Ocalić Borowskiego

Mag­da Huzar­ska-Szu­miec: Z okład­ki pani książ­ki uśmie­cha się do nas sym­pa­tycz­ny mło­dy czło­wiek. Pewien dyso­nans wpro­wa­dza tyl­ko tytuł tomu: Nie oca­lo­ny. Czy w ten spo­sób chcia­ła pani już na samym począt­ku zazna­czyć sprzecz­no­ści, z któ­rych skła­da­ło się zarów­no życie, jak i pisar­stwo Tade­usza Borow­skie­go?

Mar­ta Bycz­kow­ska-Nowak: Cie­szę się, że ta okład­ka budzi emo­cje. Polu­bi­łam ją od razu wła­śnie z tego powo­du, o któ­rym pani wspo­mnia­ła. Kie­dy myśli­my o Tade­uszu Borow­skim, któ­ry koja­rzy się nam z bar­dzo poważ­ny­mi, trud­ny­mi tema­ta­mi obo­zo­wy­mi, sta­je nam przed ocza­mi smut­ny doj­rza­ły czło­wiek. A prze­cież to był mło­dy, wciąż stwa­rza­ją­cy się chło­pak, któ­ry miał zale­d­wie dwa­dzie­ścia osiem lat, gdy popeł­nił samo­bój­stwo. Oprócz mrocz­nych tema­tów w jego utwo­rach moż­na odna­leźć mnó­stwo lek­ko­ści. Miał natu­rę zgry­wu­sa, roz­śmie­szał ludzi, pod­no­sił ich na duchu nawet w obo­zie kon­cen­tra­cyj­nym. Myślę, że dyso­nans, któ­ry odna­la­zła pani na okład­ce mojej książ­ki, był obec­ny w całym jego życiu.

Życiu dość tajem­ni­czym. Tak napraw­dę do tej pory wie­dzie­li­śmy o Borow­skim tyl­ko to, co sam chciał nam powie­dzieć i co napi­sał pro­fe­sor Tade­usz Drew­now­ski w Uciecz­ce z kamien­ne­go świa­ta. Czy zaczy­na­jąc pra­cę nad bio­gra­fią Tade­usza Borow­skie­go, czu­ła pani nie­do­syt wie­dzy o pisa­rzu?

Tak, mia­łam poczu­cie, że w jego bio­gra­fii musi być coś wię­cej niż rze­czy, o któ­rych uczy­li­śmy się w szko­le. Był dla mnie taką nie­odro­bio­ną lek­cją, spro­wa­dza­ną do hasło­wych pojęć: przez nauczy­cie­li, przez Znie­wo­lo­ny umysł Cze­sła­wa Miło­sza, któ­ry opi­sał jego uwi­kła­nie w komu­nizm. Tak­że twór­czość Borow­skie­go, szcze­gól­nie ta poetyc­ka, nie była przez nas do koń­ca pozna­na, choć­by z tego powo­du, że sam autor nie zde­cy­do­wał się na jej publi­ka­cję w cało­ści. Jego kole­dzy, któ­rzy mie­li dostęp do ręko­pi­sów po śmier­ci pisa­rza, poka­za­li nam je jedy­nie w bar­dzo okro­jo­nej for­mie. Nie­któ­re z jego wier­szy nie były zna­ne do lat 2000.

Od cze­go zaczę­ła pani roz­wi­kły­wa­nie tajem­nic Borow­skie­go?

Od spraw rodzin­nych. Miał pecha uro­dzić się w złym cza­sie i złym miej­scu. Przy­szedł na świat w 1922 roku, czy­li był wła­ści­wie rówie­śni­kiem Związ­ku Radziec­kie­go. Na doda­tek dzia­ło się to w Żyto­mie­rzu, któ­ry został po wschod­niej stro­nie gra­ni­cy Pol­ski. W rodzi­nie Borow­skie­go waż­ne były tra­dy­cje nie­pod­le­gło­ścio­we. Przed naro­dzi­na­mi Tade­usza ojciec nale­żał do Pol­skiej Orga­ni­za­cji Woj­sko­wej, mama wspie­ra­ła męża w jego dzia­łal­no­ści patrio­tycz­nej. Nie była to rodzi­na inte­li­genc­ka, ponie­waż nikt w niej nie posia­dał wykształ­ce­nia uni­wer­sy­tec­kie­go, ale ojciec był pra­cow­ni­kiem umy­sło­wym, zaj­mo­wał się księ­go­wo­ścią. Mama czy­ta­ła dużo wier­szy, kocha­ła Sło­wac­kie­go, któ­ry był jej ulu­bio­nym poetą.

Kiedy Tadzio miał cztery lata, aresztowano jego tatę za działalność na rzecz Polski. Niebawem do więzienia trafiła także mama chłopca.

Co w tej sytu­acji dzia­ło się z małym Tadziem?

Przy­gar­nę­ła go ciot­ka. Zamiesz­kał u niej, nie­da­le­ko Żyto­mie­rza, na tere­nach tak zwa­nej Mar­chlewsz­czy­zny. Znaj­do­wa­ła się ona w okrę­gu wołyń­skim i sta­no­wi­ła spe­cy­ficz­ną pol­ską enkla­wę w Związ­ku Radziec­kim. Tadzio poszedł tam do szko­ły, gdzie był indok­try­no­wa­ny. II Rzecz­po­spo­li­tą przed­sta­wia­no uczniom jako kraj ubó­stwa i syno­nim wszyst­kie­go tego, co naj­gor­sze. Ale mło­dy Borow­ski wyraź­nie nie dał się prze­ka­ba­cić. Zna­my wier­sze dzie­się­cio­let­nie­go Tadzia, któ­re powsta­ły tuż po jego połą­cze­niu się w War­sza­wie z rodzi­ca­mi. W tek­stach pisał, że komu­ni­ści to ludzie okła­mu­ją­cy lud. Moż­na więc przy­pusz­czać, że wciąż pamię­tał idee wpa­ja­ne mu przez rodzi­ców.

W War­sza­wie poszedł do dobre­go gim­na­zjum i liceum im. Tade­usza Czac­kie­go. Jakie były w tym cza­sie jego lek­tu­ry?

