskiego z obozu – wiemy, że jego zachowanie było zupełnie inne od zachowania Tadka. Gdyby czytelnicy znali wstęp, który został zamieszczony w pierwszym wydaniu Byliśmy w Oświęcimiu i rzucał światło na intencje i metodę twórców, pewnie nie łączyliby tych dwóch różnych bytów. Niestety, dostali do ręki tylko pojedyncze opowiadania zamieszczone w prasie literackiej. I to właśnie one wywołały awanturę. Paweł Jasienica jako jeden z pierwszych napisał zjadliwą recenzję z tych opowiadań, podkreślając ich cynizm i brak wyraźnego przeciwstawienia się złu. W reakcji na to Borowski wysłał mu książkę ze wstępem, który wszystko tłumaczył. Jasienica mu odpowiedział, wyrażał żal, że nie przeczytał tej książki w całości, może wtedy – jak pisał – jego recenzja byłaby mądrzejsza. Potem podjął się trudu wytłumaczenia czytelnikom, że autor to nie bohater. Oczywiście byli również krytycy, tacy jak Stefan Kisielewski, którzy od razu zorientowali się, w czym rzecz. Ale mimo to całe nieporozumienie ciągnie się za Borowskim aż do dziś.
To w takim razie w jaki sposób pisarz Tadeusz Borowski, a nie vorarbeiter Tadek, wygrał w obozie życie?
Wszystkie wspomnienia z obozów, a przeszedł przez trzy: Auschwitz-Birkenau, Natzweiler-Dautmergen i Dachau, potwierdzają, że Borowski nie był typem cwaniaczka radzącego sobie w każdej sytuacji, lecz człowiekiem, którym trzeba było się opiekować. Prawdopodobnie nie przeżyłby, gdyby nie obecność życzliwych mu ludzi. Najtrudniejszym okresem dla każdego więźnia były obozowe początki, a także zima, kiedy umierało najwięcej nowo przybyłych. Tadeusz chyba nie miałby szansy, gdyby inni więźniowe mu nie pomogli. Kiedy zachorował, bardzo troskliwie zajęto się nim w szpitalu, ponieważ lekarze w pierwszej kolejności starali się ratować młodych ludzi. Zyskał tam powszechną sympatię innych pacjentów, gdyż z natury był bardzo przyjacielski, życzliwy. Poza tym pisał wiersze, a to budziło szacunek. Mianowano go szpitalnym poetą, załatwiono fuchę pielęgniarza i pozwolono mu zostać znacznie dłużej „na rewirze” niż innym chorym.
Można więc powiedzieć, że w pewnym sensie to poezja ocaliła mu życie w Auschwitz.
Pacjenci prosili go, żeby pisał te wiersze w sposób jasny, by wszyscy mogli je zrozumieć.
I do tego miały być wesołe. Te wiersze się nie zachowały. Znamy tylko jedną piosenkę, którą napisał ku pokrzepieniu serc.
Taka postawa jest rzeczywiście zaprzeczeniem tego, co robił bohater jego opowiadań. Po jakie źródła pani sięgnęła, żeby tego dowieść?