Mam go zawsze przed ocza­mi jako takie­go chłop­ca z książ­ką. On cały czas czy­tał, był nie­sły­cha­nie zachłan­ny na lek­tu­ry. Się­gał po wszyst­ko, co wpa­da­ło mu w ręce. Jako uczeń „Czac­kie­go” miał dostęp do świet­nej biblio­te­ki. Poży­czał rów­nież książ­ki od kole­gów, któ­rzy pocho­dzi­li z tak zwa­nych dobrych domów. Robił to zresz­tą tak­że wte­dy, gdy wybu­chła woj­na. Się­gał po książ­ki, któ­re wca­le nie były mod­ne wśród jego rówie­śni­ków. Zaczy­ty­wał się w lite­ra­tu­rze śre­dnio­wiecz­nej. Bar­dzo lubił Kocha­now­skie­go, któ­ry jego zako­cha­nym w awan­gar­dzie przy­ja­cio­łom wyda­wał się nudzia­rzem. Poza tym czy­tał Biblię, lite­ra­tu­rę sta­ro­żyt­ną i filo­zo­ficz­ną. To były rze­czy, któ­re go fascy­no­wa­ły. Zapew­ne znał rów­nież książ­ki mu współ­cze­sne, ale o tych fascy­na­cjach lek­tu­ro­wych wie­my znacz­nie mniej.

Czy te lek­tu­ry mia­ły wpływ na jego mło­dzień­cze wier­sze?

Na pew­no, szcze­gól­nie na te pocho­dzą­ce z pierw­sze­go tomu, Gdzie­kol­wiek zie­mia…, któ­ry nota­be­ne był dru­gim wojen­nym debiu­tem poetyc­kim, zaraz po zbio­rze wier­szy Krzysz­to­fa Kami­la Baczyń­skie­go. To były wier­sze pisa­ne hek­sa­me­trem, bez wąt­pie­nia wzo­ro­wa­ne na kla­sy­kach sta­ro­żyt­no­ści. Odno­si­ły się tak­że do topo­sów biblij­nych. Moż­na w nich już dostrzec zrę­by świa­to­po­glą­du pisa­rza. Pisał o tym, że zasa­dą rzą­dzą­cą świa­tem jest prze­moc i wyzy­ski­wa­nie nie­wol­ni­ków przez kastę panów. Póź­niej zaj­mo­wał się tym samym pro­ble­mem w swo­ich opo­wia­da­niach.

A jak debiut mło­de­go poety oce­niał pro­fe­sor Julian Krzy­ża­now­ski, na któ­re­go taj­ne kom­ple­ty uczęsz­czał Borow­ski?

Pro­fe­sor był zako­cha­ny w swo­im pierw­szym wojen­nym rocz­ni­ku. Uwa­żał, że to są genial­ne, zło­te dzie­ci, w któ­rych obja­wi­ły się nie­zwy­kłe talen­ty poetyc­kie. Jego opi­nii o tomie Borow­skie­go wpraw­dzie nie zna­my, wie­my tyl­ko, że zaprzy­jaź­nił się z mło­dym poetą. Zresz­tą to był bar­dzo cie­ka­wy czas. Wcze­śniej wykła­dow­cy nie mie­li tak bli­skich kon­tak­tów ze swo­imi stu­den­ta­mi. Trud­no sobie wyobra­zić, żeby na przy­kład poży­cza­li im książ­ki ze swo­ich domo­wych biblio­tek czy inte­re­so­wa­li się życiem pry­wat­nym pod­opiecz­nych tak jak w trud­nych warun­kach kon­spi­ra­cyj­nych.

Krzy­ża­now­ski swo­ich stu­den­tów przyj­mo­wał w domu w pan­to­flach i szla­fro­ku.

Tak, mógł sobie na to pozwo­lić, ponie­waż to były kame­ral­ne spo­tka­nia. W taj­nych kom­ple­tach nie uczest­ni­czy­ło wię­cej niż kil­ka osób. Stu­den­ci ten rodzaj edu­ka­cji nazy­wa­li tur­bo­nau­cza­niem. Decy­do­wa­li się na nie naj­bar­dziej zde­ter­mi­no­wa­ni – zarów­no ucznio­wie, jak i pra­cow­ni­cy nauko­wi, ponie­waż w razie wpad­ki wszyst­kim gro­zi­ła kara śmier­ci.

Na taj­ne wykła­dy Krzy­ża­now­skie­go przy­cho­dzi­ła tak­że ciem­no­wło­sa dziew­czy­na, Maria Run­do, póź­niej­sza boha­ter­ka książ­ki Tade­usza Borow­skie­go Poże­gna­nie z Marią. Czy para tam się pozna­ła?

Tak, w pierw­szym roku dzia­łal­no­ści kom­ple­tów. Maria była dwa lata star­sza od Tade­usza, doj­rzal­sza i wyż­sza, jak pod­kre­śla­li zło­śli­wi kole­dzy. Na pierw­szy rzut oka mogło­by się zda­wać, że ta para zupeł­nie do sie­bie nie pasu­je. Zresz­tą nie była to miłość od pierw­sze­go wej­rze­nia. Zna­my nawet przy­to­czo­ną we wspo­mnie­niu Marii treść ich pierw­szej roz­mo­wy, któ­ra wca­le nie była roman­tycz­na, ponie­waż doty­czy­ła jed­ne­go z jej refe­ra­tów. To były cza­sy, w któ­rych nawią­za­ło się wie­le trwa­łych przy­jaź­ni, choć prze­cież nikt nie wie­dział, co przy­nie­sie kolej­ny dzień.

Jak w takich warun­kach roz­kwi­ta­ła ich miłość?

Histo­rię ich miło­ści zna­my przede wszyst­kim z opo­wia­dań Borow­skie­go, w któ­rych opi­su­je on spo­tka­nia w wynaj­mo­wa­nym poko­ju przy uli­cy Ska­ry­szew­skiej. W U nas, w Auschwit­zu wspo­mi­na chwi­le wyry­wa­ne bru­tal­nej rze­czy­wi­sto­ści wojen­nej: spo­tka­nia po godzi­nie poli­cyj­nej, czer­wo­ny szla­frok Marii, wspól­ne czy­ta­nie poezji, dys­ku­sje do rana i widok na zakra­to­wa­ne okna budyn­ku naprze­ciw, gdzie mie­ścił się obóz przej­ścio­wy dla ofiar nie­miec­kich łapa­nek. Zresz­tą sama Maria przy­zna­ła, że nie­któ­re z tych opo­wia­dań moż­na trak­to­wać jak doku­men­tal­ny zapis ich związ­ku. Wyni­ka z nich, że nie mie­li dla sie­bie zbyt wie­le cza­su. Miłość była sza­le­nie waż­na, owszem, ale oni musie­li tak­że pra­co­wać ze wzglę­du na wpro­wa­dzo­ny przez Niem­ców obo­wią­zek zatrud­nie­nia, poza tym rów­no­cze­śnie stu­dio­wa­li i anga­żo­wa­li się w kon­spi­ra­cję.

Ich uczucie rozkwitało w trudnych warunkach, ale – jak wiemy – musiało przetrwać jeszcze gorsze rzeczy, które czekały na nich za drutami obozu koncentracyjnego.

Zanim tam tra­fi­li, zosta­li zatrzy­ma­ni na Pawia­ku. W jakich oko­licz­no­ściach doszło do ich aresz­to­wa­nia?

Tade­usz opi­sał to w jed­nym z opo­wia­dań i jest to zgod­ne z fak­ta­mi. Maria wpa­dła w „kocioł” przy­go­to­wa­ny przez gesta­pow­ców. To była pierw­sza wsy­pa śro­do­wi­ska PPR‑u, z któ­rym była zwią­za­na od począt­ku oku­pa­cji. Przy­szła do kon­spi­ra­cyj­ne­go loka­lu, żeby wyro­bić fał­szy­we papie­ry dla przy­ja­ciół­ki – ucie­ki­nier­ki z get­ta. W ten spo­sób wpa­dła. Tade­usz dwa dni póź­niej poszedł jej śla­dem, naj­pew­niej wie­dząc, w co się paku­je. Stam­tąd tak jak Maria tra­fił na Pawiak.

Czy w tym samym cza­sie zna­leź­li się w obo­zie Auschwitz-Bir­ke­nau?

Zosta­li wywie­zie­ni tego same­go dnia w kwiet­niu 1943 roku, Maria w trans­por­cie kobie­cym, Tade­usz w męskim. Szyb­ko się tam odna­leź­li dzię­ki taj­nej siat­ce kurie­rów prze­ka­zu­ją­cych kore­spon­den­cję mię­dzy więź­nia­mi. Te listy sta­ły się zacząt­kiem pro­zy, któ­ra wstrzą­snę­ła świa­tem.

Czy te listy oca­la­ły czy pisarz odtwa­rzał je po woj­nie z pamię­ci?

Nie było moż­li­we, żeby listy czy wier­sze prze­trwa­ły w warun­kach obo­zo­wych. Prze­cho­wy­wa­nie ich było nie­bez­piecz­ne. Poza tym po ewa­ku­acji Auschwitz obo­je ruszy­li w dal­szą, nie­bez­piecz­ną tułacz­kę, trosz­cząc się o rato­wa­nie życia, a nie dobyt­ku. Tek­sty zosta­ły odtwo­rzo­ne po woj­nie. Mamy jed­nak bar­dzo waż­ne świa­dec­two Marii, któ­ra po otrzy­ma­niu wyda­ne­go już opo­wia­da­nia była zdu­mio­na, z jaką dokład­no­ścią Tade­usz zapa­mię­tał każ­de sło­wo z ich listów. To jest waż­ny trop dla lite­ra­tu­ro­znaw­ców, któ­rzy zada­ją sobie pyta­nie, do jakie­go stop­nia może­my czy­tać dzie­ła pisa­rza w kon­tek­ście jego bio­gra­fii. Te listy są waż­ne z jesz­cze inne­go powo­du. Otóż one róż­nią się zde­cy­do­wa­nie od innych oświę­cim­skich tek­stów Borow­skie­go. Tu nie ma vorar­be­ite­ra Tad­ka, na któ­re­go rzu­ci­li się czy­tel­ni­cy, zarzu­ca­jąc boha­te­ro­wi chęć prze­trwa­nia za wszel­ką cenę. Tutaj jest Tade­usz mówią­cy do Marii: zadzi­wio­ny, reflek­syj­ny, zdru­zgo­ta­ny kata­stro­fą czło­wie­ka. Szko­da, że ich kore­spon­den­cja nie wybrzmia­ła w cało­ści tuż po woj­nie. Może kie­ro­wa­ne w stro­nę Tade­usza oskar­że­nia o nihi­lizm i cwa­niac­two były­by wów­czas łagod­niej­sze.

A dla­cze­go książ­ka uka­za­ła się tyl­ko we frag­men­tach?

Powrót do powo­jen­nej Pol­ski z zagra­ni­cy był odczy­ta­ny wte­dy jako gest poli­tycz­ny, a nie oso­bi­sty. My dziś wie­my, że Tade­usz Borow­ski prze­ży­wał ogrom­ne roz­ter­ki w 1945 i 1946 roku. Roz­wa­żał róż­ne opcje, zasta­na­wiał się, co zro­bić ze swo­im życiem, brał nawet pod uwa­gę sza­lo­ny pomysł wyjaz­du do Kana­dy i pra­cy na far­mie. Wca­le nie miał zamia­ru wra­cać do kra­ju, żeby rzu­cić się w ramio­na komu­ni­stów i oddać się budo­wa­niu nowe­go ustro­ju. Ale przez pol­ską emi­gra­cję jego powrót wła­śnie tak został odczy­ta­ny. Uzna­no to za zdra­dę. W związ­ku z tym więk­szość nakła­du wyda­ne­go w Mona­chium zaraz po woj­nie tomu Byli­śmy w Oświę­ci­miu, napi­sa­ne­go przez Borow­skie­go wspól­nie z Kry­sty­nem Olszew­skim i Nelem Sie­dlec­kim, poszła na prze­miał. Nie było nawet pie­nię­dzy na zma­ga­zy­no­wa­nie wydru­ko­wa­nych egzem­pla­rzy. Nikt nie chciał kupić tej książ­ki, pie­czo­ło­wi­cie opra­co­wa­nej przez przed­wo­jen­ne­go wydaw­cę Ana­to­la Gir­sa. To ten słyn­ny pierw­szy nakład, któ­re­go część egzem­pla­rzy zosta­ła opra­wio­na w obo­zo­we pasia­ki, a część w skó­rza­ne frag­men­ty mun­du­rów eses­mań­skich.