Potrzebna była mi do tego dokładna kwerenda, a także rekonstrukcja kontekstów, w jakich do tej pory opowiadano nam o Borowskim. Mam wrażenie, że to było niekiedy ważniejsze niż szukanie kolejnych szczegółów z życia pisarza, które przemawiałyby na jego korzyść. Wszyscy wiemy, że każdą narrację można tworzyć na różne sposoby. Nieocenionym źródłem była dla mnie oczywiście Ucieczka z kamiennego świata Tadeusza Drewnowskiego – pierwsza i jedyna do czasu mojej książki biografia pisarza, a równocześnie ważna literaturoznawczo pozycja, która ukazała się w 1972 roku. Choć dużo czerpałam z tego źródła, to musiałam je również nieco podważyć, ponieważ ciążenie ideologiczne związane z datą wydania jest tam widoczne. Często, co widać w książce, sięgałam także po poezję Borowskiego, którą pisał od dzieciństwa niemal do końca życia: nie jest prawdą, że ją porzucił, choć rzeczywiście przestał publikować wiersze. Są one świetną kroniką nie tylko epoki, ale także życia wewnętrznego twórcy. Oczywiście spenetrowałam archiwa IPN. Podczas tej kwerendy przeżyłam wiele zaskoczeń, jak choćby wtedy, kiedy zorientowałam się, że akta związane z początkami wywiadu PRL (a w biografii Borowskiego mamy budzący emocje epizod wywiadowczy) są wciąż w chaotycznym stanie, nie do końca uporządkowane. Kiedy zostaną dokładnie przebadane, być może jeszcze coś nowego wyjdzie na światło dzienne. Poza tym ważnym źródłem, którego mi brakowało i zapewne brakuje czytelnikowi mojej książki, są rozmowy z bliskimi pisarza. Niewiele już zostało żyjących osób, które znały go osobiście. Udało mi się dotrzeć do Jacka Bocheńskiego. To on mi zademonstrował, w jaki sposób Borowski chodził, jak mówił. Nie mogła mi w tym pomóc córka autora Pożegnania z Marią, ponieważ kiedy jej tato popełnił samobójstwo, miała zaledwie kilka dni. Udało mi się porozmawiać z bratanicą pisarza, która wprawdzie nie znała go osobiście, ale bardzo interesowała się jego osobą i miała wiedzę o tym, co mówiono w rodzinie na jego temat.
Powiedziała pani, że pewne tropy biograficzne Borowski zostawił w swoich wierszach. Czy także w tych, które powstawały w Monachium zaraz po wojnie?
Te monachijskie wiersze są szalenie ciekawe, bo pokazują mało znane momenty z naszej historii. Obozy dla dipisów, w których przebywał pisarz, są wciąż słabo opisane w literaturze – poza Obozem Wszystkich Świętych Tadeusza Nowakowskiego pewnie niewiele przychodzi nam do głowy, przynajmniej w pierwszym skojarzeniu. To był niezwykle ciekawy i buzujący tygiel powojennego życia: polityczny, kulturowy, egzystencjalny. Ci ludzie znaleźli się w sytuacji zawieszenia, nie wiedzieli, co mają ze sobą zrobić, czy mają dokąd wracać, czy mogą wrócić do kraju pod rządami komunistów, czy są już wolni czy wciąż zniewoleni. W wierszach monachijskich Borowskiego wybrzmiewają wszystkie te dylematy. Są tu pierwsze sygnały konieczności rozliczenia się z tym, co się stało, pierwsze pytania o to, czy pisanie poezji po wojnie jest możliwe. Swój powojenny tom wierszy Imiona nurtu poeta otwiera deklaracją, że będzie próbował na te pytania odpowiedzieć, że będzie uczył się od nowa „mówić” poezją.
W utworze Stracona jest noc bez wierszy Borowski pisze: „A wieczorem każą mi, męczą / żebym pisał, moi przyjaciele / więc piszę: druty, komin, Oświęcim / i składam do kupy nowele”. Czy chodziło mu już wtedy o opowiadania, które niebawem miały stać się „odkryciem literatury światowej” – jak pisze pani w swojej książce?
Nie tylko ja uważam je za odkrycie na taką skalę. Pisarz w mistrzowskiej formie przenicował tu z hukiem wiele mitów. Czytelnicy oczekiwali uświęcenia ofiar i racjonalizacji tragedii, a dobrym kluczem była oczywiście martyrologia, czyli trop dobrze znany w naszej literaturze. Sprawdzonym kontekstem dla powojennych rozliczeń był też kontekst katolicki, po który sięgało wielu pisarzy.
Odpowiedź Borowskiego brzmiała: tej katastrofy nie można sobie tak prosto tłumaczyć. Pisarz twierdził, że w obozie nie istniał czytelny podział na dobro i zło.
Nie było tam ani diabłów, ani aniołów, a ziemia wcale się nie rozstąpiła, żeby ukazać piekło i ukarać ludzi za grzechy. Borowski nie zgadzał się kategorycznie z takim stawianiem sprawy. Uważał, że zło nie przyszło z zewnątrz, a wzięło się po prostu z nas. To my doprowadziliśmy do takiej sytuacji w Europie, że obozy były w ogóle możliwe. Tadeusz Drewnowski operuje pojęciem „rzeczywistość koncentracyjna”, która – według Borowskiego – nie pojawiła się w momencie powstania obozów i nie przestała istnieć w chwili ich zamknięcia. I o tym są jego opowiadania. Pokazują one człowieka bez płaszczyka religii, konwenansu, tradycji, w które wygodnie się jest ubrać, żeby przypadkiem nie skonfrontować się ze swoim nagim odbiciem w lustrze. Ta lekcja była potwornie trudna, szczególnie dla zdruzgotanego wojną społeczeństwa, i to był jeden z powodów, które sprawiły, że Borowskiego atakowano.
Borowski także nie pozostawał bierny. To on wystąpił przeciwko znanej katolickiej pisarce Zofii Kossak-Szczuckiej i jej obozowej książce Z otchłani.
W tej sprawie jak w soczewce skupiło się wszystko, o czym rozmawiamy. Kossak-Szczucka w swojej książce, będącej wspomnieniem z Auschwitz, zawarła dokładnie to, z czym pisarz walczył: uproszczenia, tanie moralizatorstwo, mity, bajkowe – zdaniem Borowskiego – opowieści zaprzeczające prawdzie o tym, co działo się za drutami kolczastymi. Borowski zarzucił pisarce zakłamywanie rzeczywistego obrazu świata przez obecny w jej prozie mistycyzm, uwznioślenie cierpiących ofiar, czytanie wszystkiego według klucza katolickiego, mówiącego o winie i karze. Poza tym nie mógł ścierpieć megalomanii narodowej, której w jej książce nie brakowało. Dodał do tego stwierdzenie, że o Auschwitz nie można pisać inaczej niż w pierwszej osobie. Podkreślał, że byli więźniowie nie mogą wymazywać siebie z całej tej historii, ponieważ każdy z nich był w pewien sposób częścią machiny zbrodni. Dzisiaj historycy to potwierdzają, mówią, że obozy nie działałyby tak sprawnie, gdyby więźniowie nie poddali się planom nazistów. Przecież liczebność esesmanów i więźniów była nieporównywalna.
Dzisiaj te słowa również mogą budzić sprzeciw. Wyobrażam sobie jednak, jakie reakcje musiały wywoływać zaraz po wojnie.
I właśnie za to Borowski oberwał. Stał się ofiarą prasowej nagonki. Mimo tego kontynuował misję prowadzoną za pomocą literatury jeszcze w opowiadaniach z tomu Kamienny świat. Niebawem w polskiej literaturze pojawił się jednak socrealizm, a tam już nie było miejsca dla treści tego rodzaju. Nadszedł moment, w którym pisarz, mimo dużego uznania, stał się dla krytyki chłopcem do bicia. W listach do Tadeusza Różewicza pisał, że czuje się odtrącony przez środowisko literackie, że ono nie traktuje go poważnie, że jego nazwiska nie ma na żadnej liście do tłumaczeń zagranicznych. Środowisko go nie rozumiało (a może trochę się go obawiało), podobnie jak czytelnicy. Jasienica napisał wtedy, że „ludzie nie lubią, żeby ich budzić, wolą spać”.
Mimo że stanął po stronie partii, partia nie stanęła po jego stronie. Musiał złożyć samokrytykę.
W partii chyba także się go obawiano – ze względu na to, co pisał, ale również ze względu na jego nadmierną zapalczywość, nawet wtedy, kiedy już postanowił wesprzeć piórem budowanie nowego ustroju. Ta agresywna momentami zaciekłość, widoczna szczególnie w publicystyce, której się wtedy oddał, bywała zbyt duża nawet dla mocodawców. Ale ona wynikała z psychiki Borowskiego, który funkcjonował często w dwóch przeciwstawnych stanach: marazmu albo nadmiarowej aktywności.