Czy już wte­dy Borow­ski zaczął być utoż­sa­mia­ny z posta­cią lite­rac­ką, któ­rą stwo­rzył?

Ten kar­dy­nal­ny błąd popeł­ni­ło wie­lu czy­tel­ni­ków i kry­ty­ków. Jeże­li w listach do Marii był rze­czy­wi­ście Tade­uszem, to vorar­be­iter Tadek z opo­wia­dań oświę­cim­skich był tyl­ko – albo aż – kre­acją lite­rac­ką. Ten gest twór­czy nie został odczy­ta­ny. Nie zada­no sobie pyta­nia, dla­cze­go boha­ter ma takie, a nie inne cechy, dla­cze­go zacho­wu­je się tak, a nie ina­czej. Wie­le osób sądzi­ło, że jest to pamięt­nik auto­ra. Dziś – dzię­ki świa­dec­twom prze­ka­za­nym przez kole­gów Borow­skie­go z obo­zu – wie­my, że jego zacho­wa­nie było zupeł­nie inne od zacho­wa­nia Tad­ka. Gdy­by czy­tel­ni­cy zna­li wstęp, któ­ry został zamiesz­czo­ny w pierw­szym wyda­niu Byli­śmy w Oświę­ci­miu i rzu­cał świa­tło na inten­cje i meto­dę twór­ców, pew­nie nie łączy­li­by tych dwóch róż­nych bytów. Nie­ste­ty, dosta­li do ręki tyl­ko poje­dyn­cze opo­wia­da­nia zamiesz­czo­ne w pra­sie lite­rac­kiej. I to wła­śnie one wywo­ła­ły awan­tu­rę. Paweł Jasie­ni­ca jako jeden z pierw­szych napi­sał zja­dli­wą recen­zję z tych opo­wia­dań, pod­kre­śla­jąc ich cynizm i brak wyraź­ne­go prze­ciw­sta­wie­nia się złu. W reak­cji na to Borow­ski wysłał mu książ­kę ze wstę­pem, któ­ry wszyst­ko tłu­ma­czył. Jasie­ni­ca mu odpo­wie­dział, wyra­żał żal, że nie prze­czy­tał tej książ­ki w cało­ści, może wte­dy – jak pisał – jego recen­zja była­by mądrzej­sza. Potem pod­jął się tru­du wytłu­ma­cze­nia czy­tel­ni­kom, że autor to nie boha­ter. Oczy­wi­ście byli rów­nież kry­ty­cy, tacy jak Ste­fan Kisie­lew­ski, któ­rzy od razu zorien­to­wa­li się, w czym rzecz. Ale mimo to całe nie­po­ro­zu­mie­nie cią­gnie się za Borow­skim aż do dziś.

To w takim razie w jaki spo­sób pisarz Tade­usz Borow­ski, a nie vorar­be­iter Tadek, wygrał w obo­zie życie?

Wszyst­kie wspo­mnie­nia z obo­zów, a prze­szedł przez trzy: Auschwitz-Bir­ke­nau, Natzwe­iler-Daut­mer­gen i Dachau, potwier­dza­ją, że Borow­ski nie był typem cwa­niacz­ka radzą­ce­go sobie w każ­dej sytu­acji, lecz czło­wie­kiem, któ­rym trze­ba było się opie­ko­wać. Praw­do­po­dob­nie nie prze­żył­by, gdy­by nie obec­ność życz­li­wych mu ludzi. Naj­trud­niej­szym okre­sem dla każ­de­go więź­nia były obo­zo­we począt­ki, a tak­że zima, kie­dy umie­ra­ło naj­wię­cej nowo przy­by­łych. Tade­usz chy­ba nie miał­by szan­sy, gdy­by inni więź­nio­we mu nie pomo­gli. Kie­dy zacho­ro­wał, bar­dzo tro­skli­wie zaję­to się nim w szpi­ta­lu, ponie­waż leka­rze w pierw­szej kolej­no­ści sta­ra­li się rato­wać mło­dych ludzi. Zyskał tam powszech­ną sym­pa­tię innych pacjen­tów, gdyż z natu­ry był bar­dzo przy­ja­ciel­ski, życz­li­wy. Poza tym pisał wier­sze, a to budzi­ło sza­cu­nek. Mia­no­wa­no go szpi­tal­nym poetą, zała­twio­no fuchę pie­lę­gnia­rza i pozwo­lo­no mu zostać znacz­nie dłu­żej „na rewi­rze” niż innym cho­rym.

Można więc powiedzieć, że w pewnym sensie to poezja ocaliła mu życie w Auschwitz.

Pacjen­ci pro­si­li go, żeby pisał te wier­sze w spo­sób jasny, by wszy­scy mogli je zro­zu­mieć.

I do tego mia­ły być weso­łe. Te wier­sze się nie zacho­wa­ły. Zna­my tyl­ko jed­ną pio­sen­kę, któ­rą napi­sał ku pokrze­pie­niu serc.

Taka posta­wa jest rze­czy­wi­ście zaprze­cze­niem tego, co robił boha­ter jego opo­wia­dań. Po jakie źró­dła pani się­gnę­ła, żeby tego dowieść?