Podkreśla pani w książce, że z niestabilnością emocjonalną mierzył się niemal od wczesnej młodości. Czy to właśnie z powodu coraz częstszych kryzysów psychicznych Tadeusza Maria postanowiła w końcu wrócić do kraju?
Tak, zrozumiała, że musi się nim zaopiekować. Po wyjściu z obozu znalazła się w Szwecji. Trafiła tam dzięki tak zwanym białym autobusom hrabiego Bernadotte, który wysyłał je, żeby ratować więźniów likwidowanych nazistowskich obozów koncentracyjnych. Maria nie mogła tak po prostu wrócić do domu: przez długi czas po wojnie nie pozwalało jej na to zdrowie, nie było także infrastruktury, nie działał transport. Europa była dzikim kontynentem. Nawet listowne kontaktowanie się z Tadeuszem stało się wielkim problemem. Listy niekiedy wędrowały do adresatów miesiącami. Do tego doszedł kontekst polityczny, czyli pytanie, czy wracać do komunistycznej Polski. Maria panicznie bała się NKWD, była przekonana, że jest śledzona. Dużo później przyznała, że nigdy by nie wróciła, gdyby nie Tadeusz. Ale jego stan ją przeraził. Wywnioskowała z listów, że on znowu popada w depresję. Chciała go ratować. Zresztą ten powrót również nie był wesoły. Tuż po zejściu ze statku została zabrana ciężarówką do obozu Państwowego Urzędu Repatriacyjnego. Znowu znalazła się – wprawdzie na jedną noc, ale jednak – za kolczastymi drutami.
Z pani książki wynika, że bardzo za sobą tęsknili. Ale mimo to niebawem po powrocie Marii w życiu Tadeusza pojawiła się kolejna kobieta. Kim była Dżennet?
Dżennet Połtorzycka-Stampf’l przez wielu kojarzona jest z popularnym słuchowiskiem Matysiakowie, które tworzyła. Poznali się w radiu. Nie wiem, czy romans z Dżennet zawiesił czy unieważnił wielką miłość Tadeusza do Marii. Wiemy tylko, że trwał dokładnie tyle, co ciąża Marii. Ona miała świadomość tego, co się dzieje, powiedziała mu nawet, że sama sobie poradzi z dzieckiem. Ale on nie potrafił jej zostawić. Wiedział, że to Maria jest dla niego siłą napędową. Ten ostatni okres życia Borowskiego był skomplikowanym i trudnym do zrozumienia splotem różnych uwarunkowań, również tych związanych z psychiką. Co ciekawe, Dżennet odbierała Tadeusza kompletnie inaczej niż Maria i inne bliskie mu osoby. Widziała go zawsze jako mężczyznę wesołego, energicznego, pełnego planów na przyszłość. Mówiła, że nie miał żadnej depresji, i nie wierzyła, że popełnił samobójstwo. Dziś suicydologia potrafi to wyjaśnić, dowodząc, że człowiek w kryzysie potrafi sprawnie zmieniać maski, a cały proces, który prowadzi do targnięcia się na swoje życie, rozkłada się na etapy i może trwać przez wiele lat. Człowiek na chwilę odzyskuje siłę do życia, po której przychodzą okresy depresji.
A czy suicydologia może wytłumaczyć fakt, że Borowski zaproponował Marii, żeby razem z nim popełniła samobójstwo? Pamiętajmy przy tym, że spodziewała się wtedy dziecka.
Według specjalistów można taką propozycję traktować w kategoriach czynu altruistycznego osoby znajdującej się w kryzysie psychicznym. Świat jawi się jej jako tak podłe i okropne miejsce, że nie chce ona zostawić na nim bliskich osób. Świadczy to także o niezwykle silnej więzi, jaka łączyła Tadeusza z Marią, nawet podczas jego zaangażowania w relację romantyczną z Dżennet. Na stan Borowskiego niewątpliwie miał wpływ powojenny zespół stresu pourazowego. Wtedy PTSD nie był diagnozowany ani leczony.