Potrzeb­na była mi do tego dokład­na kwe­ren­da, a tak­że rekon­struk­cja kon­tek­stów, w jakich do tej pory opo­wia­da­no nam o Borow­skim. Mam wra­że­nie, że to było nie­kie­dy waż­niej­sze niż szu­ka­nie kolej­nych szcze­gó­łów z życia pisa­rza, któ­re prze­ma­wia­ły­by na jego korzyść. Wszy­scy wie­my, że każ­dą nar­ra­cję moż­na two­rzyć na róż­ne spo­so­by. Nie­oce­nio­nym źró­dłem była dla mnie oczy­wi­ście Uciecz­ka z kamien­ne­go świa­ta Tade­usza Drew­now­skie­go – pierw­sza i jedy­na do cza­su mojej książ­ki bio­gra­fia pisa­rza, a rów­no­cze­śnie waż­na lite­ra­tu­ro­znaw­czo pozy­cja, któ­ra uka­za­ła się w 1972 roku. Choć dużo czer­pa­łam z tego źró­dła, to musia­łam je rów­nież nie­co pod­wa­żyć, ponie­waż cią­że­nie ide­olo­gicz­ne zwią­za­ne z datą wyda­nia jest tam widocz­ne. Czę­sto, co widać w książ­ce, się­ga­łam tak­że po poezję Borow­skie­go, któ­rą pisał od dzie­ciń­stwa nie­mal do koń­ca życia: nie jest praw­dą, że ją porzu­cił, choć rze­czy­wi­ście prze­stał publi­ko­wać wier­sze. Są one świet­ną kro­ni­ką nie tyl­ko epo­ki, ale tak­że życia wewnętrz­ne­go twór­cy. Oczy­wi­ście spe­ne­tro­wa­łam archi­wa IPN. Pod­czas tej kwe­ren­dy prze­ży­łam wie­le zasko­czeń, jak choć­by wte­dy, kie­dy zorien­to­wa­łam się, że akta zwią­za­ne z począt­ka­mi wywia­du PRL (a w bio­gra­fii Borow­skie­go mamy budzą­cy emo­cje epi­zod wywia­dow­czy) są wciąż w cha­otycz­nym sta­nie, nie do koń­ca upo­rząd­ko­wa­ne. Kie­dy zosta­ną dokład­nie prze­ba­da­ne, być może jesz­cze coś nowe­go wyj­dzie na świa­tło dzien­ne. Poza tym waż­nym źró­dłem, któ­re­go mi bra­ko­wa­ło i zapew­ne bra­ku­je czy­tel­ni­ko­wi mojej książ­ki, są roz­mo­wy z bli­ski­mi pisa­rza. Nie­wie­le już zosta­ło żyją­cych osób, któ­re zna­ły go oso­bi­ście. Uda­ło mi się dotrzeć do Jac­ka Bocheń­skie­go. To on mi zade­mon­stro­wał, w jaki spo­sób Borow­ski cho­dził, jak mówił. Nie mogła mi w tym pomóc cór­ka auto­ra Poże­gna­nia z Marią, ponie­waż kie­dy jej tato popeł­nił samo­bój­stwo, mia­ła zale­d­wie kil­ka dni. Uda­ło mi się poroz­ma­wiać z bra­ta­ni­cą pisa­rza, któ­ra wpraw­dzie nie zna­ła go oso­bi­ście, ale bar­dzo inte­re­so­wa­ła się jego oso­bą i mia­ła wie­dzę o tym, co mówio­no w rodzi­nie na jego temat.

Okładka książki Marty Byczkowskiej-Nowak pod tytułem „Nie ocalony. Tadeusz Borowski. Biografia”.
Marta Byczkowska-Nowak, „Nie ocalony. Tadeusz Borowski. Biografia”, Kraków: Znak, 2025.

Powie­dzia­ła pani, że pew­ne tro­py bio­gra­ficz­ne Borow­ski zosta­wił w swo­ich wier­szach. Czy tak­że w tych, któ­re powsta­wa­ły w Mona­chium zaraz po woj­nie?

Te mona­chij­skie wier­sze są sza­le­nie cie­ka­we, bo poka­zu­ją mało zna­ne momen­ty z naszej histo­rii. Obo­zy dla dipi­sów, w któ­rych prze­by­wał pisarz, są wciąż sła­bo opi­sa­ne w lite­ra­tu­rze – poza Obo­zem Wszyst­kich Świę­tych Tade­usza Nowa­kow­skie­go pew­nie nie­wie­le przy­cho­dzi nam do gło­wy, przy­naj­mniej w pierw­szym sko­ja­rze­niu. To był nie­zwy­kle cie­ka­wy i buzu­ją­cy tygiel powo­jen­ne­go życia: poli­tycz­ny, kul­tu­ro­wy, egzy­sten­cjal­ny. Ci ludzie zna­leź­li się w sytu­acji zawie­sze­nia, nie wie­dzie­li, co mają ze sobą zro­bić, czy mają dokąd wra­cać, czy mogą wró­cić do kra­ju pod rzą­da­mi komu­ni­stów, czy są już wol­ni czy wciąż znie­wo­le­ni. W wier­szach mona­chij­skich Borow­skie­go wybrzmie­wa­ją wszyst­kie te dyle­ma­ty. Są tu pierw­sze sygna­ły koniecz­no­ści roz­li­cze­nia się z tym, co się sta­ło, pierw­sze pyta­nia o to, czy pisa­nie poezji po woj­nie jest moż­li­we. Swój powo­jen­ny tom wier­szy Imio­na nur­tu poeta otwie­ra dekla­ra­cją, że będzie pró­bo­wał na te pyta­nia odpo­wie­dzieć, że będzie uczył się od nowa „mówić” poezją.

W utwo­rze Stra­co­na jest noc bez wier­szy Borow­ski pisze: „A wie­czo­rem każą mi, męczą / żebym pisał, moi przy­ja­cie­le / więc piszę: dru­ty, komin, Oświę­cim / i skła­dam do kupy nowe­le”. Czy cho­dzi­ło mu już wte­dy o opo­wia­da­nia, któ­re nie­ba­wem mia­ły stać się „odkry­ciem lite­ra­tu­ry świa­to­wej” – jak pisze pani w swo­jej książ­ce?

Nie tyl­ko ja uwa­żam je za odkry­cie na taką ska­lę. Pisarz w mistrzow­skiej for­mie prze­ni­co­wał tu z hukiem wie­le mitów. Czy­tel­ni­cy ocze­ki­wa­li uświę­ce­nia ofiar i racjo­na­li­za­cji tra­ge­dii, a dobrym klu­czem była oczy­wi­ście mar­ty­ro­lo­gia, czy­li trop dobrze zna­ny w naszej lite­ra­tu­rze. Spraw­dzo­nym kon­tek­stem dla powo­jen­nych roz­li­czeń był też kon­tekst kato­lic­ki, po któ­ry się­ga­ło wie­lu pisa­rzy.