Tadeusz pod wpływem Marii poszedł wprawdzie do cieszącego się dobrą opinią psychiatry, lecz ten stwierdził, że pisarz jest po prostu zmęczony.
Po śmierci Borowskiego długo nie mówiło się o samobójstwie, tylko o wypadku. Dlaczego?
Słowo samobójstwo nie było używane ze względów obyczajowych, a także politycznych. Komunista nie popełnia samobójstwa. Dobry towarzysz miał być pełen radości i wiary w nowy ustrój, krzepki i pozbawiony wątpliwości. Choć wszystkie wspomnienia ludzi, którzy znajdowali się blisko pisarza, świadczą o tym, że było to samobójstwo, fakt ten przez lata pozostawał tajemnicą poliszynela. Jeszcze bardziej dojmujące było to, że autor głośnego opowiadania Proszę państwa do gazu odkręcił w swoim mieszkaniu kurki z gazem. Możemy zauważyć w tym makabryczną symbolikę.
Czy Tadzio, postać, którą wprowadziła pani do książki i skonfrontowała z twórczością Borowskiego, reaguje jakoś na śmierć pisarza?
Tadzio jest figurą, konstruktem, a nie postacią z krwi i kości. W związku z tym uznałam, że na śmierć pisarza nie musi w żaden sposób reagować. Tadzio pojawia się tylko w tych momentach, kiedy jest mi do czegoś potrzebny.
Dlaczego pani wymyśliła tę postać?
Uznałam, że wszyscy potrzebujemy dziś tej figury naiwnego czytelnika, który przyjrzy się życiu i twórczości Borowskiego bez resentymentów, zbędnych naleciałości, bez krzywdzących narracji i legend narosłych wokół pisarza.
Tadzio patrzy na Borowskiego z perspektywy chłopaka z telefonem komórkowym w ręce. Czytam to jako spojrzenie z perspektywy dzisiejszego młodego pokolenia.
Skonstruowany w ten sposób Tadzio pomaga mi między innymi pochylić się nad recepcją opowiadań Borowskiego. Rozmawiamy dziś o retraumatyzacji, zastanawiamy się, jak działa na nas fakt, że żyjemy na grobach, których ślady są obecne w przestrzeni miejskiej czy w historiach rodzinnych. Warto więc zadać sobie pytanie o to, do jakiego stopnia służy nam trwanie w martyrologicznym czytaniu historii. Może powinniśmy się zastanowić, jak te historie uszanować, ale równocześnie jakoś je zamknąć i pójść dalej bez obciążeń, które ze sobą niosą. Myślę, że Tadeusz Borowski stawia nas również przed takimi problemami.
Może wrażliwość takich młodych ludzi jak Tadzio ocali dziś „nieocalonego” Borowskiego?
Właśnie tego bym sobie życzyła. Może młody czytelnik, który nie ma pretensji do pisarza o zdradę narodu i pokazywanie tego, co się wydarzyło, bez jakiegokolwiek „filtra”, dotrze do sedna tego, co pisarz próbował nam powiedzieć. Po spotkaniach z czytelnikami w różnych miejscach Polski zaczynam w to wierzyć. Uczniowie i studenci mówią mi, że lektura utworów Borowskiego robi na nich piorunujące wrażenie, takie samo jakie dwadzieścia lat temu robiła na mnie. Tyle że oni stawiają sobie pytania o ludobójstwo w inny sposób, niż sama kiedyś zwykłam to robić, na przykład przeglądają „rolki” na Instagramie. To, co oglądają, utwierdza ich w przekonaniu, że – tak jak pisał autor Proszę państwa do gazu – wciąż jesteśmy wprzęgnięci w machinę zła, jeśli nie przez czynny współudział, to przez dziką bierność. Fakt, że rozmawiamy o tym na spotkaniach, że czytelnicy piszą do mnie, że po lekturze biografii po latach wracają do Borowskiego, odkrywając, w jaki sposób on mówi do nas, dzisiejszych, budzi we mnie dużo nadziei.