Odpowiedź Borowskiego brzmiała: tej katastrofy nie można sobie tak prosto tłumaczyć. Pisarz twierdził, że w obozie nie istniał czytelny podział na dobro i zło.

Nie było tam ani dia­błów, ani anio­łów, a zie­mia wca­le się nie roz­stą­pi­ła, żeby uka­zać pie­kło i uka­rać ludzi za grze­chy. Borow­ski nie zga­dzał się kate­go­rycz­nie z takim sta­wia­niem spra­wy. Uwa­żał, że zło nie przy­szło z zewnątrz, a wzię­ło się po pro­stu z nas. To my dopro­wa­dzi­li­śmy do takiej sytu­acji w Euro­pie, że obo­zy były w ogó­le moż­li­we. Tade­usz Drew­now­ski ope­ru­je poję­ciem „rze­czy­wi­stość kon­cen­tra­cyj­na”, któ­ra – według Borow­skie­go – nie poja­wi­ła się w momen­cie powsta­nia obo­zów i nie prze­sta­ła ist­nieć w chwi­li ich zamknię­cia. I o tym są jego opo­wia­da­nia. Poka­zu­ją one czło­wie­ka bez płasz­czy­ka reli­gii, kon­we­nan­su, tra­dy­cji, w któ­re wygod­nie się jest ubrać, żeby przy­pad­kiem nie skon­fron­to­wać się ze swo­im nagim odbi­ciem w lustrze. Ta lek­cja była potwor­nie trud­na, szcze­gól­nie dla zdru­zgo­ta­ne­go woj­ną spo­łe­czeń­stwa, i to był jeden z powo­dów, któ­re spra­wi­ły, że Borow­skie­go ata­ko­wa­no.

Borow­ski tak­że nie pozo­sta­wał bier­ny. To on wystą­pił prze­ciw­ko zna­nej kato­lic­kiej pisar­ce Zofii Kos­sak-Szczuc­kiej i jej obo­zo­wej książ­ce Z otchła­ni.

W tej spra­wie jak w soczew­ce sku­pi­ło się wszyst­ko, o czym roz­ma­wia­my. Kos­sak-Szczuc­ka w swo­jej książ­ce, będą­cej wspo­mnie­niem z Auschwitz, zawar­ła dokład­nie to, z czym pisarz wal­czył: uprosz­cze­nia, tanie mora­li­za­tor­stwo, mity, baj­ko­we – zda­niem Borow­skie­go – opo­wie­ści zaprze­cza­ją­ce praw­dzie o tym, co dzia­ło się za dru­ta­mi kol­cza­sty­mi. Borow­ski zarzu­cił pisar­ce zakła­my­wa­nie rze­czy­wi­ste­go obra­zu świa­ta przez obec­ny w jej pro­zie misty­cyzm, uwznio­śle­nie cier­pią­cych ofiar, czy­ta­nie wszyst­kie­go według klu­cza kato­lic­kie­go, mówią­ce­go o winie i karze. Poza tym nie mógł ścier­pieć mega­lo­ma­nii naro­do­wej, któ­rej w jej książ­ce nie bra­ko­wa­ło. Dodał do tego stwier­dze­nie, że o Auschwitz nie moż­na pisać ina­czej niż w pierw­szej oso­bie. Pod­kre­ślał, że byli więź­nio­wie nie mogą wyma­zy­wać sie­bie z całej tej histo­rii, ponie­waż każ­dy z nich był w pewien spo­sób czę­ścią machi­ny zbrod­ni. Dzi­siaj histo­ry­cy to potwier­dza­ją, mówią, że obo­zy nie dzia­ła­ły­by tak spraw­nie, gdy­by więź­nio­wie nie pod­da­li się pla­nom nazi­stów. Prze­cież liczeb­ność eses­ma­nów i więź­niów była nie­po­rów­ny­wal­na.

Dzi­siaj te sło­wa rów­nież mogą budzić sprze­ciw. Wyobra­żam sobie jed­nak, jakie reak­cje musia­ły wywo­ły­wać zaraz po woj­nie.

I wła­śnie za to Borow­ski obe­rwał. Stał się ofia­rą pra­so­wej nagon­ki. Mimo tego kon­ty­nu­ował misję pro­wa­dzo­ną za pomo­cą lite­ra­tu­ry jesz­cze w opo­wia­da­niach z tomu Kamien­ny świat. Nie­ba­wem w pol­skiej lite­ra­tu­rze poja­wił się jed­nak socre­alizm, a tam już nie było miej­sca dla tre­ści tego rodza­ju. Nad­szedł moment, w któ­rym pisarz, mimo duże­go uzna­nia, stał się dla kry­ty­ki chłop­cem do bicia. W listach do Tade­usza Róże­wi­cza pisał, że czu­je się odtrą­co­ny przez śro­do­wi­sko lite­rac­kie, że ono nie trak­tu­je go poważ­nie, że jego nazwi­ska nie ma na żad­nej liście do tłu­ma­czeń zagra­nicz­nych. Śro­do­wi­sko go nie rozu­mia­ło (a może tro­chę się go oba­wia­ło), podob­nie jak czy­tel­ni­cy. Jasie­ni­ca napi­sał wte­dy, że „ludzie nie lubią, żeby ich budzić, wolą spać”.

Mimo że sta­nął po stro­nie par­tii, par­tia nie sta­nę­ła po jego stro­nie. Musiał zło­żyć samo­kry­ty­kę.

W par­tii chy­ba tak­że się go oba­wia­no – ze wzglę­du na to, co pisał, ale rów­nież ze wzglę­du na jego nad­mier­ną zapal­czy­wość, nawet wte­dy, kie­dy już posta­no­wił wes­przeć pió­rem budo­wa­nie nowe­go ustro­ju. Ta agre­syw­na momen­ta­mi zacie­kłość, widocz­na szcze­gól­nie w publi­cy­sty­ce, któ­rej się wte­dy oddał, bywa­ła zbyt duża nawet dla moco­daw­ców. Ale ona wyni­ka­ła z psy­chi­ki Borow­skie­go, któ­ry funk­cjo­no­wał czę­sto w dwóch prze­ciw­staw­nych sta­nach: mara­zmu albo nad­mia­ro­wej aktyw­no­ści.

Pod­kre­śla pani w książ­ce, że z nie­sta­bil­no­ścią emo­cjo­nal­ną mie­rzył się nie­mal od wcze­snej mło­do­ści. Czy to wła­śnie z powo­du coraz częst­szych kry­zy­sów psy­chicz­nych Tade­usza Maria posta­no­wi­ła w koń­cu wró­cić do kra­ju?

Tak, zro­zu­mia­ła, że musi się nim zaopie­ko­wać. Po wyj­ściu z obo­zu zna­la­zła się w Szwe­cji. Tra­fi­ła tam dzię­ki tak zwa­nym bia­łym auto­bu­som hra­bie­go Ber­na­dot­te, któ­ry wysy­łał je, żeby rato­wać więź­niów likwi­do­wa­nych nazi­stow­skich obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych. Maria nie mogła tak po pro­stu wró­cić do domu: przez dłu­gi czas po woj­nie nie pozwa­la­ło jej na to zdro­wie, nie było tak­że infra­struk­tu­ry, nie dzia­łał trans­port. Euro­pa była dzi­kim kon­ty­nen­tem. Nawet listow­ne kon­tak­to­wa­nie się z Tade­uszem sta­ło się wiel­kim pro­ble­mem. Listy nie­kie­dy wędro­wa­ły do adre­sa­tów mie­sią­ca­mi. Do tego doszedł kon­tekst poli­tycz­ny, czy­li pyta­nie, czy wra­cać do komu­ni­stycz­nej Pol­ski. Maria panicz­nie bała się NKWD, była prze­ko­na­na, że jest śle­dzo­na. Dużo póź­niej przy­zna­ła, że nigdy by nie wró­ci­ła, gdy­by nie Tade­usz. Ale jego stan ją prze­ra­ził. Wywnio­sko­wa­ła z listów, że on zno­wu popa­da w depre­sję. Chcia­ła go rato­wać. Zresz­tą ten powrót rów­nież nie był weso­ły. Tuż po zej­ściu ze stat­ku zosta­ła zabra­na cię­ża­rów­ką do obo­zu Pań­stwo­we­go Urzę­du Repa­tria­cyj­ne­go. Zno­wu zna­la­zła się – wpraw­dzie na jed­ną noc, ale jed­nak – za kol­cza­sty­mi dru­ta­mi.

Z pani książ­ki wyni­ka, że bar­dzo za sobą tęsk­ni­li. Ale mimo to nie­ba­wem po powro­cie Marii w życiu Tade­usza poja­wi­ła się kolej­na kobie­ta. Kim była Dżen­net?

Dżen­net Połtorzycka-Stampf’l przez wie­lu koja­rzo­na jest z popu­lar­nym słu­cho­wi­skiem Maty­sia­ko­wie, któ­re two­rzy­ła. Pozna­li się w radiu. Nie wiem, czy romans z Dżen­net zawie­sił czy unie­waż­nił wiel­ką miłość Tade­usza do Marii. Wie­my tyl­ko, że trwał dokład­nie tyle, co cią­ża Marii. Ona mia­ła świa­do­mość tego, co się dzie­je, powie­dzia­ła mu nawet, że sama sobie pora­dzi z dziec­kiem. Ale on nie potra­fił jej zosta­wić. Wie­dział, że to Maria jest dla nie­go siłą napę­do­wą. Ten ostat­ni okres życia Borow­skie­go był skom­pli­ko­wa­nym i trud­nym do zro­zu­mie­nia splo­tem róż­nych uwa­run­ko­wań, rów­nież tych zwią­za­nych z psy­chi­ką. Co cie­ka­we, Dżen­net odbie­ra­ła Tade­usza kom­plet­nie ina­czej niż Maria i inne bli­skie mu oso­by. Widzia­ła go zawsze jako męż­czy­znę weso­łe­go, ener­gicz­ne­go, peł­ne­go pla­nów na przy­szłość. Mówi­ła, że nie miał żad­nej depre­sji, i nie wie­rzy­ła, że popeł­nił samo­bój­stwo. Dziś suicy­do­lo­gia potra­fi to wyja­śnić, dowo­dząc, że czło­wiek w kry­zy­sie potra­fi spraw­nie zmie­niać maski, a cały pro­ces, któ­ry pro­wa­dzi do tar­gnię­cia się na swo­je życie, roz­kła­da się na eta­py i może trwać przez wie­le lat. Czło­wiek na chwi­lę odzy­sku­je siłę do życia, po któ­rej przy­cho­dzą okre­sy depre­sji.

A czy suicy­do­lo­gia może wytłu­ma­czyć fakt, że Borow­ski zapro­po­no­wał Marii, żeby razem z nim popeł­ni­ła samo­bój­stwo? Pamię­taj­my przy tym, że spo­dzie­wa­ła się wte­dy dziec­ka.

Według spe­cja­li­stów moż­na taką pro­po­zy­cję trak­to­wać w kate­go­riach czy­nu altru­istycz­ne­go oso­by znaj­du­ją­cej się w kry­zy­sie psy­chicz­nym. Świat jawi się jej jako tak pod­łe i okrop­ne miej­sce, że nie chce ona zosta­wić na nim bli­skich osób. Świad­czy to tak­że o nie­zwy­kle sil­nej wię­zi, jaka łączy­ła Tade­usza z Marią, nawet pod­czas jego zaan­ga­żo­wa­nia w rela­cję roman­tycz­ną z Dżen­net. Na stan Borow­skie­go nie­wąt­pli­wie miał wpływ powo­jen­ny zespół stre­su poura­zo­we­go. Wte­dy PTSD nie był dia­gno­zo­wa­ny ani leczo­ny.

Tadeusz pod wpływem Marii poszedł wprawdzie do cieszącego się dobrą opinią psychiatry, lecz ten stwierdził, że pisarz jest po prostu zmęczony.

Po śmier­ci Borow­skie­go dłu­go nie mówi­ło się o samo­bój­stwie, tyl­ko o wypad­ku. Dla­cze­go?

Sło­wo samo­bój­stwo nie było uży­wa­ne ze wzglę­dów oby­cza­jo­wych, a tak­że poli­tycz­nych. Komu­ni­sta nie popeł­nia samo­bój­stwa. Dobry towa­rzysz miał być pełen rado­ści i wia­ry w nowy ustrój, krzep­ki i pozba­wio­ny wąt­pli­wo­ści. Choć wszyst­kie wspo­mnie­nia ludzi, któ­rzy znaj­do­wa­li się bli­sko pisa­rza, świad­czą o tym, że było to samo­bój­stwo, fakt ten przez lata pozo­sta­wał tajem­ni­cą poli­szy­ne­la. Jesz­cze bar­dziej doj­mu­ją­ce było to, że autor gło­śne­go opo­wia­da­nia Pro­szę pań­stwa do gazu odkrę­cił w swo­im miesz­ka­niu kur­ki z gazem. Może­my zauwa­żyć w tym maka­brycz­ną sym­bo­li­kę.

Czy Tadzio, postać, któ­rą wpro­wa­dzi­ła pani do książ­ki i skon­fron­to­wa­ła z twór­czo­ścią Borow­skie­go, reagu­je jakoś na śmierć pisa­rza?

Tadzio jest figu­rą, kon­struk­tem, a nie posta­cią z krwi i kości. W związ­ku z tym uzna­łam, że na śmierć pisa­rza nie musi w żaden spo­sób reago­wać. Tadzio poja­wia się tyl­ko w tych momen­tach, kie­dy jest mi do cze­goś potrzeb­ny.

Dla­cze­go pani wymy­śli­ła tę postać?

Uzna­łam, że wszy­scy potrze­bu­je­my dziś tej figu­ry naiw­ne­go czy­tel­ni­ka, któ­ry przyj­rzy się życiu i twór­czo­ści Borow­skie­go bez resen­ty­men­tów, zbęd­nych nale­cia­ło­ści, bez krzyw­dzą­cych nar­ra­cji i legend naro­słych wokół pisa­rza.

Tadzio patrzy na Borow­skie­go z per­spek­ty­wy chło­pa­ka z tele­fo­nem komór­ko­wym w ręce. Czy­tam to jako spoj­rze­nie z per­spek­ty­wy dzi­siej­sze­go mło­de­go poko­le­nia.

Skon­stru­owa­ny w ten spo­sób Tadzio poma­ga mi mię­dzy inny­mi pochy­lić się nad recep­cją opo­wia­dań Borow­skie­go. Roz­ma­wia­my dziś o retrau­ma­ty­za­cji, zasta­na­wia­my się, jak dzia­ła na nas fakt, że żyje­my na gro­bach, któ­rych śla­dy są obec­ne w prze­strze­ni miej­skiej czy w histo­riach rodzin­nych. War­to więc zadać sobie pyta­nie o to, do jakie­go stop­nia słu­ży nam trwa­nie w mar­ty­ro­lo­gicz­nym czy­ta­niu histo­rii. Może powin­ni­śmy się zasta­no­wić, jak te histo­rie usza­no­wać, ale rów­no­cze­śnie jakoś je zamknąć i pójść dalej bez obcią­żeń, któ­re ze sobą nio­są. Myślę, że Tade­usz Borow­ski sta­wia nas rów­nież przed taki­mi pro­ble­ma­mi.

Może wraż­li­wość takich mło­dych ludzi jak Tadzio oca­li dziś „nie­oca­lo­ne­go” Borow­skie­go?

Wła­śnie tego bym sobie życzy­ła. Może mło­dy czy­tel­nik, któ­ry nie ma pre­ten­sji do pisa­rza o zdra­dę naro­du i poka­zy­wa­nie tego, co się wyda­rzy­ło, bez jakie­go­kol­wiek „fil­tra”, dotrze do sed­na tego, co pisarz pró­bo­wał nam powie­dzieć. Po spo­tka­niach z czy­tel­ni­ka­mi w róż­nych miej­scach Pol­ski zaczy­nam w to wie­rzyć. Ucznio­wie i stu­den­ci mówią mi, że lek­tu­ra utwo­rów Borow­skie­go robi na nich pio­ru­nu­ją­ce wra­że­nie, takie samo jakie dwa­dzie­ścia lat temu robi­ła na mnie. Tyle że oni sta­wia­ją sobie pyta­nia o ludo­bój­stwo w inny spo­sób, niż sama kie­dyś zwy­kłam to robić, na przy­kład prze­glą­da­ją „rol­ki” na Insta­gra­mie. To, co oglą­da­ją, utwier­dza ich w prze­ko­na­niu, że tak jak pisał autor Pro­szę pań­stwa do gazu – wciąż jeste­śmy wprzę­gnię­ci w machi­nę zła, jeśli nie przez czyn­ny współ­udział, to przez dzi­ką bier­ność. Fakt, że roz­ma­wia­my o tym na spo­tka­niach, że czy­tel­ni­cy piszą do mnie, że po lek­tu­rze bio­gra­fii po latach wra­ca­ją do Borow­skie­go, odkry­wa­jąc, w jaki spo­sób on mówi do nas, dzi­siej­szych, budzi we mnie dużo nadziei.

 

Marta Byczkowska-Nowak

– pisarka, dziennikarka, literaturoznawczyni.

więcej →

– dziennikarka, publicystka, redaktorka, absolwentka teatrologii na Uniwersytecie Jagiellońskim.

więcej →

– pisarz, poeta, publicysta.

więcej →

Powiązane teksty

09.02.2026
Cykl wspólnotowy

Działanie i jeszcze raz działanie: to nasza „Maksyma”

Kim są, dokąd zmierzają, czego potrzebują? Koła, kluby, grupy, ekipy i związki. W tym cyklu oddajemy głos wspólnotom literackim. Reprezentujące je osoby mogą przedstawić się czytelniczkom i czytelnikom za pomocą dowolnej formy przekazu, o ile tylko hardware i software „Dziennika Literackiego” tę formę przetrawią. Dziś na naszych łamach gości Bialski Klub Literacki „Maksyma”.